Prawda

Prawda jest przereklamowana. Powiela się w memach, przysłowiach, cytatach tak często, jakby miała rzeczywiście wielkie znaczenie. Być może samo słowo stało się modne dla wszelkich mówców motywacyjnych i duchowych nauczycieli, ale ludzie przez to wcale się nie zmienili. Prawdomówni robią swoje, a kłamcy jak kłamali, tak kłamią. To pewne wzorce wdrukowane w naszą podświadomość określają, na ile trzymamy się rzeczywistości, na ile fantazjujemy lub mówiąc oględnie z ową prawdą mijamy się i to szerokim łukiem. Wzorce to nie kłopot, każdy można wymienić na lepszy, bardziej korzystny. Jest sporo skutecznych metod. Trudniej jednak orzec, co jest naprawdę dobre, bo moim zdaniem żadna wersja nie jest idealną receptą na szczęście.

Nie namawiam do kłamstwa. Nikt nie lubi kłamczuchów i życie z nimi jest upiorne. Jeśli ktoś zmaga się z tego typu bliską osobą, polecam znakomity podręcznik Susan Forward „Gdy twój partner łże jak pies”.  Doskonale napisana książka pomoże zrozumieć pewne toksyczne mechanizmy i podpowie, jak postępować z kimś, dla kogo prawda jest totalną abstrakcją.

Dla mnie nie jest. Uważam jedynie, że nie zawsze powinna być wygłaszana z patosem i nie wszystko należy mówić. Zacznę od bycia taktownym człowiekiem. Jeśli moja przyjaciółka ubierze się strasznie dziwnie i wygląda jak pracownica agencji towarzyskiej w trakcie szukania klienta, to nie chcę mówić jej prawdy, czyli tego co faktycznie myślę. Szukam delikatnych słów, by dyplomatycznie zasugerować jej zmianę wyglądu. A jeśli nie zechce, to po raz kolejny nie chcę przedstawiać jej swoich wniosków. Pozostawiam ją z jej wyglądem, bo ma do niego prawo. Patrząc z boku ukrywam prawdę, czyli kłamię z premedytacją. Jednak moim zdaniem wygłoszenie prawdy nie przyniesie niczego dobrego, a jedynie zrobi komuś przykrość.

Można oczywiście pofilozofować, że to, co mi się nie podoba wcale nie musi być straszne i moje zdanie wcale obiektywną prawdą nie jest. Wychodzę jednak z założenia, że prawda jest odwzorowaniem rzeczywistości. A w tym przykładzie rzeczywistość, to moje myśli. Człowiek taktowny nigdy nie mówi wszystkiego, co mu się w myślach pojawia. Starannie dobiera słowa, ponieważ liczy się z uczuciami innych. Tak, ludzie mają uczucia, gdyby ktoś zapomniał. Zranienie kogoś w myśl szczerości jest dla mnie niedopuszczalne. Można to zrobić w imię wyższego dobra jasne, ale nie wyłącznie dla zasady: „bo ja zawsze mówię, co myślę”.  To byłby przejaw niedojrzałości i egoizmu.

Istnieje też coś takiego jak „kłamstwo dla dobra sprawy”. To już nie jest przemilczenie, lecz podanie informacji niezgodnej z rzeczywistością. Pierwszy raz poznałam tę jakość, kiedy byłam dzieckiem i moja mama poprosiła mnie, żebym odwiedzając babcię powiedziała, że już jadłam obiad. Były żniwa, babcia była zapracowana i umęczona, ale jak zwykle przywitała nas pytaniem, czy nie jesteśmy głodni. Skłamałam i wiedziałam, że postąpiłam właściwie. To doświadczenie nauczyło mnie, że nic nie jest czarne ani białe. Nauczyło mnie też, że ważny jest człowiek, a nie zasada. Ważne, by liczyć się z dobrem drugiej osoby, a prawdomówność ma służyć nam, ludziom, a nie my jej. I nie może to stać się żadnym wytłumaczeniem dla powszedniego egoistycznego kłamczucha.

Wrócę jednak do przemilczeń, ponieważ są takie tajemnice które chronią dobro. Obserwuję często, jak jedno niepotrzebne wyznanie niszczy ludzkie losy. Zazwyczaj temat jest kontrowersyjny, bo kiedy sekret wychodzi na jaw, osoby okłamywane mają pretensje i głośno krzyczą, że wolą złą prawdę od słodkiego oszustwa. To iluzja. Nadmuchana iluzja, którą wmawiamy sobie, że jesteśmy bardzo porządni i uczciwi, bo popieramy prawdę. Często decyduje ciekawość i zachłanna potrzeba, by wszystko wiedzieć, by nic nie działo się poza nami. Brak poczucia bezpieczeństwa? Lęk przed odrzuceniem i brakiem akceptacji? Lęk przed ośmieszeniem? Potrzeba kontroli?

Nie mam z tym problemu. Doświadczyłam, nie teoretyzuję. Patrząc z perspektywy czasu myślę, że o wielu rzeczach wolałabym nie wiedzieć, wielu wolałabym nie widzieć. Byłabym bardziej szczęśliwa, a na pewno uniknęłabym wylanych łez. Umiem się do tego przyznać, bo moje poczucie wartości nie czuje się naruszone przez to, że ktoś, coś, poza moimi plecami… To jego problem. Kocham siebie i szanuję na tyle mocno, że to, co inni robią przeciwko mnie w tajemnicy przede mną w ogóle mnie nie obchodzi. Niech sobie robią, niech sobie gadają. Wiem, ile jestem warta, po co zatem mam słuchać cudzego negatywnego zdania, z którym na pewno się nie zgodzę? Po co mam zajmować się ludźmi, którzy mnie nie lubią?

Czasem lepiej nie wiedzieć o tym, co może dramatycznie obrócić wszystko w ruinę. Naprawdę. I pierwszy lepszy przykład, trochę z sufitu… Wyobraźmy sobie, że czyjś mąż na jakimś służbowym wyjeździe pod wpływem alkoholu prześpi się z inną kobietą. Oboje tego żałują i chcą o tym zapomnieć, konsekwencji nie ma. Mąż taki wraca skruszony do żony, milczy, ale kocha ją dwa razy bardziej i dwa razy bardziej dba o rodzinę. Szczęśliwie dożywają późnej starości oni, a następnie ich dzieci i wnuki.

A teraz inna wersja. Wiarołomny mąż po powrocie skruszony przyznaje się żonie, że zbłądził. Mądra żona pocierpi, ale zrobi wszystko, by wspólnymi siłami uratować związek. Jednak zapłaci za odkrycie tej tajemnicy wieloma nieprzespanymi nocami i hektolitrami wylanych łez. Ta mniej mądra po wielkiej awanturze wystąpi o rozwód. Znam takie panie, które ponad miłością stawiają prawo własności do drugiego człowieka, który w istocie (warto pamiętać) przedmiotem nie jest. Rozwód i pretensje działają traumatycznie nie tylko na małżonków, ale także i na dzieci, a potem na kolejne pokolenia. O ile będą, bo dzieci z rozbitych dramatycznie związków boją się zakładać swoje rodziny. Dzieci uczą się przez przykład. Awantury i dramaty rodzą kolejne awantury i dramaty. A wystarczyło zamknąć buzię i wielopokoleniowa rodzina żyłaby szczęśliwie.

Cokolwiek sobie pomyślicie Kochani Moi, moim zdaniem nic strasznego się nie stało. Zdecydowanie dla siebie wybieram pierwszą wersję, ponieważ nie osądzam ludzi. Każdy z nas jest pełen słabości, ideałów nie ma. Rozumiem też, że takie doświadczenie nie dotyka nikogo przypadkiem, zawsze jest jakaś przyczyna, daleka więc jestem od potępiania. Wiarołomni partnerzy często przyznają się do winy głównie po to, aby uwolnić się od poczucia winy. Wyrzucenie z siebie takiej sprawy przynosi ulgę, ale tylko wyznającemu błąd. Ta druga strona dostaje po głowie obuchem. A czy musi? Taka historia to nie to samo co wielki pozamałżeński romans i zrodzone z tego dzieci. Nie jest warta stresu. Gdyby mnie to spotkało nie chcę wiedzieć.

Wybieram też pierwszą wersję dlatego, że zawsze zadaję sobie pytanie: co przyniesie więcej Dobra? W podanym przykładzie odpowiedź jest jednoznaczna. I jakkolwiek kontrowersyjnie to zabrzmi, Dobro jest dla mnie zawsze ważniejsze niż prawda. Moja Babcia mawiała, że „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”. I nie zamierzam w tym miejscu bronić czy usprawiedliwiać wiarołomnego męża to osobny temat. Rzecz w tym, że w takim przykładzie dramat zaczyna się od wyznania prawdy, podczas kiedy jej zachowanie dla siebie chroni przed cierpieniem.

Jest taka piękna opowieść. Do mistrza przybiegł zaaferowany człowiek i zawołał:

Mistrzu, posłuchaj mnie, koniecznie muszę ci coś powiedzieć o jednym twoim uczniu…

Mistrz wyciągnął dłoń stanowczo i przerwał mu:

Zaczekaj powiedział. Czy to, co chcesz mi powiedzieć, przyniesie coś dobrego dla mnie?

