Inspiracja

Inspiracją może być wszystko: promień słońca padający na taflę wody, śpiew ptaka o świcie, telefon od przyjaciółki czy artykuł przeczytany w sieci. Jeśli uruchamia w nas niezmierzone pokłady twórcze, to spełnia swoją rolę. Można nauczyć się widzieć we wszystkim coś na tyle fascynującego, aby napisać nowy tekst czy namalować obraz albo zaplanować kolejny wykład. Dla osoby, która realizuje się poprzez malarstwo, grafikę czy literaturę wszystko może być zaczynem natchnienia.

Ale można też poczuć się zainspirowanym do zmiany swojego życia. Promień słońca przeświecający przez liście i rozświetlający mrok może obudzić w nas optymizm i zachęcić do pozytywnego myślenia. Motywację można odnaleźć w sobie zawsze, a we wszystkim, co nas otacza zobaczymy zachętę do tego, żeby nasze życie stawało się coraz lepsze. Tym bardziej, że w sieci znajdziemy mnóstwo tekstów o tym, jak pracować z wewnętrznym rozwojem, aby to przynosiło satysfakcjonujące efekty.

Mnie inspirują nawet zjawiska średnio przyjemne. Kiedy zaczęłam sobie zadawać pytanie: dlaczego tego doświadczam lub czemu obserwuję coś takiego, uświadomiłam sobie, że wszystko czemuś służy. Często właśnie zrozumieniu jak działa prawo przyciągania. A przecież wszystko można opisać po to, aby pokazać to innym ludziom. Wiedzy o życiu nigdy za wiele. I w ten sposób nawet z negatywnych zjawisk czerpię inspirację.

Można też samemu być inspiracją dla innych i wówczas to pokazuje, że podążamy właściwą ścieżką. Szczególnie wtedy, kiedy wyrasta z tego miłość i piękno. I ja także czerpię pomysły z tego, co pojawia się u innych ludzi. Na przykład malowanie…. Nie malowałam od czasów szkoły podstawowej. Ale któregoś dnia zobaczyłam obraz mojej znajomej. Oglądałam go ze wszystkich stron. Było w nim coś niezwykłego. Przyciągał mnie jak magnes. I zalśniła we mnie myśl, że mogę spróbować też coś takiego namalować. Wiele tygodni minęło, zanim zdecydowałam się kupić farby, pędzle i inne potrzebne materiały. Wracałam do magicznego obrazu i patrzyłam na niego, a on szeptał do mnie… Jak żaden inny wcześniej, a przecież widziałam setki obrazów. Aż w końcu zrozumiałam bezgłośne przesłanie i namalowałam swój…

Czasem jednak zamiast inspiracji pojawia się naśladownictwo. Ślepe i wyrastające z niskich energii, takich jak zazdrość i potrzeba dowartościowania siebie. Manifestuje się jako rywalizacja w obszarach, w których rywalizować nie warto. Pisałam już o tym, że w ogóle nie znoszę rywalizacji, bo to wbrew mojej naturze. Ponadto każdy jest doskonałym sobą taki, jaki jest. Przychodzimy tu na Ziemię ze swoim planem duszy i to właśnie mamy do zrobienia. Wchodzenie w cudze programy poprzez „małpowanie” innych – jak mawiała moja babcia – jest stratą czasu i energii. Rywalizowanie z innymi jest zaprzeczaniem swojej doskonałości.

Przez wiele lat naśladowała mnie pewna koleżanka. Śledziła pilnie, co robię i piszę, aby odtwarzać moje pomysły. O czymkolwiek napisałam w swoich tekstach na stronie – wkrótce po mnie pisała o tym na swoim blogu. Kiedy zajęłam się prosperitą – stworzyła nowy blog o bogactwie. Kiedy napisałam pierwszego ebooka – wydała swojego. I tak wydawać by się mogło – bez końca. Ale koniec jednak nastąpił. Wiedząc, że pilnie czyta wszystko, co wstawiam, pisałam także o tym, że trzeba realizować WŁASNE niepowtarzalne ścieżki. I któregoś dnia zrozumiała, przerobiła swoje lekcje, podniosła samoocenę i zajęła się swoim programem. Dzisiaj robi coś zupełnie innego niż ja – coś, po co zeszła tutaj na Ziemię.

Na jej miejsce wskoczyła potem inna naśladowniczka, by znowu tracić czas, bo zamiast być sobą, chce być mną… Moja córka mówi z podziwem: „mamo jesteś idolem, jesteś gwiazdą, masz swoje fanki, które chcą być jak Ty…”. Ale to całkiem nie tak. Można raz uczesać się jak ktoś inny, można jak ktoś inny namalować obraz czy napisać coś albo stworzyć własnego bloga o podobnej tematyce. To jest właśnie inspiracja. Jeśli jednak robimy po kolei wszystkie te rzeczy, aby ostatecznie nawet na wakacje pojechać w to samo miejsce, co nasz „idol”, to staje się chore. Taki człowiek zatraca siebie, aby udowodnić coś, co całkiem nie ma sensu. Bo nigdy nie będzie mną. Nawet malując lepiej, pisząc ciekawiej, nauczając mądrzej – będzie tylko moją nieudolną kopią. A jeśli co chwilę będzie sprawdzał na facebooku, czy już mnie w tym chorym wyścigu wyprzedził, to zabrnął w ślepą uliczkę i szybko odczuje karmicznego kopniaka, bo dusza upomni się o swój program.

Po czym jeszcze poznać naśladownictwo? Po personalnych zawoalowanych rozgrywkach rodem z piaskownicy. Marzymy o tym, by kupić sobie samochód? Naśladowca szybko nas wyprzedzi, chociaż wcale tego samochodu nie potrzebuje (bo na przykład ma dwa inne) i będzie pod nos nam podtykał jego zdjęcia: patrz, ja już mam, ja kupiłam, ja jestem lepsza – a ty nie masz, tralala! Masz problemy w związku? Naśladowca umówi się na kawę, by przez dwie godziny opowiadać, jak mu dobrze z partnerem, znacząco pokazując – jestem lepsza od ciebie, tralala…!  Ewidentnie dowartościowuje siebie, wykorzystując do tego nasze problemy i słabe punkty. Jak dziecko w piaskownicy, które macha drugiemu przed nosem nowym wiadereczkiem: “ja mam, a ty nie masz, tralala!”.

Trochę to zabawne, kiedy patrzymy z boku i przyznaję, że w takich chwilach cieszy mnie mój pozazmysłowy wgląd, bo mam z tego kupę śmiechu. Widzę rozzłoszczoną, niedowartościowaną dziewczynkę, która na oślep wali kogoś łopatką po głowie… Chociaż ostatecznie przychodzi smuteczek, bo widać przed taką osobą długą drogę do rozumienia. Według moich obserwacji w taką pułapkę najczęściej wpadają osoby, które wychowywały się w domu dziecka albo miały wymagających, surowych rodziców, którzy nie umieli ich docenić. Ponieważ ja jestem doceniana i podziwiana, reprezentuję w ich oczach to wszystko, czego najbardziej pragną. Ale nie rozumieją, że ten stan wynika z wysokiego poczucia wartości. Wydaje im się, że jeśli podobnie jak ja napiszą wiersz, czy poprowadzą szkolenie, a nawet pojadą w to samo miejsce co ja, to spłynie na nich ten cały splendor. To tak nie działa.

Jest też w tym pewien paradoks. Patetycznie nazwałabym to mieszanką fascynacji i nienawiści. Przecież naśladowca ogromnie nas podziwia, skoro próbuje być nami. Jak podpowiada moja córka, możemy być dumni z tego, że inni są tak nami zachwyceni, że nas kopiują. Mamy swoich fanów. Ale to złudne, ponieważ ta fascynacja jest w istocie obrzydliwą manifestacją zwykłej zazdrości. Może wręcz powodować obsesje, które ciągną się latami. Tak – latami. I taka osoba kopie pod nami dołki, próbując nas zniszczyć, więc trzeba bardzo uważać. Trzeba też stale podnosić poczucie wartości, aby kolejne “ja mam, a ty nie masz, tralala” nie zabolało. Bo jesteśmy tylko ludźmi i dobrze wycelowane “tralala” uderza nas w najczulszy punkt. Nie jest łatwo być “idolem”. Właśnie dlatego warto umieć odróżnić naśladownictwo od inspiracji.

A jak wygląda inspiracja? Kiedy zainspirował mnie obraz koleżanki, to interesował mnie tylko obraz. Nie śledziłam co autorka robi ani dokąd jedzie. Nie zajmowałam się jej innymi działaniami czy innymi obrazami. Mam swoje pasje, mam swoją unikalną ścieżkę i sądzę nawet, że mam też własną markę. Nie chcę naśladować innych. A do tego ogromnie lubię ową koleżankę, głośno mówię, że jest cudowna i życzę jej, by była coraz piękniejsza i odnosiła kolejne sukcesy. Bez cienia zazdrości. Uwielbiam ją, podziwiam i nigdy nie będę z nią rywalizować – różnimy się ogromnie. Ale lubię też siebie i to, co sama robię. Nie czuję się gorsza od niej. Uważam, że obie jesteśmy cudowne, a nasze pasje nas określają, każdą inaczej.

Setki moich koleżanek maluje obrazy. Setki prowadzi szkolenia. Wiele z nich pisze i wydaje książki. Cieszą mnie ich sukcesy i dostrzegam w tym dla siebie wspaniałe przesłanie o tym, jak wiele pięknych rzeczy można zrobić i osiągnąć. Jednak nie chcę być żadną z nich – bo mam własne pasje i własne pomysły. Nie muszę nikogo naśladować. Sztuką inspiracji jest zasiać w sobie jedno małe ziarenko, a potem tworzyć własną unikalną ścieżkę, bez porównywania do kogokolwiek innego. Moje szkolenia są niepowtarzalne – robię je od 20 lat. I uważam, że każdy, kto robi to z serca, robi to świetnie. Nie muszę się interesować tym, jak prowadzą wykłady inni – poza wprowadzaniem nowych form pracy, które pojawiają się w każdej dziedzinie. Podobnie z pisaniem, z malowaniem, z prowadzeniem bloga – to wszystko jest tylko moje, tworzone z miłością dla mnie i innych, a nie po to, by coś komuś udowadniać.  Z nikim nie rywalizuję. Cieszę się tworzeniem – dla siebie. I znam wiele osób, które robią to tak samo pięknie jak ja. Z prawdziwą pasją i bez zawoalowanych intencji dowartościowywania siebie. Mogłabym tu od ręki wymienić kilkadziesiąt nazwisk wspaniałych szkoleniowców, pisarek, malarek czy trenerów.

Jednak brwi mi unoszą się do góry ze zdziwienia, kiedy osoba, która nigdy nie stanęła na katedrze, a jedynie zrobiła kilka webinarów, używa w ślad za mną określenia “moi studenci”. Jak zresztą wielu innych określeń. To taka moja wierna “kopiarka”. Niewtajemniczonych informuję, że kilka lat pracowałam w filiach pewnej Akademii w całej Polsce i wyszkoliłam setki osób. To moi studenci, którzy na facebooku czasem piszą do mnie: “pani profesor”, chociaż ja tego określenia w odniesieniu do siebie oczywiście nie używam… Nie jest problemem, że ktoś coś sobie nazywa na wyrost – “student” brzmi ładnie, a internet przyjmie wszystko. Problemem jest rozpaczliwie niski poziom samooceny u takiej osoby, która uczy innych rozwoju tępo mnie naśladując, co jest z góry pozbawione sensu. Można nie mieć wcale studentów i być wspaniałą osobą. Gdzie jest napisane, że uczenie innych dodaje nam wartości? Nigdzie. No właśnie. Na tym polega bezmyślne naśladownictwo. Mój mąż niedawno zażartował: “napisz na FB, że w eksperymencie duchowym skaczesz w przepaść jak leming, może te osoby wskoczą za tobą…” Przykre to. Tak nie wygląda rozwój wewnętrzny, a piszę tu o osobach, które mocno się tym chcą zajmować.

Namawiam zatem gorąco do tego, by pokochać siebie takim, jakim się jest i cieszyć się sobą nie porównując do nikogo. Nasza doskonałość nie podlega dyskusji. I nie wymaga poprawek. Najgorsze co możemy robić w życiu, to porównywać się do innych i próbować być lepszym od kogoś. Nigdy nie będziemy od nikogo lepsi. Ewa może być lepszą nauczycielką od Ani, ale nie może być lepszą Anią od Ani. Stając się Anią, staje się coraz słabszą i gorszą Ewą. A to jest bez wątpienia wejście w ślepą uliczkę. I jak to często bywa, najlepszym lekarstwem w tym wypadku jest podniesienie poczucia własnej wartości i pokochanie siebie w sobie.  

Bogusława M. Andrzejewska

Advertisements

Wybaczyć naprawdę

Przy ogromnej ilości metod i poradników dotyczących wybaczania temat wydawałby się tak prosty, że już nic do dodania nie ma. Otóż jednak nie. Coraz częściej spotykam się z sytuacją, w której ktoś wybacza i wybacza, i wybacza, a efektu jak nie było, tak nie ma. A przecież intencje są szczere i taka osoba naprawdę chce uwolnić się od niepotrzebnej emocji, która zabiera jej radość i energię.

Po pierwsze warto pamiętać, że nie ma w tym naszej winy. Gdyby wybaczanie było takie proste, nie byłoby tych setek podręczników. Nie byłoby też tak powszechnym tematem do dyskusji. Pozornie wydaje się, że wystarczy zakasać rękawy i … myk! … wybaczone. Tymczasem to wcale tak nie wygląda. To ciężka i gęsta energia, która wolno się rusza i niechętnie opuszcza przyjazne ciepło naszych ciał subtelnych.

Po drugie – trzeba dać sobie czas, aby energia puściła, ponieważ to jest proces, a nie jeden gest czy jeden ruch. Ale też warto dopilnować, aby wybaczyć naprawdę. Aby nie czekać latami na coś, co nigdy nie nadejdzie. Stąd ten artykuł, w którym chcę podpowiedzieć, jak najłatwiej odpuścić drugiemu człowiekowi.

Po trzecie – najskuteczniejsze są metody duchowe. Takie jak np. praca z Fioletowym Płomieniem. A przede wszystkim taka, jak prawdziwe, pełne miłości współczucie. Mi to właśnie najbardziej pomogło. Wiedza o tym, że nie ma nic do wybaczania i współczucie, kiedy zobaczyłam w sieci emocjonalną i duchowa nędzę osoby, która zrobiła mi kiedyś wiele krzywdy. Zadałam sobie uczciwie pytanie: gdybyś mogła teraz dosięgnąć tej istoty swoją karzącą ręką, co byś jej zrobiła? Czego byś jej życzyła? I uświadomiłam sobie, że nie umiem życzyć niczego innego niż zrozumienia, którego tej osobie zabrakło. Co finalnie sprawiło, że jest teraz tu, gdzie jest… i tylko robi się jej żal.

Ale przy okazji wytropiłam jeszcze jeden aspekt rozumienia całego procesu, którym chciałabym się z Wami podzielić. Pisałam już o tym trochę w tym artykule. Dzisiaj jednak rozwinę go bardziej, oglądając z wielu stron. Kiedy po wielu latach emocjonalnej ciszy, pojawiła się w moim życiu na powrót nieżyczliwa mi osoba, zadałam sobie natychmiast pytanie, dlaczego wraca do mnie coś, co zostało dawno przepracowane? To pytanie, przed którym staje dzisiaj mnóstwo ludzi. Takie energie teraz schodzą i nas oczyszczają. Jasne. Ale czego chcą od nas, skoro odrobiliśmy swoje lekcje?