Ależ nie! Ja właśnie, chcę ci powiedzieć, czego się dowiedziałem…

Zaczekaj powtórzył mistrz. Czy to, co chcesz powiedzieć, przyniesie coś dobrego dla ciebie?

Och nie, ja przecież chcę powiedzieć coś o twoim uczniu…

Zaczekaj. Czy to przyniesie coś dobrego dla tego ucznia?

Nie, wręcz przeciwnie.

A czy to przyniesie coś dobrego dla kogoś innego?

Nie, raczej nie.

W takim razie nic nie mów. Po co? Mówmy tylko to, co niesie coś dobrego.

Uwielbiam tę opowieść, ponieważ oddaje dokładnie moje nastawienie do tego, co przekazuję. Prawda jest dla mnie tylko pustym słowem, podczas gdy Dobro i Miłość są często celem samym w sobie. Jestem przeciwna mówieniu tego, co nie niesie w sobie pozytywów, o ile nie jest to do czegoś potrzebne. W artykule Tajemnica opisuję sytuację dokładnie odwrotną, w której zatajenie prawdy doprowadziło do nieszczęścia. Bo rzecz nie w tym, by stale zatajać czy kłamać lub zawsze mówić prawdę. Rzecz w tym, by wypowiadać słowa świadomie. By zadawać sobie pytanie: co powiedziałaby miłość w tej sytuacji? Lub jak w przypowieści: czy powiedzenie prawdy przyniesie komuś dobro czy może właśnie zachowanie czegoś dla siebie ochroni przed cierpieniem? Nie ma jednej recepty na życie. Byłoby one zbyt proste. A nasz rozwój polega na tym, by każdego dnia dokonywać suwerennych wyborów, stawiając sobie za cel Dobro, a nie zasadę.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Tajemnica

Myślę, że każdy z nas nosi w sobie takie doświadczenia, których nie chce upubliczniać. Nawet w dobie wszechwładnych portali społecznościowych, na których niektórzy informują cały świat o tym, co jedli na obiad i gdzie idą do lekarza  mimo wszystko nie chcemy o pewnych rzeczach opowiadać. Nie każdy z nas. To jest zupełnie naturalne, że niektóre informacje nie nadają się do ogłaszania światu i nie ma w tym niczego niezwykłego. Pewne historie czy fakty są niesmaczne lub nieciekawe. Być może do dobrego tonu należy, by o pewnych rzeczach nie opowiadać dookoła. A rzeczywistość oczywiście swoje… Jednak zwracam tu też uwagę na różnicę pomiędzy zjawiskiem nie obnoszenia się z czymś, a ukrywaniem czegoś. To jednak zupełnie różne sprawy.

Drugim obszarem zjawisk, o których nie chcemy mówić, to niechlubne historie, rzeczy wstydliwe. To wszystko, z czego nie jesteśmy dumni. Każdy z nas chce być postrzegany jako człowiek dobry i uczciwy. Mądra osoba nie chwali się na lewo i prawo popełnionymi niegdyś błędami, ale otwarcie przyznaje się do nich w stosownej sytuacji, np. w gabinecie psychologicznym, ponieważ wyrzuty sumienia budują bardzo mocne negatywne wzorce, które uszkadzają naszą zdolność kochania samych siebie. Warto na spokojnie skonfrontować się z tym, co minęło i wybaczyć, odpuścić, rozpuścić w Świetle. Nie ma ideałów. Każdy z nas ma na swoim koncie coś, o czym nie chciałby nikomu mówić.

Trzeci rodzaj tajemnic jest najzabawniejszy. To obszar absurdu i groteskowe ukrywanie przed światem normalności. Kiedy odkryłam, że są tacy ludzie, zrozumiałam, że to zjawisko mocno zakręcone psychologicznie, ale też i coś tak dziwacznego, że warto o nim napisać. Stąd też pomysł na artykuł. Tak, są takie osoby, które ukrywają przed światem na przykład to, że są po rozwodzie. Czy kogoś jeszcze oburza rozwód? Albo fakt, że syn pracuje fizycznie na budowie nowego osiedla. A co jest złego w pracy na budowie? Oczywiście to nie są rzeczy, które musimy mieć napisane na czole, ale zapytani wprost chyba nie musimy kłamać. O ile mogę zrozumieć zatajenie faktu, że córka zajmuje się najstarszym zawodem świata, o tyle nie widzę powodu, by wstydzić się uczciwego budowlańca. Przyznaję, przeżyłam szok, kiedy na pewnym spotkaniu znajoma pani poprosiła mnie scenicznym szeptem: „tylko nie mów, że on tam pracuje, oni nie mogą się dowiedzieć”. Na szczęście nie było takiego tematu.

Inny paradoks to zachowanie osoby, która ukrywa, że spotyka się z rodziną, o której poza tym bardzo źle mówi. No cóż, zwykła hipokryzja rzec by można. Jednak nadal niezrozumiałe jest, po co ukrywać coś tak normalnego? W dobie internetu trudno cokolwiek schować przed światem, a odwiedzana rodzina opowiada o tym, jak o kupnie chleba. Tworzenie w takim przypadku tajemnicy jest równie bezsensowne, jak utrzymywanie w sekrecie spaceru w biały dzień środkiem miasta, spaceru połączonego z donośną grą na trąbie.

Podobnie dziwaczne są ciągłe prośby do różnych osób w rozmaitych okolicznościach: „tylko nikomu nie mów”. Taka osoba czyni sekret z tego, że dała wazon w prezencie, że otrzymała wazon w prezencie, że zjadła obiad w towarzystwie, że zjadła obiad sama, że wyszła z sąsiadką do sklepu, że poszła do sklepu sama… Czasem pajęczyna tajemnic, którymi się owija plącze się tak bardzo, że nikt już nic nie rozumie, a lawina kłamstw przysypuje zainteresowaną życiem w ustawicznym sekrecie. Ludzie nie widzą potrzeby ukrywania rzeczy bez znaczenia. Wazon to wazon  na proste pytanie „gdzie kupiłaś?” pada prosta odpowiedź: „dostałam od…”.

Bez wątpienia jest to rodzaj patologii, która utrudnia życie w społeczeństwie. Zaobserwowałam w tym chorobliwą potrzebę otaczania się na co dzień tajemnicami. To ukrywanie nawet tego, że zjadło się kromkę więcej na śniadanie lub skonsumowało cukierka. Może to wynikać z patologicznego dzieciństwa, w którym rodzic każdego dnia powtarzał: „tylko nikomu nie mów”. Niewykluczone, że dziecko takie było karane za błahostki i trzymanie wszystkiego w sekrecie jest dla dorosłej osoby formą ochrony przed karą. Jednak nie ulega też kwestii, że wzorzec ukrywania wszystkiego jest silniejszy w takim przypadku od zdrowego rozsądku.

Może być też wzorcem niesionym przez wieki w całym rodzie, począwszy od jakiejś dramatycznej niewoli, w której praprzodek był karany za wszystko, na co nie otrzymał oficjalnego pozwolenia. Odkąd wiemy, że wzorce przenikają genetycznie z pokolenia na pokolenie, możemy wyobrazić sobie jakieś skrajne podporządkowanie i poważne naruszenie poczucia bezpieczeństwa. To może być także wzorzec szpiega  człowieka, który większość swojego życia spędza w cudzej tożsamości i kilkanaście razy dziennie gryzie się w język: „tylko nic nie mów nikomu”.  Dobrą metodą uzdrowienia takiego chorego nawyku mogą być Ustawienia Systemowe, podczas których można go uwolnić i wprowadzić korzystny wzorzec: „Wszystko mogę robić jawnie. Cokolwiek wybieram jest dobre dla mnie”. Pomoże też metoda Pure Art.

Przyglądając się takim osobom od strony energetycznej, zobaczyłam oczywiście zaniżone poczucie wartości. Bo te wszystkie tajemnice to nie tylko kwestia bezpieczeństwa. Czasem w ten sposób dodajemy sobie niezwykłości. Być może robiąca ze wszystkiego sekret kobieta czuje się jak niezwykła Mata Hari? A może patrząc na sąsiadkę robi to z wyższością na zasadzie: „ha, co ty o mnie wiesz? Nic”. A może ratuje w ten sposób nadwątlone poczucie winy wobec kogoś? Bo jeśli inni nie widzą i nie wiedzą, to nie mogą przecież mnie osądzić. Z całą pewnością człowiek świadomy swojej wartości, pewny siebie i tego, że postępuje właściwie, nie ma potrzeby niczego ukrywać. To proste. W Świetle wszystko jest widoczne. Ten, kto stoi w Świetle nic ukryć nie może. Tajemnice czają się tylko w mroku.

Jest i czwarty obszar tajemnic  rzeczy, których nie mówimy dla prawdziwego dobra innych. Piszę o nim opowiadając o znaczeniu Prawdy. I piąty  cudze sekrety. Ten ostatni wydaje się być bezsporny. Czyjeś sprawy należą do właściciela i tylko on ma prawo je ujawniać. A jednak życie weryfikuje wszystko. Przekonałam się, że nie istnieją żadne zasady, których los by nie spróbował podważyć. Nie ma takiej recepty na życie, której stosowanie pomaga zawsze i wszędzie. Po prostu nie ma. Jako ilustrację przytoczę tu autentyczną historię, która udowadnia, że są sytuacje, w których mamy prawo naruszyć cudze tajemnice.

Było sobie małżeństwo z trójką małych dzieci. Po dwunastu latach zgodnego życia mąż poznał inną kobietę i się zakochał. Spotykał się z kochanką w tajemnicy przed żoną, ale kiedy kochanka urodziła mu dziecko, poznał ją ze swoimi rodzicami. Rodzice zgodnie utrzymywali romans syna w sekrecie przed synową, chociaż synową lubili i żyli z nią w dobrych stosunkach. W pewnym momencie mężczyzna zażądał od swojej ciągle niczego nieświadomej żony, aby sprzedała mieszkanie otrzymane po rodzicach i pomogła mu spłacić długi. Kobieta rozmawiała o tym także z teściami. Nie popierali sprzedaży, ale nie zająknęli się nawet, że nie powinna pozbawiać siebie i dzieci dachu nad głową, bo ich syn planuje nowy związek z inna kobietą.

Dla mnie to jest kluczowy moment historii. Ja na miejscu owej teściowej zdradziłabym sekret własnego syna. Dla dobra moich własnych wnuków. Rozmawiałam o tym przypadku z moimi córkami i powiedziałam im wyraźnie, że w takiej sytuacji opowiedziałabym się po stronie Dobra, a nie dochowania ich tajemnic. Nie pozwoliłabym pozbawić dachu nad głową małych dzieci. Być może nie mamy wpływu na dorosłe osoby, które nie słuchają naszych rad, ale zawsze możemy ujawnić to, co ma kluczowy wpływ na życie drugiego człowieka. Jako kobieta i matka wiem, jakiego wyboru bym dokonała. Uważam, że zawsze należy zadawać sobie pytanie: „czy to przyniesie Dobro innym?”. Jest to ważniejsze niż wszelkie tajemnice.

Na marginesie dodam, że umiałabym w takiej sytuacji zmusić swojego syna do tego, by ujawnił sekretny romans, zanim przyszło na świat kolejne dziecko. Albo zrobiłabym to sama. Tajemnice niczemu nie służą. Są przyczyną wielu nieszczęść. Podobnie było w opowiadanej tu historii. Po wielu perturbacjach zdradzana, ale nieświadoma tego żona zgodziła się sprzedać mieszkanie i razem z małymi dziećmi zamieszkała w wynajętym pokoju. Wtedy dopiero dowiedziała się od męża, że zaplanował życie z inną i odchodzi. Reszty dramatu łatwo się domyślić. A przecież tajemnica odkryta we właściwym czasie zapobiegłaby nieszczęściu i kobieta z trójką maluszków ocaliłaby dach nad głową.

Czasem cudze sekrety są nam dane nie po to, byśmy mogli szczycić się swoją dyskrecją i lojalnością wobec nieuczciwych osób. Dostajemy dostęp do takich informacji po to, by chronić słabszych, by nieść Dobro, by zmieniać świat na lepsze. Nie mam co do tego wątpliwości. Nie dotyczy to rzecz jasna osób obcych, o których niewiele wiemy i których postępowania nie mamy prawa oceniać. Przedstawiona tutaj historia jest jednoznaczna, a teściowie wiedzieli wszystko, co powinni. Pozwalając synowi na wybór nowej partnerki, powinni też chronić synową i wnuki przed utratą dachu nad głową. Na tym moim zdaniem polega Człowieczeństwo.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Dystans

Niedawno byłam z mężem na romantycznej wycieczce w Kotlinie Kłodzkiej. Romantyzm mamy między sobą na co dzień, więc taki wyjazd to nie tylko masa czułości, ale przede wszystkim zmiana klimatu i kontakt z naturą, którą oboje uwielbiamy. Wracając do domu, przejeżdżałam przez miasteczko, w którym 30 lat temu spędziliśmy wolny weekend. To, co utkwiło mi w pamięci z tamtej wycieczki, to kłótnia. Zupełnie nie kojarzę, o co poszło, ale o jakiś drobiazg, słowo, krytykę… Nic ważnego. Pamiętam tylko, że przez pół dnia nie odzywaliśmy się do siebie. Ponieważ w tamtym czasie kochaliśmy się i nie było między nami istotnych sporów, to naprawdę musiała być jakaś błahostka.

Przypomniałam to sobie i zadałam w duszy pytanie, dlaczego dzisiaj jest między nami tak spokojnie i miłośnie, przecież ciągle jesteśmy tymi samymi osobami? A za nami trudne doświadczenia, o których w młodości nawet nie mieliśmy pojęcia. To dzisiaj moglibyśmy warczeć na siebie, a nie wtedy, kiedy byliśmy tacy w sobie zakochani. A jednak od tamtego momentu dzieli nas nie tylko 30 lat czasoprzestrzeni, ale przede wszystkim coś, co nazwałabym mądrością dystansu.

Przyznaję, że dzisiaj nie przejmuję się drobiazgami. Nie histeryzuję i nie robię afery wokół różnych drobnych spraw. Dość dawno zrozumiałam, że radość życia wymaga, by umieć spokojnie traktować rozmaite niedogodności czy nawet nieprzyjemności. Lubię cieszyć się chwilą i świadomie nie chcę wchodzić w kłótnie o cokolwiek. Nauczyłam się bezkonfliktowości dla własnej wygody i własnego zadowolenia. Jeśli muszę czasem o coś „zawalczyć” robię to ze spokojem i bardziej z pomocą dobrej energii, niż przez agresywne szarpanie z kimkolwiek i czymkolwiek. Tak jest po prostu lepiej i lżej żyć.

Dystans jest wspaniałą jakością, która pomaga nam odnaleźć spokój w sobie. Dla większości ludzi teoria pod hasłem „nie przejmuj się” jest czymś praktycznie niemożliwym do zrealizowania. Bo jak się nie przejmować, kiedy przecież… Czujemy się zobowiązani do tego, by się denerwować, martwić, zabiegać, starać… Najczęściej dlatego, że to ciągłe zamartwianie się jest dla nas tożsame z odpowiedzialnością i troską. A to tak nie działa. Odpowiedzialność i staranie nie musi być powiązane ze stresem i ciągłym napięciem. Można i warto zastąpić je pasją, radością i ekscytacją związaną z robieniem czegoś, co jest ważne.

Na marginesie dodam, że to także kwestia prosperity. Jeśli robimy coś z radosnym zaangażowaniem, to osiągamy lepsze wyniki. Taką energią przyciągamy też więcej klientów. Ekscytacja działaniem jest siłą napędową sukcesu, podczas kiedy przejmowanie się wszystkim jest blokadą. Wbrew powszechnemu przekonaniu, jeśli nasze starania przepełnia zmartwienie i stres, to nic dobrego nam z tego nie wyjdzie. Silna potrzeba osiągnięcia celu wymieszana z ukrytym lękiem, że może się nie udać sabotuje to, co robimy. Presja jest najsilniejszym blokerem. Nic tak nie zabija energii jak wewnętrzne napięcie, które przecież często nam towarzyszy, kiedy przyjmiemy, że coś musimy.

Wracając do relacji – bardzo często kłócimy się i obrażamy „o nic”. Przyczyną stają się mało znaczące drobiazgi. Jakieś rzucone w niewłaściwym miejscu skarpety, jakiś bałagan… Ktoś o czymś zapomni albo zrobi inaczej. Jasne, że chcielibyśmy, aby świat był idealny i wszystko zawsze było idealne, w idealnym czasie. Czy to jednak nie byłoby nudne? Niech się czasem zadzieje inaczej niż wymyśliliśmy. W tym miejscu warto nauczyć się jednej z najmądrzejszych życiowych refleksji: ważne, że jesteś cały i zdrowy.

Najczęściej mówią tak starsi ludzie, którzy wiele doświadczyli. Być może podobnie, jak ja w tej chwili, zastanawiają się, co w życiu jest najważniejsze? Być może odkrywają, że niepotrzebnie denerwowali się i złościli, kłócili o błahostki i tracili zdrowie, tracili energię? Po co? Uwierzcie, lepiej machnąć ręką na zabłocony dywan i zachować spokój. To machnięcie to dawka zdrowia, bo każda złość, każde rozczarowanie, każdy żal i pretensja zabierają nam siły witalne i kładą cegiełkę pod jakąś chorobę. Zapytam raz jeszcze: po co nam to? Warto nauczyć się dystansu i odpuszczania drobiazgów. Tak, piękny drogi dywan jest drobiazgiem. Nie jest nim natomiast nasze ciało, nasze zdrowie i samopoczucie. Co jest w istocie ważniejsze, chyba nikt nie ma wątpliwości.

Nie upraszczam. Drobiazgi to codzienne sprawy, które nie rujnują nam życia. Np fakt, że ktoś zapomniał kupić chleb albo naniósł błota na świeżo wymytą podłogę. Nie jest drobiazgiem poważna choroba, śmierć, rozwód, zdrada, strata pracy i parę innych trudnych lekcji. Nie unikniemy przykrych emocji, kiedy doświadczamy pewnych dramatycznych wydarzeń. Świadomość prosperująca zna sposoby, by sobie w takiej sytuacji pomóc, ale też nikt nie może stosować wówczas zasady dystansu. To po prostu nie jest możliwe. Natomiast w codziennych niedogodnościach – nie tylko warto, ale nawet można wykształcić w sobie nawyk spojrzenia z innego poziomu.