Otóż nie odrobiliśmy. Powszechne wybaczenie, którego doświadczamy stosując różne znane metody, jest jak odkurzanie środka dywanu. Przynosi zadowolenie z dobrze wykonanej pracy i satysfakcję, kiedy patrzymy na czyste kolorowe wzory na podłodze. Odstawiamy odkurzacz i cieszymy się życiem. Dopóki pieniążek nie upadnie nam na podłogę i nie potoczy się pod łóżko. Kiedy zejdziemy do parteru szukając monety, nagle widzimy całe obrzydliwe warstwy brudu i kocie ogony, które ciągną się po podłodze.

Owe kocie ogony, to iluzja wybaczenia. Kiedy ktoś zrobi coś naprawdę niefajnego, np. nas okradnie, wówczas wybaczamy z pozycji kogoś lepszego. Spoglądamy z wyżyn duchowej mądrości i mówimy: „widocznie inaczej nie umiał, bo to prostak”. Albo: „moja dusza potrzebowała takiej lekcji, więc musiałam spotkać takiego ohydnego złodzieja”. Nie mamy wątpliwości, że ten czyn jest okropny. I nie możemy postawić znaku równości pomiędzy sobą, a złodziejem. Przecież nie kradniemy! To on jest ten zły! Możemy tylko wspaniałomyślnie wybaczyć. To zadziała oczywiście. To odkurzy nasz dywan na środku. A jeśli zauważymy swoją lekcję i odrobimy uzdrawianie swoich wzorców, to odkurzymy także brzegi.

Aby wejść pod łóżka i szafy potrzebujemy rozumienia, że nie mamy czego wybaczać. W pewien sposób działanie złodzieja, to jego sprawa, a nie nasza. Naszym zadaniem jest kochać siebie tak mocno, aby nigdy nie zostać okradzionym. Nie są potrzebne żadne kary i żadne więzienia. Ludzie, którzy kradną, zabijają, molestują, gwałcą to dostawcy naszych zamówionych przez nas lekcji. Jeśli mamy w sobie na tyle mądrości, by nauczyć się pilnie wcześniej tego, co trzeba, wówczas nic nie mamy do doświadczania. Nie spotykają nas takie rzeczy. Nikt nas nie atakuje, nie okrada, nie oszukuje. To możliwe. I właściwie tak powinien wyglądać świat. Gdyby każdy człowiek kochał siebie wystarczająco mocno, wszyscy „przestępcy” wymarliby śmiercią naturalną. Nie znaleźliby lustra, w którym mogliby się przejrzeć i zniknęliby… Oto przepis na raj.

Wracając jednak do naszej rzeczywistości, w której chodzą po Ziemi różne nieetyczne osoby, chciałabym zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt – na dawanie innym prawa do tego, by byli sobą. Jeśli ktoś kradnie, to jego wybór i jego ścieżka. Moim zadaniem jest bronić swojej własności i swojego rozwoju, a nie pilnowanie, aby ktoś inny był taki, jak tego bym chciała ja, czy jak chcą zasady. Jeśli jestem nauczycielem, to mogę nauczać tych zasad. Jeśli jestem rodzicem, to mogę odpowiednio wychowywać swoje dzieci. Nie mnie jednak oceniać, sądzić i karać innych za to, co robią.

Każda pretensja i żal, każdy brak wybaczenia to osądzanie. To wprowadzenie przekonania: „jesteś zły. Ja ci może wybaczam, ale musze to zrobić, bo jesteś zły”. Przecież gdyby nasza ocena drugiej osoby nie była krytyczna, to nie byłoby powodu do wybaczania, prawda? Za każdym razem, kiedy myślimy, że ktoś zrobił coś złego i powinniśmy wybaczyć – osądzamy. Oceniamy. A siebie wrzucamy do pudełka z napisem: „Ofiara krzywdy, ta lepsza osoba”. Nie warto być ofiarą, naprawdę! O wiele lepiej spojrzeć na wszystko, jak na zabawną historię, która tylko czegoś nas uczy.

I jako przykład kaliber może ciut lżejszy niż kradzieże czy gwałty. Wyobraźmy sobie zwykłą małżeńską zdradę. Jak trudno czasem wybaczyć, szczególnie jeśli ślubny partner dopuści się tego z naszą przyjaciółką. Kiedy przejdziemy przez pierwszy poziom, pt. „widocznie inaczej nie umieli, już tacy są wstrętni egoiści”, kiedy odkryjemy i przerobimy swoje lekcje, np. niskie poczucie wartości i zdradzanie samej siebie, przychodzi czas na dwa etapy duchowe. Jeden mówi o tym, że mąż i przyjaciółka to dwie przyjazne dusze, które w ten sposób uczą nas naszych lekcji. I nic im wybaczać nie trzeba – dostawili tylko zamówiony towar. A drugi, ten najtrudniejszy, ale finalny pokazuje, że wszystko jest w harmonii, kiedy wyjdziemy poza własne oczekiwania.

W tym przykładzie to wejście w cudze buty i zobaczenie – na spokojnie i bez emocji – że może u przyjaciółki mąż znalazł coś, czego nie dostał u nas. Ma prawo. Jakkolwiek by to nie bolało, niestety jest tylko człowiekiem, który ma prawo robić, co chce i żyć jak chce. Nie sprzyjają temu rozumieniu powszechne socjalne i religijne przekonania, że skoro to mój własny mąż, to nie ma prawa iść do łóżka z nikim poza mną. A gdzie to jest napisane? Nigdzie. Dlatego właśnie ma prawo. Tak jak ja mam prawo potem odejść od niego i powiedzieć: nigdy więcej nie ugotuję ci obiadu. I kto mi zabroni? Na tym polega samostanowienie.

Prawdziwe wybaczenie to zobaczenie w drugiej osobie po prostu człowieka. Normalnego. Emocjonalnego. Popełniającego błędy. Dokonującego wyborów dla siebie, a nie dla żony czy dla dzieci. Wybaczyć oznacza nie tylko rozumieć, ale dać drugiemu prawo do bycia sobą. Dlatego warto dostrzec w drugiej osobie człowieka, który ma prawo działać po swojemu i podejmować decyzje, które są niezgodne z naszymi oczekiwaniami. Żaden człowiek nie pojawił się tutaj na Ziemi po to, by spełniać nasze marzenia i zaspokajać nasze potrzeby. My sami odpowiadamy za własne szczęście, przez tworzenie w sobie odpowiedniej matrycy.

Ludzie to wędrujące lustra, w których przeglądają się nasze przekonania. Kiedy odrobimy swoje lekcje rzetelnie, nigdy więcej nie spotka nas takie doświadczenie. To mogę zagwarantować – potwierdzą to setki moich studentów, którzy pilnie pracują nad własnym rozwojem. Oznacza to, że jeśli po incydentalnej zdradzie odnajdę w sobie przyczynę i ją uzdrowię, to nigdy więcej zdradzona nie zostanę. To działa jak prawo grawitacji – bez pudła. Ale warto też prawdziwie zaakceptować inna osobę z tym co robi dla siebie, a nie dla nas i dać jej do tego prawo. Cokolwiek by to nie było. Umiejętność wyjścia poza społeczne mity, które zmuszają nas do poświęcania się dla kogokolwiek jest niezbędnym kawałkiem duchowej ścieżki.