Dystans jest umiejętnością obserwowania życia tak, jakby rozgrywało się na scenie, obok nas. Jakoś tam oceniamy i podejmujemy decyzje, ale nie angażujemy się emocjonalnie w zdarzenia. Np. w to, że na drodze przed nami korek. Nasza złość i cała masa przekleństw nie rozpuści tego korka. Jeśli chcemy sobie pomóc – zróbmy spokojnie Reiki na sytuację. To lepsze niż bezsilne miotanie się za kierownicą i przeklinanie wszystkich dookoła. Warto spokojnie szukać rozwiązań. Z naciskiem na „spokojnie”, ponieważ z poziomu spokoju widzimy o wiele więcej i nasze możliwości energetyczne są większe, niż z poziomu stresu i nerwów.

Dystans pozwala podejmować właściwe decyzje także w relacjach. Jeśli partner po powrocie z pracy krzyczy na nas trochę bezzasadnie, a my nie czujemy się winni, to dystans jest najlepszym rozwiązaniem. Pozwala dostrzec, że coś złego się zadziało i ten krzyk nie jest atakiem na nas, tylko wyrażaniem napięcia i bezradności tamtej strony. Tak czy owak w takiej sytuacji mamy co najmniej trzy możliwości. Pierwsza to podjęcie walki „o swoją rację” i krzyk głośniejszy z silniejszą jeszcze agresją a nawet z rękoczynami, bo… „niech sobie nie myśli, że może mnie obrażać krzykiem”. Nie stosuję, bo takie coś przeradza się w piekło i jest przejawem emocjonalnej niedojrzałości rodem z piaskownicy.

Druga opcja to obrażenie się. Foch utrze krzykaczowi nosa i pokaże mu, jak głupio postąpił. Albo nie, bo on nic nie zrozumie. Także nie stosuję, bo taki ruch energetyczny jest atakiem na energię serca. Ilekroć się obrażamy, zabieramy naszemu sercu energię i kładziemy podwaliny pod rozwój choroby. Stąd biorą się później zawały, omdlenia, rozmaite sercowe niewydolności. Kiedyś byłam w tym specjalistką. Ilekroć mój mąż powiedział mi coś przykrego, zwijałam energię i atakowałam własne serce, siadając w cichym żalu i rozkminiając: „jak on mógł?!”. To w mojej rodzinie karmiczny wzorzec użalania się nad sobą i brania do siebie cudzych nastrojów, pomysłów, ocen, czy wręcz głupiego gadania. Pisałam o tym wzorcu. Dzisiaj mam to już za sobą i od lat nie strzelam też focha. Nie widzę w tym sensu. Wolę porozmawiać.

Najlepiej wybrać trzecią opcję – dystans. Kiedy ktoś z naszych bliskich miota się i krzyczy, nie bierzemy tego do siebie. Czekamy, aż się uspokoi. Najczęściej taka osoba przeprasza, kiedy emocje opadną i sama wyjaśnia, co ją tak zdenerwowało. I okazuje się, że faktycznie nie było najmniejszego powodu do tego, abyśmy mieli czuć się dotknięci. Cały problem był poza nami – coś złego w pracy, zmęczenie, ból głowy. Dystans pozwala opaść emocjom. Daje przestrzeń na zrozumienie samego siebie i spojrzenie z poziomu dorosłej osoby, a nie rozwrzeszczanego dziecka. Umożliwia też zrozumienie, że ta druga osoba ma prawo do słabości i wyrażania swoich emocji. Nikt nie jest manekinem ze sztucznym uśmiechem na plastikowej twarzy. Miewamy gorsze dni. Wszyscy.

Dystans pozwala na wyciszenie i spokojne spojrzenie na problem także wtedy, kiedy ktoś faktycznie ma pretensję do nas. Czasem wystarczy, że druga strona powie niewłaściwe słowo, że krzywo popatrzy, zaśmieje się w nieodpowiednim momencie i już czujmy potrzebę obrony. Najczęściej rozpoczynamy spór, a nawet wręcz awanturę, by udowodnić, że partner się myli lub jest niesprawiedliwy. Po co? Zadajmy sobie pytanie: po co udowadniać komuś, że nie ma racji? Niech sobie mówi, co chce. Nawet jeśli mówi bezsensowne rzeczy o nas, przypomnijmy sobie, że jesteśmy poza oceną i nikt nie może tego zmienić.

Jednak potrzebujemy do tego wysokiej samooceny. Potrzebujemy świadomości, że tacy jacy jesteśmy, jesteśmy naprawdę dobrzy. Tylko wtedy umiemy machnąć ręką na czyjąś krzywdzącą opinię czy złośliwe słowa. Tylko wtedy nie czujemy się zranieni. Nasza ludzka natura jest taka, że bardzo mocno reagujemy na ocenianie. Im niższa samoocena, tym bardziej jesteśmy drażliwi i tym szybciej się obrażamy, przejmujemy, złościmy. Im więcej samoakceptacji, tym większy dystans do samego siebie i większa świadomość, że nie obchodzi nas, co inni mówią.

Wysokie poczucie własnej wartości pomaga także wtedy, kiedy popełnimy błąd i doskonale wiemy, co zrobiliśmy źle. W długotrwałym związku nikt nie cedzi słów. Kiedy na jakiejś wycieczce dwa razy pod rząd źle pokazałam kierunek, w którym chcę jechać i wyprowadziłam męża w ślepe uliczki, w których trudno było zawrócić, mój skorpion rozzłościł się. I cóż z tego? Przeprosiłam. Rozbawiłam go i po minucie rozmawialiśmy ze śmiechem na zupełnie inny temat. Po prostu nie przejęłam się tym zdarzeniem. Moja wysoka samoocena nie poczuła się zagrożona słuszną skądinąd krytyką i nie traciłam czasu na rozważania o tym, jakaż to ja jestem nieuważna. Każdemu się zdarzy i tyle. Minęło. Po co się tym zajmować?

Tymczasem niska samoocena nie pozwala przejść nad taką sytuacją do porządku dziennego. Uświadomiłam sobie wówczas, że 30 lat temu siedziałabym nadąsana w poczuciu winy i poczuciu żalu co najmniej godzinę. Z powodu błahostki. Tak wyglądałby brak dystansu do drobnej sprawy, o której w istocie po pięciu minutach nikt nie pamięta. Całe nasze życie składa się z setek takich spraw. A my sterowani określonym stosunkiem do samych siebie przejmujemy się lub nie. Co w istocie przekłada się na: cierpimy lub cieszymy się życiem. Wysokie poczucie wartości pomaga nam złapać dystans. A dystans w tym kontekście jawi się jako klucz do radosnego i szczęśliwego bycia sobą.

Bogusława M. Andrzejewska

Wybór

Podstawową zasadą naszego rozwoju tu na Ziemi jest samostanowienie. Gdyby istniało jakieś przeznaczenie, jakiś przymus  to nie byłoby w ogóle mowy o rozwoju. Bo jakież to wzrastanie, kiedy robimy to, co musimy? Tylko nasze własne decyzje, które podejmujemy kilkanaście i kilkadziesiąt razy razy w ciągu dnia stanowią o tym, co rozumiemy, co czujemy, Kim W Istocie Jesteśmy. I to jest najwyższa szkoła życia dokonywanie właściwych wyborów.

Z jednej strony  nie ma złych decyzji, więc każdy wybór jest właściwy. Ale z drugiej są takie, które prowadza nas do szczęścia, wzrastania, błogości i takie, które pokazują, jak wiele jeszcze przed nami do nauki. Czasem te rozróżnienia są niejasne, trudne do uchwycenia, bo nie każda decyzja wydaje się być brzemienna w jakieś skutki. Niektóre tematy wydają się być błahe, tymczasem dla energii nie ma tematów ważnych i mniej ważnych. Każda decyzja jest ruchem energetycznym. Nawet taka, jakie buty założyć do sukienki albo czy obejrzeć film. I chyba na tych prostych decyzjach najczęściej się potykamy, bo nie wydają nam się ważne. A są.

Do codziennych drobnych pozornie decyzji należą takie na przykład, jak to, czy posprzątam i nastawię pranie, czy też pooglądam wysokowibracyjne Karty Aniołów i zadam im jakieś pytanie. Nie mówię tu o sytuacji skrajnej, kiedy przewracam się o rozsypane wszędzie śmieci. W przeciętnym domu odłożenie sprzątania o kilka godzin czy jeden dzień jest niewidoczne. To szczypta kurzu więcej. Ale jak zwykle zachęcam do znalezienia złotego środka, bo moje doświadczenie pokazuje, że można nastawić pranie, ogarnąć dom i znaleźć czas namedytację czy duchową praktykę. Setki ludzi tak właśnie układa swój dzień.

Poruszam ten temat, ponieważ zadziwia mnie, kiedy zachęcam klientkę do poświęcenia 20-30 minut na coś pozytywnego, co podniesie wibracje, a ta osoba mówi mi, że nie ma czasu, bo musi zrobić zakupy, ogarnąć dom, poprasować… i takie tam codzienne czynności, które wykonuje każdy z nas. Mogę to zrozumieć w przypadku matki małych dzieci, która nie ma czasu, by spokojnie wypić herbatę. Albo w sytuacji permanentnej opieki nad obłożnie chorą osobą. To skrajne sytuacje. Ale inaczej  odrzucanie czegoś, co podnosi energię na rzecz sprzątania czy prasowania jest błędem. To właśnie wybór, który prowadzi w niewłaściwą stronę.

Jeśli naprawdę chcemy być szczęśliwi, powinniśmy działać w harmonii z wszechświatem i wybierać jak najwięcej rzeczy, które sycą nas pięknem, miłością i radością. Jeśli obok tego są jakieś przykre, szare obowiązki  trudno, niech będą, ale na marginesie życia, a nie w jego centrum. Standardowo możemy spokojnie mieć czas na jedno i drugie. Nie trzeba codziennie stać przy kuchni, można gotować raz na dwa dni. Nie trzeba codziennie sprzątać, można utrzymywać porządek, odkładając od razu rzeczy na swoje miejsce i wycierając starannie buty z błota. Można! To tylko kwestia wyboru.

Jednak należy najpierw zrozumieć, że nie zeszliśmy na Ziemię, by gotować, prać i sprzątać lub wykonywać inne szare obowiązki. Zeszliśmy po to, by robić coś, co kochamy. Rozpoznajemy to po tym, że wyrastają nam skrzydła u ramion, a energia rośnie. To ładuje nasz wewnętrzny akumulator  podwójnie. Po pierwsze akumulator emocjonalny, który naładowany sprawia, że jesteśmy ludźmi pogodnymi i zadowolonymi z życia, że odczuwamy sens istnienia i szczęście. Jeśli akumulator się wyczerpie, a my będziemy kręcić się w ponurych obowiązkach, jak trybik w maszynie, to prędzej czy później poczujemy się wypaleni. Poczujemy się nieszczęśliwi. A w końcu zapadniemy w  depresję.

Uważam, że depresja jest wynikiem braku szczęśliwych i radosnych doświadczeń i dokucza tym osobom, które nigdy nie robiły nic dla siebie i swojego zadowolenia. Które nigdy nie napełniały radością swoich akumulatorów. Które żyły dla innych, starając się komuś dogodzić i w którymś momencie szaro bura pustka objawiła się w całej okazałości, wychodząc w ciele paskudnym schorzeniem. Jak wiadomo to niebezpieczna choroba, która nie leczona grozi śmiercią. A przecież wystarczy systematycznie dbać o napełnianie siebie radością, miłością izachwytem, a taki stan nigdy nam nie zagrozi. Wiem. Doświadczam. Jestem szczęśliwa.

Po drugie  te wszystkie pozytywne emocje, które tu wymieniam, napełniają też nasz zbiornik duchowy. Chociaż rozwijamy się wewnętrznie poprzez trudy codziennego życia, to owo wzrastanie powinno być wspierane także praktyką, ćwiczeniami, medytacją. Dla prawdziwego duchowego rozwoju należy codziennie starać się podnosić energię. A co nam podnosi energię? Oczywiście śmiech dziecka, spacer po sosnowym lesie, pływanie, ale też oglądanie pięknych grafik, słuchanie odpowiedniej muzyki, czytanie wysokoenergetycznej książki czy strony, medytacja, duchowa praktyka. Na to nie może zabraknąć czasu. Żadne sprzątanie czy prasowanie nie jest od tego ważniejsze.

Czasem myślę, że problemem są wzorce wyniesione z domu rodzinnego, w którym rządziła żelazna zasada: „najpierw obowiązek, potem przyjemność”, wzmocniona koniecznością robienia wszystkiego „na wysoki połysk”. Bo  jak wspomniałam wcześniej  nie chodzi o to, by nie sprzątać, nie zmywać, siedzieć na kupce brudu i przeglądać Karty Aniołów. Chodzi o to, by znaleźć przestrzeń na wprowadzenie wysokiej energii do swojego życia. Kłopot ze znalezieniem czasu na duchową praktykę, czy jakąś dowolną przyjemność, która poprawi nastrój, mają osoby nadobowiązkowe, które robią tysiące przetworów na zimę i pastują sto razy podłogi, które i tak są czyste. Jak myślicie, co jest biletem do oświecenia: wypastowana podłoga czy medytacja nad miłością bezwarunkową?

Nie ma nic złego w wypastowanej podłodze i setkach słoików z kompotami, jednak pod warunkiem, że nie są to rzeczy wykonywane po to, by zasłużyć na miłość domowników lub partnera. W mojej praktyce nie spotkałam się z takim przypadkiem. Każda znana mi „idealna” pani domu, u której można jeść z podłogi, a piwnice pękają w szwach od przetworów, to osoba, która szczególnym wysiłkiem i staraniem chce pokazać, że jest godna i zasługuje na to, by oddychać. A przecież wystarczy być, by zasługiwać na miłość, szczęście i to, co najlepsze.

Na wszelki wypadek dodam też, że nie jest dla mnie żadnym argumentem pucowanie do połysku podłóg i robienia tysięcy słoików „dla dobra dzieci”. Każde dziecko bardziej ucieszy się ze spaceru z mamą, z gry w planszówkę albo z długiej rozmowy przy herbatce, kiedy jest starsze. To, czego dzieci najbardziej pragną, to naszego czasu i uwagi, a nie wypasionych obiadków i lśniących podłóg. Warto o tym pamiętać. To też moment dokonywania wyboru, czy umęczyć się przy kuchni lub w łazience, czy też być wypoczętą i z uśmiechem poczytać wspólnie bajki.

Na koniec tematu podpowiem też, że najpiękniejszym wyborem jest współpraca z dzieckiem. Wspólne robienie obiadu, a nie podtykanie pod nos gotowych przysmaczków, uczy pracowitości, odpowiedzialności, dzielenia się obowiązkami. Uczy pomagania, a nie wyręczania. Takie dziecko, kiedy dorośnie będzie umiało wszystko zrobić, będzie mądre i samodzielne. Ale będzie też umiało docenić potrzebę odpoczywania i wspólnego cieszenia się życiem. Bywa często, że uczymy wygodnictwa, poprzez podawanie wszystkiego pod nos. To wcale młodym osobom nie pomaga w życiu. 

Setki słoików i pastowanie podłogi to tylko pewna metafora. Być może robimy coś zupełnie innego, co odczuwamy jako obowiązek i powinność. Jeśli to presja dyktowana znanym dobrze „bo tak wypada”,  „bo tak trzeba”, „bo co ludzie powiedzą”, to niech się zapali czerwone światło. Przyjrzyjmy się wówczas takim wyborom i zadajmy sobie pytanie, czy to co robimy, sprawia nam radość i satysfakcję? Czy nadaje sens naszemu życiu? Czy też robimy coś, bo boimy się oceny innych i krzywego spojrzenia znudzonej sąsiadki. Żyjemy tutaj dla siebie, a nie dla innych. Zawsze o tym pamiętajmy.

Podsumowując, rzecz w tym, by znaleźć czas na to, co kochamy robić i co wywołuje na naszej twarzy radosny uśmiech. Warto mieć zawsze choć trochę przestrzeni na odczuwanie zachwytu i jak najczęściej doświadczać piękna. Ważne są te wszystkie działania, które robimy dla siebie, dla własnego szczęścia i spełnienia. To nas wznosi, rozwija i uzdrawia. To nas też chroni przed depresją, poczuciem wypalenia i utratą sensu życia. Dokonujmy mądrych wyborów.

Bogusława M. Andrzejewska

Prawda i wybaczenie

Tym razem nie o kłamstwie i jego skutkach, ale o tej prawdzie, która w istocie jest sensem naszych lekcji. O tej prawdzie, której poszukiwanie nazywa się dumnie rozwojem duchowym. O tej prawdzie, która oświetla właściwą ścieżkę i jest tak głęboko ukryta, jak tylko dusza potrafi sobie wymyślić. Bo dusza kocha łamigłówki, sekrety, kombinacje i wbrew wzniosłym tekstom nic w naszej życiowej wędrówce nie jest tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać. A może właśnie jest, tylko nie umiemy zobaczyć? Zdecydujcie sami. Oto opowieść o szukaniu prawdy, odkrywaniu i wybaczaniu.

Pewna moja reikowa znajoma została wiele lat temu zdradzona. Mąż dopuścił się wiarołomstwa z sekretarką i z tego romansu urodziło się dziecko. Moja znajoma przeżyła koszmar, ponieważ kochanka męża nie przebierając w środkach próbowała zniszczyć zarówno ją, jak i jej rodzinę. Dokuczała, gnębiła, zastraszała, szantażowała. Ostatecznie jednak, po kilku dramatycznych latach małżonkowie wrócili do siebie, a tamta kobieta ułożyła sobie życie z kimś innym. Moja znajoma, jak przystało na osobę rozwijającą się duchowo, przeszła cały długi proces wybaczania  najpierw mężowi, a potem tamtej kobiecie, która poza zdradą, wyrządziła jej mnóstwo innej krzywdy, publicznie upokarzając i dokuczając.