Każdy z nas jest tutaj dla siebie i dla własnego rozwoju. Szukając swojej ścieżki, sprawdzając, co jest dla nas dobre, czasami możemy ranić innych. Naszą lekcją jest wówczas zrozumieć, że na bólu nic nie urośnie i prosić o wybaczenie. A rolą tej drugiej strony jest wybaczyć poprzez danie nam prawa do własnej drogi, choćby nawet mocno się ona komuś nie podobała. I dodam, że bardzo w tym pomaga prawdziwa miłość. Bo prawdziwa miłość nie ubolewa, że partner spędził z kimś miło czas. Prawdziwa miłość cieszy się szczęściem tego, kogo kocha. A paradoksalnie – kiedy prawdziwie kochamy siebie i partnera, to takie rzeczy w ogóle się nie zdarzają. Podobnie jak wtedy, kiedy ktoś naprawdę zaakceptuje stratę, to ona znika wypełniona obfitością. Tak działa wszechświat, ucząc nas akceptacji.

A po co w ogóle wchodzić pod te metaforyczne łóżka i szafy i uczyć się akceptacji cudzych wyborów? Aby temat wybaczania nie wracał do nas jak bumerang po latach i nie odbijał nam się czkawką w najmniej odpowiednim momencie. Powszechne odpuszczanie win działa na dłużej, czasem na kilka lat, oczyszczając nasze emocje, dając nam ulgę i komfort w samopoczuciu. Siadamy wówczas przekonani, że wszystko zostało zrobione. Dopóki nasz kot czy pies bawiąc się piłeczką, nie wywlecze spod szafy resztek zepsutej ryby… No właśnie. Tak to jest z resztkami nieprzerobionego wybaczenia.

Bogusława M. Andrzejewska

Moralność

Prywatnie bardzo nie lubię tego słowa. Kojarzy mi się wyłącznie z jednym – z panią Dulską. Jest definicją jakichś norm, które ludzie sobie ustalili w oparciu o to, co się ogólnie ma prawo podobać lub nie. Norm, które są bardzo płynne i zależne od prywatnych animozji tego, który się wypowiada na temat owej moralności. Moim zdaniem pojęcie to wymyślono właśnie po to, by stworzyć bliżej nie określoną płynnej długości smycz na każdego człowieka.

Jeśli nawiążemy do mody, to w zależności od aktualnie panujących trendów, niemoralnym może być długość spódnicy sięgająca ponad kolano albo i taka, która odsłania zaledwie kostki nóg. Bardzo to niespójne i cieszyć się należy, że dzisiaj moda daje nam dużo swobody, inaczej co druga z nas kobiet byłaby uznana za niemoralną.

Jeśli nawiążemy do filozofii religijnej, to niemoralnym może być każdy, kto nie chce się modlić, czy chodzić do jakiejś świątyni, czy tez działa niezgodnie z przykazaniami wiary panującej w danym środowisku. I chociaż każdy inteligentnie myślący człowiek doskonale rozumie znaczenie tego słowa, to daje ono ogromne pole do nadużycia.

Jaskrawym i jednocześnie absolutnie jednoznacznym przykładem niemoralności może być zjawisko prostytucji, które we wszystkich kręgach kulturowych jest odbierane tak samo. A przecież to zawód moim zdaniem potrzebny, skoro istnieje od tysięcy lat. Być może nie podoba mi się ten zawód, być może nigdy nie umiałabym w nim pracować, ale wcale nie chcę go oceniać. Właśnie dlatego, że nieśmiertelnie odnajduje swoje miejsce obok wszystkich innych szanowanych profesji. Zatem jest wart tyle samo. Problem jedynie w naszej potrzebie oceniania: to jest właściwe, a to jest nie.

Dlaczego w ogóle rozkminiam tak drażliwy temat? Bo uważam, że jest ogromną pułapką na drodze prawdziwego rozwoju. Jest parawanem, za którym ukrywa się hipokryzja, udająca duchowość, a uderzająca w to, co ludzkie. Zapominamy, że prawdziwa duchowość to miłość bezwarunkowa do Wszystkiego Co Jest. To akceptacja i zrozumienie. To wspieranie i wnoszenie Światła wszędzie tam, gdzie rządzi ciemność. Moralność jest nieprzejednana i nie dopuszcza jasności. Chroni mrok, stając na drodze miłości i mówiąc: odejdź, to należy potępić. A ja potępiać nie chcę i nie umiem.   

Kilkanaście lat temu pełniłam w sądzie rolę ławnika. Do dzisiaj pamiętam pewną sprawę rozwodową, dotyczącą kobiety, która zostawiła rocznego synka i uciekła z domu nic nikomu nie mówiąc. Rodzina zawiadomiła policję. Z rozpaczy, ponieważ wszyscy byli przekonani, że została porwana lub zabita. Tymczasem owa kobieta uciekła, by pracować w agencji towarzyskiej. Dobrowolnie. Jedna z jej koleżanek zeznała, że ta kobieta to lubi, a macierzyństwo ją po prostu męczyło. Długo byłam w szoku po tej sprawie, ale nie zdobyłam się na potępienie. Ludzkie emocje są bardzo trudne do oceny. Każdy ma prawo wybierać życiową drogę po swojemu, ponieważ zawsze ponosi konsekwencje swoich czynów. Wszystko do nas wraca. A niektórzy muszą uczyć się, doświadczając. Inaczej nie umieją.

Ludzie robią różne dziwne rzeczy. Zdradzają. Kłamią. Oszukują. Kradną. Obnażają się w miejscach publicznych… To lekcje dla nich i dla nas. Moja niechęć do moralności nie oznacza, że mamy to wszystko łykać jak żabę. Mamy swoje zasady społeczne, których staramy się przestrzegać. Mamy tez swoje restrykcje. Jeśli jednak chcemy coś zmienić na lepsze, to nie osiągniemy tego potępieniem, do którego zachęca moralność. Moralność to wielki, złośliwy język, który podstępnie wyprasza Dobro, by w jego miejsce cieszyć się wymierzaniem kary. Wyobraźcie tu sobie inkwizytora, który z uśmiechem przygląda się, jak kogoś żywcem palą na stosie, cieszy się zapachem palonej skóry i mówi z uśmiechem: to dla twojego dobra dziecko drogie. Oto moralność.

W jej miejsce wybieram Dobro, mądrość i bezwarunkową Miłość, które zaczynają od próby zrozumienia, dlaczego człowiek robi to, co robi. Możemy próbować tłumaczyć i zachęcać do zmiany drogi. Możemy uczyć i wychowywać. Możemy pokazywać własnym przykładem. A kto jest upoważniony, może też wyciągać konsekwencje. Nie powinniśmy jednak nikogo potępiać. Myślę, że cytat: „kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem” – będzie tutaj idealnym uzasadnieniem. Każda dusza tu na Ziemi przerabia swoje lekcje najlepiej jak potrafi. Nie powinniśmy nikogo oceniać.  I znowu cytat: „nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni”.

Prawdziwa duchowość rozumie obydwa cytaty. Zajmuje się własnym rozwojem, a nie krytykowaniem innych. Błędy innych są ku naszej przestrodze. Ludzie potykają się dla nas i dla nas padają na nos. Właśnie po to, byśmy wiedzieli, czego robić nie warto, co tworzy negatywną energię lub zadaje komuś ból. To wielkie szczęście móc patrzeć z boku i nie być winowajcą. Doceńmy to. Za każdym razem, kiedy ktoś koło mnie pada na twarz, składam dłonie i mówię: dziękuję, że mi pokazałeś, jak wygląda zło i głupota, zanim sama w to wdepnęłam. Czasem odsuwam się od ludzi, którzy niewłaściwie postępują, ale zapamiętuję ich lekcje. Zapamiętuję z wdzięcznością. Bo każda podłość jest też dla mnie, abym nigdy nawet nie pomyślała o czymś takim. Patrząc z boku mam przecież o wiele lepszą perspektywę.