W tym czasie jeden z naszych nauczycieli duchowych pokręcił na jej pytanie wahadłem i powiedział, że to karma jej męża. Że w poprzednim wcieleniu jej mąż porzucił tę kobietę z małymi dziećmi i dlatego ona teraz ponownie weszła w jej życie, by go odzyskać. Moja znajoma łyknęła to jak świeże poziomki, a ja razem z nią. Nie umiem powiedzieć, dlaczego temu nie zaprzeczyłam, skoro w horoskopie znajomej widziałam dług karmiczny, a w horoskopie męża już nie… Jakoś nie zwróciłam na to uwagi. Mój błąd. A ponadto ja nie uznaję niczego, co zostało „wykręcone” przez wahadło. Wiem i widzę, że wahadło mówi to, w co my wierzymy. Jednak autorytet owego nauczyciela był dla nas obu w tym czasie bardzo mocny. Chyba to przesądziło, bo ja w tym czasie jeszcze nauczycielem nie byłam.

Zatem moja znajoma przyjęła ową historię za sensowne wytłumaczenie i pracowała nad sobą, aby wszystko rozpuścić. Mężowi wybaczyła szybko, tamtej kobiecie nie mogła. Każdy proces przynosił ulgę na parę miesięcy, po czym trudne emocje wracały ze zdwojoną siłą. Podsuwałam jej coraz to bardziej zaawansowane sposoby wybaczania, włącznie z wejściem w przestrzeń poza osobową, gdzie wybaczenie następuje na poziomie dusz. Wszystko pomagało, jak plaster na ranę, która nie chce się goić.

Niestety żadna z nas nie zwróciła uwagi na to, że mężowi moja znajoma wybaczyła z łatwością  to być może pokierowałoby nas we właściwą stronę. Jednak oczy zamydliły nam odkrywcze psychologiczne artykuły, gdzie cytowano mądre statystyki, a  wynikało z nich, że zdradzona kobieta z łatwością wybacza wiarołomnemu mężowi, cała winę zrzucając na kochankę. Moja znajoma biła się w piersi: „to ja taka jestem”  mówiła. A potem zastanawiała się, czy dobrze zrobiła, że wróciła do męża, bo skoro on juz raz tamtą kobietę porzucił w innym wcieleniu, to w tym powinien odpracować winę. I tu mi zgrzytało mocno, ponieważ owa kochanka to bardzo wredny typ człowieka, z którym nikt nie może wytrzymać. Najgorszemu wrogowi nie życzyłam życia z taką wstrętną osobą, a najmniej mężowi koleżanki, który poza tym, że kochliwy i niewierny to całkiem dobry i serdeczny dla ludzi człowiek.

Koleżanka moja miała też nieco poczucia winy, bo sytuacja niejasna, karmiczna i czort wie, co robić, żeby było dobrze i żeby gorszej jeszcze karmy nie gromadzić. Zastanawiała się w swoim złotym sercu czy to nie zdarzyło się po to, by zrezygnowała ze swojego szczęścia dla innej osoby. Tak, uwierzcie mi, są jeszcze tacy ludzie. Pocieszałam ją, mówiąc: „dopóki kierujesz się w życiu miłością, nie tworzysz złej karmy. Widać takie lekcje tamtej osoby”.

Minęło wiele lat. Runęły stare autorytety i zmieniło się moje spojrzenie na wiele spraw. Kiedy znowu się spotkałyśmy, w jej energetyce wiele się zmieniło, ale temat niechęci do tamtej kobiety był nadal żywy. „Przerobiłam już wszystko, co mogłam, wybaczałam na tysiąc sposobów  wszystko działa na trochę, a potem temat wychodzi na powierzchnię. Poddałam się, bo nic więcej nie wymyślę, trudno.”  powiedziała. A mnie wówczas olśniło. Zajrzałam w oba horoskopy i zobaczyłam, że ten temat w ogóle nie dotyczy jej męża, że to wyłącznie jej historia. Przez chwilę zastanawiałam się, jaką odegrała w tym rolę i dostrzegłam, że to ona w poprzednim wcieleniu została zdradzona i porzucona. Kolejne wcielenie powtarzało ten sam ból, a jej krzywdzicielem była ta właśnie kochanka, która dzisiaj doświadcza wszystkiego z drugiej strony.

Jak się domyślacie, kiedy opowiedziałam to wszystko mojej znajomej, uwolniłam ją od wielkiego ciężaru i poczucia winy wobec tamtej kobiety. To sprawiło, że bez żadnych dodatkowych ćwiczeń i procesów puściła wszystko. Wybaczenie stało się rzeczywistością. Moja znajoma odzyskała spokój już na stałe, a przeszłość mogła zniknąć. Wszystko zostało odrobione.

Wybaczenie to zrozumienie. Dlatego można też głośno powiedzieć, że to uświadomienie sobie, że nie ma nic do wybaczania, że wszystko jest w harmonii. Bez świadomości, to nie może mieć miejsca. Dopóki nie wiemy, co wybaczamy, nie możemy puścić energii zdarzenia. Rzecz nie w szczegółach, bo nie musimy pamiętać każdego złośliwego kopniaka. Rzecz w sensie lekcji. Moja znajoma ma w horoskopie karmę rodową, co oznacza, że dobrowolnie podjęła się odrobienia tematu  krzywdzi mnie po raz kolejny ten sam krzywdziciel, a ja uzdrawiam siebie, by nigdy więcej nie zostać zranioną i z miłością odpuszczam dla dobra całego rodu. Ta lekcja nie była widoczna w tej postaci, ponieważ blokowało ją poczucie winy wobec rzekomo skrzywdzonej kochanki. Poczucie winy jest bardzo silnym mechanizmem, który potrafi mocno sabotować nasz rozwój. Dlatego nawet szczere, rzetelnie przeprowadzone medytacje wybaczania nie przynosiły oczekiwanego efektu.

Dusza stale przywoływała kolejne doświadczenia, by zmusić moją znajomą do zauważenia prawdziwego sensu lekcji. Ten sens był pomijany. A cała ta historia pokazuje, że nie możemy zlekceważyć zrozumienia, zakładając  wybaczam, cokolwiek tam jest… Można wybaczać „wszystko”, ale nie „cokolwiek, choć nie wiem co”. Być może komuś wydaje się słuszne i pełne harmonii takie wybaczanie „czegokolwiek”, bo celem jest przecież odpuszczenie, a nie skupianie się na szczegółach. Ale celem karmy jest nauka. Karma to nie kara. Karma to lekcja. Nie można przejść do następnej klasy bez zrozumienia. Dlatego właśnie wybaczenie w tym przypadku nie zadziałało.

I jeszcze słów parę o karmie rodowej. Polega ona na tym, że dusza dobrowolnie bierze na siebie jakąś lekcję, z której przepracowania cała zasługa spływa na linię rodową, oczyszczając tę linię z jakiegoś długu. Z reguły ktoś z rodu zrobił kiedyś coś niegodnego. W przypadku mojej znajomej jeden z jej pradziadków porzucił kobietę z dzieckiem. Być może zmarła śmiercią głodową, być może cierpiała, być może go przeklęła. Co ciekawe  to nie mąż jednak, tylko dziadek, a więc machający wahadełkiem nie miał racji. Obecny mąż to życzliwa dusza, która pomaga odrobić karmę dla całego rodu, dlatego w jego horoskopie nie ma żadnych karmicznych długów. A gdyby coś był winien owej kobiecie, to horoskop by to ewidentnie pokazał. Ta kochanka była zazdrosną kobietą, która odciągnęła mężczyznę od rodziny i szantażem zmusiła do porzucenia żony i dziecka. To samo próbowała zrobić w tym wcieleniu z innym mężczyzną.

Zabrzmiało jak melodramat wymyślony przez bujną wyobraźnię romantycznego pisarza. Ale przyznaję, że lubię takie kolorowe obrazy, ponieważ pomagają nam dobrze zrozumieć sens naszych lekcji. Nie ma tu znaczenia, na ile wierzymy w minione wcielenia. Ważne, by uchwycić sens tego, co chce poczuć dusza. Czasem czujemy i przeżywamy głęboko oglądając dobrze zrobiony, wzruszający film. Nasze życie też jest tylko filmem, w którym rozgrywają się niewiarygodne sceny. Naszym zadaniem jest podejmować właściwe decyzje poprzez głębokie zrozumienie lekcji i dostrzeganie prawdy, a nie wymyślanie jej machając wahadełkiem.

Bogusława M. Andrzejewska

Obwinianie

Kiedy wydarzy się coś, czego sobie nie życzymy, większość ludzi natychmiast szuka winnych zaistniałej sytuacji. Ba, czasem nawet nic nie musi się wydarzyć, wystarczy moment krytyki. Pamiętam sprzed lat sytuację, kiedy znajome małżeństwo spóźniło się na umówione spotkanie. Ktoś rzucił z odrobiną złośliwości do męża: „Ty to zawsze musisz przyjść po czasie”. Mąż natychmiast zripostował: „Bo żona mnie nie obudziła” i oskarżycielsko wskazał na nią palcem. Kuriosum tego zdarzenia wyraźnie przedstawia, jak absurdalne jest szukanie winnych.