Moralność to dla mnie złośliwa strzyga, która obgaduje innych, aby odwrócić uwagę od własnych błędów. Być może pokazuje palcem na kogoś, kto akurat się w życiu potknął i postępuje niewłaściwie. Najczęściej jednak jej prawdziwą motywacją jej zazdrość, zawiść, rozgoryczenie i chęć odwetu na kimś, kto ma lub może coś, czego ona nie ma lub nie może zrobić. Tak to działa. Widać to jak na dłoni i nie trzeba do tych wniosków być psychologiem. Dla mnie moralność jest gorsza od tego, kto właśnie upadł twarzą w błoto. Upadek jest ludzki, nie omija nikogo z nas. Moralność jest tylko radością z cudzego nieszczęścia. A raczej z tego, że może z pogardą wyciągnąć pruderyjny palec i dźgnąć nim w czyimś kierunku.

Bogusława M. Andrzejewska

Obowiązek

Obowiązkowość i podążanie za powinnościami to nasza cecha niemal narodowa i uświęcona tradycją wielu pokoleń. Każdy z nas, im jest starszy, tym lepiej wie, co należy, co się powinno robić, co wypada, a nawet co „musimy” zrobić. I chociaż podążając za nowoczesnymi trendami przestajemy używać słowa „muszę”, to nadal jesteśmy niewolnikami presji i hołdujemy zasadzie: najpierw obowiązek, potem przyjemność.

Jak zwykle, zgodnie z moją buntowniczą naturą będę namawiać do odejścia od przymusu i obowiązkowości, bo wbrew pozorom nie jest to wcale dobre dla naszego rozwoju. Obowiązek, mocno presją podlany, wywołuje w nas uczucia absolutnie negatywne i ściąga nam na dół energię, bez której nie jesteśmy w stanie nie tylko choćby dotknąć szczęścia, ale nawet pomyśleć pozytywnie. Obowiązki zabierają nam wolność i radość. Powodują, że człowiek czytając o pozytywności, prycha z ironią: a gdzież w tym zapracowanym życiu miejsce na wesołość?!

Oczywiście radość życia bierze się z codziennego pogodnego nastawienia do świata. Z tego, że kiedy wstaję rano, to umiem cieszyć się promieniami słońca przenikającymi przez gałęzie i ciepłem pachnącej miodem herbaty. I to mi wystarcza na początek. A potem szukam w ciągu dnia powodów do szczęścia. To sposób na istnienie albo po prostu taki nawyk – jak kto woli. Jednak ogromne znaczenie ma także świadomość decydowania o sobie i robienie tego, co się kocha.  Dla mnie powodem do odczuwania szczęścia jest moja twórczość – kocham ją ponad wszystko. Możliwość pisania czy robienia grafik (a ostatnio także malowanie) powoduje, że wszystko we mnie skacze z radości.

Jeśli życie składa się wyłącznie z obowiązków i z tego, co musimy, to po prostu się spalamy w nicości. Nic zatem dziwnego, że żyjąc w ten sposób, człowiek jest rozżalony, zniechęcony, a słysząc  o pozytywnym myśleniu puka się znacząco w czółko. Nie można żyć wyłącznie obowiązkami. Każdy człowiek zasługuje na to, aby mieć trochę czasu tylko dla siebie i na to, co kocha najbardziej. To jest nam potrzebne jak powietrze do oddychania. Tylko wtedy, kiedy robimy to, co kochamy – ładujemy swoje akumulatory. Bez tego ładowania, niestety, długo nie pociągniemy… I nie będę rozwijać kwestii, każdy potrafi się domyślić, jak kończy się szare, wypełnione tylko obowiązkami życie.

Serdecznie namawiam wszystkich nie tyle do lenistwa, ile do mądrego uzupełniania energii dobrymi, pełnymi miłości działaniami. Najczęściej nazywamy to pasją, czasem hobby. A czasem mówimy najzwyczajniej w świecie: bardzo lubię długie spacery, kocham górskie wędrówki, uwielbiam malować mandale… Cokolwiek robię z przyjemnością, robię naprawdę dla siebie. I tylko to ma znaczenie w moim życiu. Reszta jest egzystencją.

Jeśli ktoś kocha swoją pracę, to idealnie. Wówczas nie czuje presji, a słowo obowiązek też bywa mu obce. Idzie rano do tej pracy, bo chce i lubi. Myśli o tym, co chciałby dzisiaj zrobić i jak, nie rozpatrując tego w kategoriach powinności, lecz wyborów. Jest to chyba najważniejsze rozróżnienie: obowiązek kontra własny, świadomy wybór. To pierwsze jest klątwą zabierającą radość i życiową energię. To drugie daje siłę do działania i popycha w stronę dostrzegania jasnej, pięknej strony naszego istnienia.

Czasem obowiązek łączy się z pięknymi uczuciami i wówczas przestaje dla mnie być przymusem. Na przykład opieka nad ciężko chorym, ale przecież bardzo kochanym dzieckiem. Oczywiście te wszystkie czynności można obowiązkiem nazwać, ale w gruncie rzeczy robimy to, bo… chcemy. Bo chcemy sami umyć, przytulić, pocałować w czoło przy zmienianiu koszulki. Nie prosimy o wyręczenie, bo mamy w sobie potrzebę, by zrobić to sami. I to już przestaje być obowiązkiem, zaczyna być wyborem.

Nie jest dla mnie żadnym argumentem, że wszyscy mamy swoje obowiązki. To rzadko jest prawda, a jeśli nawet, to zabierają nam tylko część życia, ucząc nas pewnych ważnych lekcji. Reszta czasu powinna być przez nas twórczo wykorzystywana, właśnie na to, co daje nam najwięcej radości. I podkreślę ponownie, że praca zarobkowa także może dawać mnóstwo frajdy i satysfakcji. Wcale nie musi być “przykrym obowiązkiem”. Od dawna wszyscy nauczyciele duchowi powtarzają zdania o równowadze pomiędzy obowiązkiem a przyjemnością. To bardzo istotne, aby nie wpaść w ślepą uliczkę tego, co rzekomo „musimy”, a co potrafi zająć nam cały czas. Budzimy się potem na starość z ręką w nocniku życia zmarnowanego na bezsensownym sprzątaniu, gotowaniu i załatwianiu spraw dla innych.

To, o czym piszę, w praktyce uczy nas wielu istotnych lekcji. Moim zdaniem są one ważniejsze dla duszy i dla nas niż tak mocno przereklamowana pracowitość, która duszy nie daje kompletnie nic, a jedynym jej zyskiem może stać się (tylko może) bycie docenionym przez innych ciężko pracujących ludzi. Ewentualnie może przynieść pieniądze, no ale to już duszy nic nie daje kompletnie…

Wyjście poza obowiązkowość uczy nas po pierwsze asertywności i umiejętności domagania się pomocy od członków rodziny tak, abyśmy mieli czas dla siebie. Uczy nas także pracy zespołowej i działania w grupie. Po drugie uczy nas ustalania własnych priorytetów i stawiania na pierwszym miejscu tego, co jest dla nas ważne. Po trzecie pozwala nam ustalać własne cele rozwoju i być wiernym sobie. Po czwarte uczy nas prawdziwej wolności, niezależności i samodzielności, czyli szukania własnych dróg, które wybierając świadomie, będziemy lubić i doceniać.

I kilka przykładów z praktyki. Podział obowiązków w domu, szczególnie wtedy, kiedy są małe dzieci, wydaje się być tematem nie wymagającym żadnych wyjaśnień. Nie można się zabijać tylko po to, aby było posprzątane na błysk i smacznie ugotowane. Czasem trzeba umieć odpuścić i doładować akumulatory tym, co się naprawdę kocha. Nikt jeszcze nie umarł od tego, że zamiast dwudaniowego obiadu zjadł sobie kanapki albo poszedł na pizzę do baru.

Innym charakterystycznym przykładem mogą być nasze polskie cmentarze. Nikogo nie muszę przekonywać, że te wszystkie bajeranckie nagrobki są tak potrzebne zmarłemu, jak przysłowiowe kadzidło. Wszystkie zabiegi na ogromnych w naszym kraju nekropoliach robi się na pokaz, bo… „co ludzie powiedzą”.  Pamięć o bliskich, którzy odeszli, nosimy w sercu, a można ją pielęgnować na tysiąc sposobów innych, niż cotygodniowe czyszczenie grobu. Kiedy zmarł mój ukochany brat, zrobiłam album o nim. Zamieściłam w nim swoje wiersze, cytaty i ulubione zdjęcia mojego brata. Kiedy zatęsknię za nim, z miłością zapalam świecę i przeglądam nasze wspólne fotografie. Uważam, że jest w tym więcej sensu, niż w bieganiu na cmentarz, na który oczywiście też czasem chodzę.

Oprócz cmentarnych obowiązków mamy też wiele innych – zaczynając od zamiatania ulicy czy przedświątecznego mycia okien, a kończąc na zapraszaniu nielubianych członków rodziny na imieniny. Robimy to, bo tak wypada, bo trzeba. A przecież bardziej logiczne byłoby sprzątanie dla siebie, wtedy kiedy chcemy mieć czysto, a nie dlatego, żeby „ludzie nie gadali”. Niech gadają – ich problem. Prosperująca świadomość otacza się pozytywnymi ludźmi, którzy ją lubią i doceniają. Nie siada na kawie z kimś, z kim nie chce, tylko dlatego, że tak wypada. To ważna lekcja – kochać siebie na tyle mocno, aby nie kierować się w życiu opinią innych, tylko własnymi wyborami. Zapewne to też kwestia definicji, ale dla mnie słowo „obowiązek” łączy się zawsze z działaniem wbrew sobie.

I ostatni przykład: z terapii związków. Jeśli zwrócimy uwagę na to, jaki typ kobiety jest najczęściej zdradzany przez męża, to zobaczymy taką osobę, która zdradza sama siebie. To zwykle zabiegana, przepracowana i przemęczona pani domu, która chce, żeby wszystko było jak najsumienniej zrobione. Dba o czystość łazienki, pyszne trzydaniowe obiady, chce wszystko mieć uprzątnięte, wyprane, wymyte, wyprasowane… Ale nic nie robi dla siebie. Nie ma czasu na rozwijanie własnych zainteresowań, na malowanie obrazów, na leniwe poleżenie z partnerem i godzinne pieszczoty i przytulasy, bo musi dopucować do połysku okna lub podłogę. Bywa, że nie ma czasu na fryzjera czy kosmetyczkę. A to wszystko oznacza, że w jej grafiku nie ma miejsca na nią samą, na jej miłość i zaspokojenie jej emocjonalnych potrzeb. Pomijając i zaniedbując siebie sprawia, że jej duchowe lustro – mąż robi dokładnie to samo: pomija ją i zaniedbuje.

Jak zawsze warto być elastycznym. Wszyscy wykonujemy pewne czynności, które wykonać trzeba: myjemy zęby i naczynia, szorujemy toaletę, idziemy w deszczu do piekarni czy wyprowadzamy psa na spacer. Czasem odrabiamy lekcje z dziećmi, chociaż wszystko się w nas przewraca do góry nogami, kiedy czytamy zadania z matematyki… A czasem chodzimy też do pracy zarobkowej, której mimo wszystko nie lubimy. To ostatnie warto zmienić, najszybciej jak to tylko jest możliwe. Jednak warto też dostrzec w tym logikę i korzyści, zamiast obowiązku. Myję ręce po wyjściu z toalety nie dlatego, że tak trzeba albo że powinnam, tylko dlatego, że chcę, aby były czyste i pachniały mydełkiem. Proste, prawda?

Jeśli mam w domu kota, to karmię go codziennie, nie wchodząc w skomplikowane analizy: „Czy naprawdę muszę?” Jednak karmię go z radością, bo go kocham. Nie jest to dla mnie żaden obowiązek, chociaż inni tak to będą nazywać. Jest to dla mnie wejście w cudowną relację. Na przykład wtedy, kiedy skupiona piszę kolejny rozdział książki i nagle obok słyszę donośne: „m-niaum”, a rude puchate futro ociera się o moją nogę. Najpierw są głaski, potem rozmowa, co też kot by chciał ode mnie, a kiedy kieruje się w stronę miski lub lodówki, patrząc na mnie znacząco, wchodzę w zabawną rolę otwieracza do puszek z kocim jedzeniem. Czy to obowiązek? Zdecydowanie nie – to tworzenie relacji.

Dodam też, że dla swojego męża gotuję, bo lubię sprawiać mu radość. Czasem patrzę na zimny deszczowy dzień za oknem i myślę o tym, że fajnie byłoby zrobić mu gorący rosół. Wróci zmarznięty, zmęczony i … na widok garnka z rosołem uśmiechnie się, a oczy mu błysną tak, jak lubię najbardziej… Przede wszystkim jednak pichcę tylko wtedy, kiedy chcę, a kiedy nie chcę, bo robię coś innego – on sam odgrzewa sobie pierogi od mamusi. Albo pyzy z Biedronki. A jeśli go poproszę, to i dla mnie przygotuje coś ze swojego skromnego wachlarza kulinarnych umiejętności, np. jajecznicę. Nie mam przymusu stania przy garach i nie mam na czole napisane „kucharka domowa”. Żyję dla siebie. Rozwijam się dla siebie. Nie wyobrażam sobie, że mój czas mógłby upływać na codziennym szykowaniu jedzenia. Jemy, aby żyć, a nie odwrotnie. W moim domu gotujemy na zmianę i sprzątamy też na zmianę. Każdy.

Z astrologicznego punktu widzenia patrząc, dostrzegam w sobie ten złoty środek, do którego zachęcam innych. Słoneczny znak Bliźniąt nie cierpi rutyny i gniewnie parska na wszystkie obowiązki. Bliźnięta uwielbiają grać i bawić się każdą minuta życia, starają się zatem tak poukładać wszystkie swoje sprawy, aby nic „nie musieć”. Chcą przy tym tak wiele, że są stale w biegu, a w aktywnym działaniu i zdobywają kolejne szczyty. Ascendent w Wadze domaga się natomiast ode mnie ładu, więc chociaż nie lubię obowiązków, to dla własnej przyjemności robię wokół siebie porządek. Sprzątam często, aby było ładnie i harmonijnie. Ponadto popycha mnie ta Waga do twórczego sprawdzania siebie w różnych działaniach. I to w tym wszystkim chodzi – nie o lenistwo, niechlujność i zaniedbanie, ale o umiejętność kierowania się pasją i świadomym dokonywaniem wyborów tego, co nam sprawia radość. Człowiek jest twórczy i zawsze chce robić dobre i ciekawe rzeczy. Nic nie muszę. Wszystko mogę. I dlatego moje życie jest pełne pasji, a nie obowiązków.

Bogusława M. Andrzejewska

Przebudzenie 4

Nie odkryję Ameryki mówiąc, że sens pozytywnego myślenia podważają wyłącznie osoby, które nie umieją się tą metoda posługiwać i zdążyły doświadczyć rozczarowania. Kluczem jest tutaj właściwe podejście i konsekwentna praca z miłością. Nie ma innej drogi. Im bardziej się odsuwamy, im mocniej zaprzeczamy, tym bardziej życie będzie nas doświadczać tym samym. Tak działa dusza. Powtarza i powtarza lekcje, aż do zrozumienia. Nie ma przed tym ucieczki. Ktoś, kto trochę poczytał, powinien o tym wiedzieć i nie miotać się na oślep. To nie ma sensu. A już głupotą jest racjonalizacja własnego lęku przed miłością i dorabianie do tego jakiejś hipotezy o tym, że pozytywne myślenie służy ogłupianiu ludzi, aby ich zniewolić czy wyzyskiwać.