Zacznę małymi krokami, tłumacząc, że to my i tylko my ponosimy odpowiedzialność za to, co się wydarza. Nawet jeśli spóźniamy się, bo nieoczekiwanie złapaliśmy gumę w drodze do celu, to przecież nie ulega wątpliwości, że sami to wykreowaliśmy. Nie ma innych winnych i nie będą nimi ani producenci opon ani drogowcy. Przyczyną spóźnienia jest coś, co nosimy w sobie, jakiś wzorzec, który sprawia, że czas funkcjonuje zupełnie inaczej niż powinien. To może być nawet lęk przed tym właśnie spotkaniem albo wewnętrzny opór przed sprawą, która miała być na spotkaniu załatwiana.

Charakterystyczną cechą osób obwiniających innych jest oczywiście niskie poczucie wartości. Człowiek, który się się spóźnia, zapomina o czymś, źle coś zrobi – boi się negatywnej oceny. A krytyka boli wyłącznie tych, którzy mają niską samoocenę. Ludzie o wysokim poziomie samoakceptacji wzruszają ramionami na zarzuty i mówią: „to twój problem, ja jestem ok”. Albo bez uniżenia ze spokojem przepraszają, że nie udało się tak, jak wszyscy oczekiwali. Kiedy ktoś boi się krytyki, to podobnie jak w podanym na początku przykładzie, szuka kogoś, na kogo będzie mógł zepchnąć tę krytykę – ” to ona jest winna, nie ja”.

Jednak istotą rzeczy jest fakt, że nie ma też żadnej winy. Uważam, że to słowo jest odpowiednikiem jakiejś psychologicznej iluzji, którą wymyśliliśmy, aby uwolnić się od odpowiedzialności. Jest to bowiem niesłychanie wygodne, kiedy nie musimy nad sobą pracować, zmieniać się, uzdrawiać rozmaitych problemów. Możemy uznać, że nie mamy wpływu na rzeczywistość, a winą jakiejś skomplikowanej sytuacji jest druga osoba, rząd, koniunktura, pech albo całkiem coś innego. Jednak w gruncie rzeczy nie jest nam to do niczego potrzebne. Jeśli nie ma winy, wszystko pozostaje w harmonii i nie musimy się usprawiedliwiać.

Najtrudniejsze i zarazem najgorsze jest obwinianie samego siebie. Poczucie winy jest naszym wrogiem. Wzmacnia kompleksy i poczucie bycia złą osobą. Jest też energetycznym sabotażystą, ponieważ zgodnie z Prawem Przyciągania kreuje w naszym życiu same przykrości. Działa tutaj coś więcej niż poczucie nie zasługiwania na dobro. Pojawia się wręcz przekonanie o konieczności bycia ukaranym. Jeśli jest wina, jeśli jest niechlubny czyn, muszą zostać poniesione konsekwencje.

Bardzo pomocne jest uświadomienie sobie własnej niewinności i absurdu karania samych siebie. Jeśli popełnimy błąd, to jest to nasze doświadczenie. Zazwyczaj w ślad za pomyłką pojawia się jakaś trudność, będąca konsekwencją tego, co zrobiliśmy. Podobnie jak w przypadku małego dziecka, które ucząc się chodzenia, przewraca się i rozbija kolano. Po co zatem dodatkowa kara? Nikt z nas nie ośmieliłby się nawet pomyśleć o tym, by ukarać dziecko, które się przewraca.

To jedna z największych pułapek, jakie zastawia na nas nasza cywilizacja. Nie życie i nie przeznaczenie, tylko stereotypy, w których funkcjonujemy. Rodzimy się niewinni i tacy powinniśmy pozostać, tymczasem od dziecka wbija się nam do głowy, co jest złe, brzydkie lub niewłaściwe. Dualizm jest sztucznym postrzeganiem świata przez ludzi, którzy zostali oddzieleni od Najwyższego Źródła. Moim zdaniem nic nie jest złe ani niewłaściwe, o ile nie czyni krzywdy innej czującej istocie.

Zrozumienie, że wina nie istnieje, nie jest filozoficznym rozkminianiem. Jest zrobieniem kolejnego kroku na ścieżce wewnętrznego wzrastania. Jest uznaniem, że wszystko jest w harmonii. Jeśli ktoś „się spóźnia”, pamiętajmy, że wszyscy są we właściwym miejscu i czasie. Jeśli o czymś zapomnimy, to znaczy najczęściej, że tak miało być. Jeśli coś zrobimy inaczej, niż ktoś oczekiwał, to taka lekcja była nam właśnie potrzebna. Wina jest odpowiedzią na negatywną ocenę – coś jest „nie tak”, zatem dlaczego? Jeśli przyjmiemy, że wszystko jest „tak”, to nie ma potrzeby szukać winnych. Na tym polega prawdziwa lekcja akceptacji.

Temat harmonii jest trudny do pojęcia. Jeśli ktoś, kogo kochamy ciężko choruje, to nie ma w nas otwartości na to, by uznać, że to harmonijne zdarzenie. Szukamy winnych: lekarze, sąsiedzi, odżywianie, pogoda, ktoś nie zamknął okna i zrobił przeciąg… A w ostateczności nawet okrutny Bóg, który zesłał choróbsko. A przecież choroba jest psychosomatyczną odpowiedzią na dysonans w człowieku. Na jego nie uzdrowione urazy, lęki, i stłumione emocje. Nie szukajmy winy i winnych. Poszukajmy przyczyny! W przypadku choroby jest ona dosyć łatwa do odkrycia. Polecam poczytanie książek Louisy Hay na tematpsychosomatyki. To z reguły się sprawdza.

Kiedy mamy do czynienia z niesympatyczną teściową, wystarczy spojrzeć na nią z boku, obiektywnie. Jest tylko zaborczą matką, która rywalizuje z synową o ukochanego synka. Czasem przejawia przerost matczynej miłości, czasem jest niesprawiedliwa i okrutna. Ale taka jej natura. Jak można mieć pretensję, że ktoś ma wredną naturę? To jakby mieć pretensję, że człowiek jest, jaki jest. Ktoś ma rude włosy, ktoś jest bardzo wysoki, a ktoś inny jest po prostu wredny. To nie jest wina, to jakość. Możemy tego człowieka z taką jakością omijać z daleka. Możemy pracować nad sobą i podnosić poczucie wartości, aby nie doświadczać manifestacji tego, czego sobie nie życzymy. Obwinianie natomiast nie przyniesie żadnych wymiernych efektów, poza złudzeniem satysfakcji, że… „to ona jest ta zła, a nie ja”. A przecież doskonale wiemy, jacy jesteśmy. Czy trzeba kogoś innego obwiniać, aby podkreślić swoje zalety? No chyba nie.

Inny przykład: zatrudniamy w swoim sklepie człowieka, który kradnie wszystkie pieniądze i ucieka. Dostrzeganie harmonii nie polega na tym, że odpuszczamy i nie szukamy złodzieja. Warto próbować odzyskać to, co należy do nas. Jednak wydarzenie takie jest spójne z czymś, co nosimy w sobie. To może być jakiś lęk przed stratą, jakaś karmiczna lekcja, jakiś wzorzec przyciągania do siebie kary. Ważne, by w tym momencie nie szukać winnych, lecz przyczyny. Zwykle taki wzorzec daje się bez większego trudu uzdrowić i lekcja więcej nie wraca. Szukanie winnych odwraca uwagę od sensu wydarzenia. Złapanie złodzieja i odzyskanie pieniędzy, nie uzdrowi wzorca. Jest wielce prawdopodobne, że ukradnie je ktoś inny lub stracimy je w wyniku nietrafionej inwestycji.

Niedawno przypomniałam sobie sytuację, w której ktoś mnie okłamał i utrzymywał w nieprawdzie przez dłuższy czas. Podjęłam wówczas określone decyzje, kierując się tym kłamstwem. Nie mam jednak do tej osoby żalu, bo wiem, że gdybym wówczas znała prawdę, moje decyzje byłyby całkiem inne. Byłabym dzisiaj w innym miejscu. Nie wiem, czy lepszym, bo jestem dzisiaj szczęśliwa, więc wcale nie chcę zmieniać przeszłości i rujnować drogi, która doprowadziła mnie do TU I TERAZ. Wierzę, że to kłamstwo było moim zapakowanym prezentem, dzięki któremu osiągnęłam to, co mam. Oto harmonia. Oto akceptacja bez obwiniania. Wszystko jest takie, jakie powinno być.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Wzorce

O wzorcach w kontekście rozwoju osobistego mówimy stale i piszę o tym niemal w każdym artykule, tu więc tylko pewne podsumowanie. To niezbyt dobrane słowo oznacza taką wewnętrzną matrycę, która zakorzeniona w podświadomości przyciąga do nas określone wydarzenia. Jeśli ten wzorzec brzmi np. „jestem niemądra”, to życie przynosi doświadczenia, które to potwierdzają. Wzorzec jest jak kapelusz założony na głowę, kiedy przeglądamy się w lustrze, a owym lustrem jest życie. To mogą być ludzie, którzy tak do mnie powiedzą. Nawet bardziej dosadnie, np. :”jesteś głupia, jesteś idiotką”, a mnie to zaboli, bo to osoby dla mnie ważne. Ta emocja, ten ból jest wskazówką, że wzorzec jest dla mnie aktywny. Jeśli ktoś mnie wyzwie, a po mnie to spłynie, jak po gęsi, to oznacza, że takiego akurat wzorca nie posiadam. Kluczowe zatem są emocje. Po to właśnie przychodzą.