Nie chcę tu dyskutować o światowej polityce ekonomicznej i oczywistej chciwości niektórych grup społecznych, czy o wycinaniu lasów albo koncernach farmaceutycznych. Koń jaki jest – każdy widzi. Chcę natomiast wyraźnie podkreślić, że właściwa praca z miłością bezwarunkową, podnoszeniem samooceny i pozytywnym myśleniem wyciąga nas spod władzy jakiegokolwiek systemu. Wysoka energia chroni człowieka. Jeśli tworzę w sobie przestrzeń miłości i akceptacji, to nikt i nic mnie nie zaatakuje, nie oszuka i nie wyzyska. Tak działają zasady wszechświata, czy chcemy w nie wierzyć, czy też nie. Dostaliśmy wszystko, czego potrzebujemy do szczęścia. Mamy w sobie moc stwarzania światów  cokolwiek zbudujemy w sobie, realizuje się na zewnątrz w otaczającej nas materii. Jeśli nie podoba nam się to, co widzimy wokół, stwarzajmy w sobie to, czego pragniemy.

Rozwijamy się duchowo między innymi po to, aby zmienić oblicze tej Ziemi. Nie stworzymy na naszej planecie pokoju, jeśli będziemy wredni, zgorzkniali i złośliwi. Pokój można zbudować jedynie tworząc taki właśnie pokój wewnątrz siebie. A to wymaga pozytywnego myślenia, miłości i akceptacji. Jeśli nauczymy się budować w sobie raj, to wszechświat jak lustro odzwierciedli naszą wizję i znajdziemy się w utopii. A że ciągle trudno tego doświadczyć, to właśnie dlatego, że mnóstwo ludzi zamiast cierpliwie i konsekwentnie pracować z pozytywnym myśleniem, kochaniem siebie i z twórczą wizualizacją, woli wymyślać teorie spiskowe. Byle nic nie robić. Tak przecież najłatwiej  krytykować wszystko i powtarzać: nic nie ma sensu, to i tak nic nie da. Znamy to i takie osoby? Znamy wszyscy…

Dobro całego świata potrzebuje też, by osoba, która zajmuje się własnym rozwojem i rzekomo pracuje nad sobą, przyznała to, co oczywiste. I znowu posłużę się przykładem. Krytykowanie miłości bezwarunkowej i sprzeciwianie się pozytywnemu myśleniu, jest jak uparte powtarzanie, że dwa razy dwa równa się pięć… tylko dlatego, że ktoś kogo nie lubimy obwieścił, że dwa razy dwa równa się cztery. Ludzkie kompleksy i negatywne emocje są tak potężną siłą, że nawet inteligentne osoby powtarzają bzdury, byle tylko nie przyznać racji komuś, kto im podpadł. Albo czemuś, co ich zraniło. Przyznanie się do błędu albo przyznanie racji komuś nie lubianemu wymaga bardzo wysokiej inteligencji i bardzo wysokiego poziomu rozwoju wewnętrznego. Koło się zamyka.

I w ten sposób Stwórcy oraz Mistrzowie Energii grają w szachy i plotkują zamiast tworzyć nowe światy. A kiedy pojawia się młody, pełen entuzjazmu adept i woła: “co robicie? Twórzcie pokój, zdrowie i radość, budujmy razem nową, pełną miłości erę!“, rzucają do niego drwiąco: “jesteś idiotą z głową napchaną frazesami, system zmanipulował cię, żebyś mu służył. Nie przeszkadzaj nam, my jesteśmy ci mądrzy, którzy zjedli wszystkie rozumy i wiemy, że nic światu nie pomoże, to wszystko matrix, z którego nigdy się nie obudzimy…” Tak przecież najłatwiej.

Bogusława M. Andrzejewska

Przebudzenie 3

Ludzie, którzy odcinają się od miłości, są puści w środku i nieszczęśliwi. Potrzebują pomocy w pracy nad sobą i z pewnością nie ma w tym żadnej ich winy. Czasem życie tak właśnie nas doświadcza, że zamiast stać się miłością, bywamy lękiem. To wszystko można uzdrowić i myślę, że wiele osób doświadczyło tego pozytywnego zwrotu w swoim życiu. Ja mogę tylko po raz kolejny potwierdzić  to miłość jest drogą. Jakkolwiek patetycznie to nie zabrzmi  nie ma sposobu poza kochaniem. To prawda. Im dłużej pracuję z miłością bezwarunkową, tym więcej odnajduję na to potwierdzeń.

Czasem moją uwagę przyciągają osoby, które rzekomo zajmują się przebudzeniem i duchowością, a pomimo tego także odcinają się od miłości. Oczywiście, takie osoby też mogą mieć za sobą trudne doświadczenia, w wyniku których pozamykały serca. Jednak twierdzenie, że interesują się rozwojem duchowym jest w tym przypadku absurdem. To jakby powiedzieć: kocham deszcz, ale nie cierpię, kiedy pada. To szukanie pieczonego lodu… Albo ślepa uliczka. Nic nam oczywiście do tego, kto w co wierzy i co robi. Problem rodzi się wtedy, kiedy taki człowiek zaczyna uczyć lub pouczać innych, bo jest dajmy na to nauczycielem, doradcą, coachem lub po prostu autorem, który publikuje swoje mądrości. Jeśli mamy takie wyzwanie, by korzystać z nauk tej osoby, trzeba być bardzo ostrożnym, by nie przyswoić jego goryczy i nie wdrukować sobie jego negatywnych wzorców. Dlatego to takie ważne, kto jest naszym nauczycielem.

Są też osoby, które głośno wyśmiewają wszystkich zajmujących się pozytywnym myśleniem. Dorabiają do tego jakąś chorą filozofię, że ludzie szczęśliwi i pozytywni są otumanionymi owcami, które służą jakiejś organizacji. To znowu odpycha ludzi od dobrej energii, szczególnie tych, którzy nie mają w sobie dość siły, by zignorować takie ataki. Nie piszę tu o nikim konkretnym  pokazuję raczej zjawisko, aby je zrozumieć i umieć się temu przeciwstawić. Bez względu na ogrom stosowanej demagogii nie wierzmy w absurdalne argumenty o rzekomym służeniu jakiemuś systemowi, lecz słuchajmy własnego serca. Nie robimy tego na co dzień, bo od ręki kupujemy takie teksty i takich ludzi, poprzez ich agresywną energię. Namawiam zatem, by się zatrzymać, zamknąć oczy i zapytać samego siebie: czy taka teoria mi służy? Czy przyniesie mi dobro? Jeśli ktoś pracuje z metodami kwantowymi może po prostu zadać otwarte pytanie do pola. Nie musicie mi wierzyć, ale pytajcie samych siebie  nie łykajcie wszystkiego, co brzmi oryginalnie.

Wiele lat temu i mnie skrytykowano, kiedy na pewnym ezoterycznym forum w jakimś kontekście napisałam, że w rozwoju duchowym kluczowa jest miłość. Wściekły admin krzyczał i wyzywał mnie od różowych landrynek, jakby mu ktoś szpilkę wsadził tam, gdzie plecy się kończą. Czy nie przypomina to diabła skropionego święconą wodą? Czemu aż tak go zabolało słowo miłość? Jeśli miał inne zdanie, mógł po prostu zignorować mój post, który nikogo nie obrażał. Tak postępują dorośli normalni ludzie  ignorują. Ta przesadzona reakcja pokazała tylko, jak trudna jest dla niego energia miłości i jak bardzo potrzebował terapii w tym temacie. Emocje są przecież drogowskazem.