Wzorce można nazywać także kodem lub przekonaniem czy poglądem, ponieważ rzecz jasna nie są zwykłą przelotną myślą, lecz właśnie czymś, w co wierzymy. Słowo „przekonanie” wydaje mi się najbardziej trafione. Z tym wszakże zastrzeżeniem, że przekonania kojarzą nam się z czymś ułożonym logicznie w świadomości, a wzorce często są głęboko schowane w warstwach podświadomych i nie mamy do nich dostępu na poziomie umysłu. Wzorce to także rozmaite nawyki, które weszły na stałe do naszego funkcjonowania. Dlatego tymczasem nazywajmy to zjawisko nadal wzorcem.

Wzorce najczęściej powstają bez udziału naszej świadomości w różnych powtarzających się sytuacjach, ponieważ nasz umysł uczy się przez ponawianie zdarzeń i czynności. Jeśli jako małe dziecko za każdy razem po rozbiciu kolanka dostajemy czekoladkę na pociechę, to wytwarza się wzorzec: „ból jest nagradzany”. Podaję go w dużym uproszczeniu, ale łatwo się domyślić, że taki wzorzec prowokuje świadomość do przyciągania bólu (pechowych wydarzeń), aby dostać nagrodę.

Innym przykładem może być czuła obecność mamy w czasie chorowania. Mamy, która na co dzień jest bardzo zapracowana i nie ma dla nas czasu. Podświadomość może wywoływać choroby, aby doświadczyć troski, miłości i czułej obecności. Prawdę mówiąc bardzo często w procesie uzdrawiania odnajdujemy u człowieka opór przed zdrowiem. Taki opór nie bywa logiczny i taka osoba powtarza głośno, że ma już dość chorowania, chce stanąć na nogi. Tymczasem wewnątrz, w podświadomości tkwi taki właśnie kod: „choruj, będą cię przytulać i okazywać ci miłość”. Taki wzorzec mógł powstać w dzieciństwie, ale wzorce tworzymy na bieżąco na każdym etapie życia. Starsza samotna osoba może w ten sam sposób przyciągać uwagę swoich dorosłych dzieci, które na co dzień nie mają dla niej czasu.

Wzorce można umownie podzielić na podstawowe i wtórne. U takiej starszej osoby wzorcem wtórnym może być poczucie zmęczenia i potrzeba odpoczynku albo gniew na kogoś z rodziny. Uzdrowiciel oczyści ten wzorzec i oczekujemy, że chory poczuje się lepiej. Tymczasem okazuje się, że nie ma efektu lub poprawa samopoczucia pojawia się tylko na chwilę. Aktywny jest bowiem wzorzec podstawowy, schowany głęboko i niewidoczny – przekonanie, że jeśli chorujemy, to dzieci okazują nam miłość. Potrzeba miłości jest tu silniejsza niż uzdrowienie gniewu albo zmęczenia.

Innym przykładem może być praca z odkrytym wzorcem dotyczącym pieniędzy. Może być tak, że zauważamy lęk przez biedą i zaczynamy aktywnie uzdrawiać ten wzorzec, zastępując go poczuciem obfitości. Pomimo tego jednak sytuacja finansowa wcale się nie poprawia albo (co jest dość częstym zjawiskiem) poprawia się na krótki czas, a potem wracamy do punktu wyjścia. Okazuje się, że ten wzorzec jest wtórny, a pod spodem jest silniejsza blokada – wzorzec pierwotny. Wzorcem pierwotnym może być np. niskie poczucie wartości i przekonanie, że nie zasługujemy na żadne luksusy.

Bardzo wyraźnie widać to w przypadku odchudzania, kiedy wzorcem wtórnym staje się poczucie winy, że przejadamy się słodyczami. Nawiasem mówiąc nie rozumiem zupełnie, jak można mieć sobie za złe, że lubi się słodycze? A gdzie jest napisane, że trzeba odżywiać się tylko zieleniną? Przecież kakaowiec, z którego robi się czekoladki to też roślinka. Jednak poważnie rzecz biorąc mnóstwo ludzi obciąża się wyrzutami, że nie je tak, jak zalecają dietetycy. Po zastosowaniu diety na jakiś czas waga spada. Potem jednak pojawia się powrót do stan wyjściowego – tzw. „efekt jo-jo”. Jest to standard, ponieważ do głosu dochodzi wzorzec pierwotny, czyli ten, który spowodował przytycie. Najczęściej jest to lęk – lęk przed ośmieszeniem, lęk przed odrzuceniem, lęk przed popełnieniem błędu, lęk przed brakiem… Warstwa tłuszczu to obrazowo mówiąc wały obronne, którymi chronimy się przed światem. Warto wziąć to pod uwagę, zanim zaczniemy katować się dietami lub wydawać ogromne sumy na preparaty odchudzające.

Jak zatem zmieniać te wzorce, które nam nie służą? Metod jest mnóstwo. Najstarsze i najbardziej znane są afirmacje. Szybkie i łatwe jestdekodowanie. Nowe i bardzo skuteczne jest Pure Art – zachwyca mnie efektywność tej metody. A po drodze setki innych sposobów, bo każda nowopowstała metoda rozwoju musi zawierać w sobie taki myk, który pozwoli zmienić niekorzystny wzorzec. Wszystko się na nim przecież opiera. Nie ruszymy do przodu bez ogarnięcia pracy z matrycą. Dopiero uwolnienie (skasowanie, zdekodowanie, wypchnięcie, pozbycie się) negatywnego wzorca otwiera nam drzwi do zmiany na lepsze.

Dla porządku dodam, że nazwa „negatywny” jest dość umowna. Jak wszystko w dualnym świecie. Bardziej odpowiednie jest powiedzenie: „wzorzec, który obecnie mi nie służy”. Bo niektóre z tych nie odpowiadających nam teraz wzorców kiedyś były potrzebne i dobre. Każdy kod powstaje z jakiegoś powodu i czemuś służy. Wiedzą o tym doskonale osoby DDA, które do perfekcji opanowały dyplomację, uniki i odwracanie uwagi. Potrzebowały tego do przeżycia. Na tamtą chwilę wykształcone nawyki ratowały bardzo wiele. Być może dzisiaj zaczynają przeszkadzać w obrębie relacji, ale nie warto myśleć o tych kodach ze złością. Sugerowałabym wdzięczność i szacunek dla siebie samej, że umieliśmy funkcjonować w takim survivalu, jaki był naszym udziałem. Wszystko ma swój sens.

Wzorce wbrew pozorom bywają także przydatne. Takim wzorcem jest nawyk porannej gimnastyki czy biegania, po którym dobrze się czujemy. Muzyka, która automatycznie powoduje radość, ładne afirmacje, nawyk codziennego dziękowania za dobro, które nas spotyka, roześmiana zabawa z kotem, która podnosi nastrój, śmiech o poranku – jest tysiące wspaniałych rzeczy, które stają się pozytywnymi wzorcami. Nasz umysł uczy się powtarzając i warto jak najczęściej wymyślać i powtarzać dobre rzeczy. W ten sposób tworzymy nawyki, które nam potem doskonale służą. Na przykład można codziennie po umyciu zębów przez pięć minut mówić do swojego odbicia w lustrze piękne słowa o sobie i nadchodzącym dniu. Po dwóch lub trzech tygodniach to stanie się wzorcem układającym nam pozytywnie dzień i pilnującym naszego poczucia wartości.

To nie mój wymysł ani pobożne życzenie. Na tej samej zasadzie działają pytania kwantowe, czyli otwarte pytania do wszechświata, które układają naszą energetykę w pozytywny sposób. Jeśli powtarzamy je codziennie stają się wzorcem. Jak wszystko inne. Bo już tacy jesteśmy, że szybko się uczymy. Doskonałym przykładem może być choćby prowadzenie samochodu. Nikt nie urodził się z tą umiejętnością i pierwsze próby zmiany biegów powodują zgrzytanie zębami. A z czasem jedziemy drogą słuchając radia, rozmawiając i nasza ręka automatycznie wrzuca biegi, a stopy spontanicznie przechodzą z gazu na sprzęgło. Taka to cudowna zdolność naszego mózgu

Świadomość, że wzorce możemy sami tworzyć bardzo się przydaje w życiu. Przetestowałam to w moim jakże zatłoczonym stale sklepie. Zdarzyło się „przypadkiem”, że kiedy stałam w baaardzo długiej kolejce do kasy, otworzono nową i po dwóch minutach wyszłam ze sklepu z zakupami. Mam szczęście” – powiedziałam do siebie kilka razy – „Jak tylko stanę w kolejce, otwierają nową kasę”. Zbudowałam z tego przekonanie, bo nowe programy umiem wpisywać w swój wewnętrzny komputer z łatwością. Od tamtej pory stale to powtarzam i moja podświadomość sprawia, że ilekroć utknę w dłuuugiej kolejce, otwierają obok mnie nową kasę. Moc umysłu? Nie, zwykłe zasady wszechświata i rozumienie, czym jest wzorzec i jak go stworzyć.

Bogusława M. Andrzejewska