Myślę też – patrząc na to zjawisko od strony psychologicznej – że czasem u jego podłoża leży zwykła ludzka zazdrość i rozczarowanie. A pod nią trudne doświadczenia typu: “nie byłam kochana, nie umiem kochać, więc miłość jest bzdurą i mam na to dowód w postaci swojego życia“. Rozumiem też, że takie osoby bardzo kłuje w oczy fakt, że ktoś inny tryska szczęściem i co chwilę krzyczy radośnie: “ach, ja kocham, kocham i jestem taka wniebowzięta”. Trudno na to patrzeć, kiedy samemu się cierpi, to jasne. To jednak nie zmienia faktu, że oponenci miłości pracują – często nieświadomie – dla ciemnej strony mocy, bo utrącają swoimi atakami właściwą duchową ścieżkę. Może warto uzdrowić siebie z lęku, z bezmiłości i nauczyć się kochać, zamiast wyśmiewać innych za kochanie? To nie takie trudne, jak się wydaje. Zachęcam wszystkich zgorzkniałych – warto zmienić swoje podejście i doświadczyć prawdziwego szczęścia. Pozytywne myślenie to nie żadne otumanianie czy zakłamywanie samego siebie, to konsekwentna i ciężka praca, która przynosi dobre efekty.

Widzę bardzo wyraźnie, że osoby, które odcinają się od miłości i pozytywnego myślenia są nie tylko nieszczęśliwe, smutne i rozgoryczone. Są też bardzo złośliwe. To tylko potwierdza, że w ich życiu jest pustka, którą próbują rozpaczliwie zapełnić wymyśloną filozofią lub spiskową teorią. No cóż… nie mamy wpływu na innych ludzi, każdy ma prawo do własnych poglądów, a nawet do bycia nieszczęśliwym, jeśli tak sobie życzy. Ale zawsze mamy wpływ na siebie i na to, co sami kreujemy. Warto się na chwile zatrzymać i zastanowić, aby wybrać dobrze.

Bogusława M. Andrzejewska

Przebudzenie 2

Wiele osób intuicyjnie podąża za Światłem, którego jest częścią. Jak krople zmierzamy do wielkiego oceanu, z którego wyłoniło się Wszystko Co Jest. Intuicyjnie też jesteśmy dobrzy, życzliwi, serdeczni i pełni miłości. Okazujemy ludziom sympatię prostym gestem i czasem, jak filip z konopi wyskakuje pseudorozwojowiec i wytyka nas palcem: “ha, wklejasz na fejsie serduszka, bo tylko na to cię stać! Udajesz! Masz maskę, a pod nią jesteś przegranym idiotą, bo mądrzy ludzie nie wierzą w miłość. Prawdziwe przebudzenie nie wkleja serduszek, tylko cierpi i przerabia swoje wady!”. Oto najnowsza pułapka zastawiona przez ciemność. Czy po takim tekście ktoś ma jeszcze odwagę wkleić na FB komuś serduszko? Albo napisać coś miłego? Albo powiedzieć, że kocha? Albo ujawnić jakiekolwiek dobre uczucie? Lepiej przecież zamknąć serce i przestać odczuwać, by nie zostać wyśmianym, wykpionym i poniżonym. W ten sposób cień zamyka ludziom serca i odwraca ich od miłości.

Tak przegrywamy swój rozwój, a ciemność zaciera kosmate łapki, bo oto kolejna osoba schodzi z właściwej ścieżki. Wstyd jest, Kochani Moi, największym psychicznym bólem. Kto doznał  ten wie. Naprawdę można ze świecą szukać ludzi, którzy potrafią zmierzyć się ze swoim wstydem i pomimo jawnej krytyki, robić nadal to, co robią. To jedna z najtrudniejszych lekcji rozwoju. Mi się udało, ponieważ od dawna pracuję z poczuciem własnej wartości, z asertywnością i mam gdzieś (przepraszam wszystkich za te słowa) to, co o mnie mówią inni. Niech mówią. To ich problem, nie mój. Jestem świadoma tego, czego uczę i zdumiona, że nawet można myśleć inaczej. Przecież rozdaję wodę na brzegu rzeki, jak można nie widzieć rzeki? Dlatego cudza ignorancja nie może sprowadzić mnie z właściwej ścieżki.

Oczywiście fejsbukowe serduszka to tylko metafora, ale przyjmijmy na chwilę, że dosłownie o tym właśnie mówimy. Jak myślicie, po co ludzie wklejają serduszka, pieski, kotki i inne słodkie pierdułki? Czy nie po to, żeby sobie i innym w prosty sposób podnieść energię? Czy nie po to, żeby komuś okazać sympatię? Żeby kogoś wirtualnie chociaż przytulić? Zatem co w tym złego? Być może nie jest to najnowszy lek na ciężka chorobę ani setki tysięcy dolarów dla głodujących, ale w naszym istnieniu liczy się każdy drobny gest. Z tych gestów składa się świat. Tymi gestami podnosimy naszą duszę i dusze innych ludzi.

I przyznam się tutaj wszystkim moim Czytelnikom, że kiedy spadnie mi energia, kiedy robi mi się smutno, to wchodzę na Fb i przeglądam wpisy tych wszystkich osób, które wklejają Anioły, pozytywne afirmacje, serca, Jednorożce i tęcze. Robię to świadomie, bo wiem, co podnosi energię. Każdemu z nas. Bywa, że zatrzymuję się przy pełnym Światła zdjęciu i chłonę z Najwyższego Źródła tak długo, aż poczuję swoje skrzydła u ramion. I z ogromną wdzięcznością dziękuję wszechświatowi za każdą osobę, która niezależnie od własnego nastroju i trudnych czasem doświadczeń, wkleja to, co nam wszystkim pomaga. Błogosławię takie osoby z głębi serca, bo  świadomie lub nie  każdym serduszkiem, kotkiem i kwiatuszkiem podnoszą wibracje Ziemi.

Po raz kolejny powtórzę, że wiedza ezoteryczna nie świadczy o poziomie duchowym i nie podnosi naszej energii tak mocno, jak proste, drobne gesty pełne życzliwości. Ludzie intuicyjnie to robią i tego oczekują od innych. Mądrzy i dobrzy ludzie. Kiedyś to był uśmiech i proste “dzień dobry, jak zdrowie?” rzucane zza płotu. Dzisiaj tę role pełnią właśnie serduszka na internetowych portalach. Za jakiś czas pojawi się być może jeszcze inna forma międzyludzkich kontaktów. Tak czy owak bezinteresowna życzliwość będzie zawsze wyznacznikiem naszego duchowego poziomu, ponieważ to właśnie ona tworzy kręgi wysokiej energii. Kto widzi lub czuje  ten wie.

Jak w zamieszczonym niżej cytacie  jeśli wklejone przez Ciebie serduszko, hasełko bądź ciepłe słowa wywołają uśmiech na czyjejś twarzy, to zrobiłeś więcej dobrego dla świata, niż pani “pseudorozwojówka”, która wkleja fragmenty kontrowersyjnych poradników, wyśmiewa pozytywne myślenie i z pogardą krytykuje fakt wklejania serduszek. Nie mam co do tego wątpliwości. I nie ma we mnie wystarczająco dużo pokory, aby wdawać się na ten temat w jakąkolwiek dyskusję. Natomiast pochylam się z wdzięcznością przed taką osobą, ponieważ jej ignorancja jest dla mnie inspiracją. A jej zachowanie pokazuje, że świat w tym zakresie ciągle wymaga uzdrowienia. Nie czas spocząć na laurach. A już tak myślałam…

Chcę też bardzo wyraźnie powiedzieć, że kierowanie się życzliwością i pozytywnym nastawieniem dotyczy każdego człowieka tu na Ziemi, bo chociaż wszechświatów jest wiele, to na naszej planecie liczy się przede wszystkim Dobro i Miłość. Warto o tym pamiętać i nie dać się zbić z tropu zgorzkniałym ludziom, którzy głośno obwieszczają, że interesują się przebudzeniem, ale zupełnie nie rozumieją zasad duchowego rozwoju. Nie ufajcie nikomu, kto gardzi miłością w jakiejkolwiek postaci.

Bogusława M. Andrzejewska