Wszystko

Mamy w sobie wszystko – każdą umiejętność czy zdolność i ogromny potencjał. Jesteśmy przeogromnym bogactwem rozmaitych opcji do wykorzystania. W tym także każdy z nas posiada moc kreowania własnego życia. I ta wiedza jest czymś, co każdy powinien sobie uświadomić.  To wyposażenie niezbędne do podnoszenia poczucia własnej wartości i rozwijania miłości do samego siebie.

Człowiek czuje się niedoskonały, ponieważ stale porównuje się z innymi i widzi obok ludzi, którzy pięknie malują, tańczą, jeżdżą na łyżwach czy znają świetnie wyższą matematykę. Wydaje mu się, że jest gorszy, że na fascynującym bankiecie życia przeznaczono mu tylko sprzątanie. Nie ujmując nic sprzątaniu (to też trzeba umieć), każdy z nas może być artystą w mniejszym lub większym stopniu. Kiedyś pomagałam znajomemu przygotować prace zaliczeniowe z plastyki. Namalowałam za niego ludzkie twarze i dłonie, wzorując się na obrazach Leonarda da Vinci. Namalowałam mu też konia w biegu z rozwianą grzywą, a mój obraz wzbudził powszechny zachwyt. Nie było to szczególnym wyzwaniem, myślę że do zrobienia dla każdego. To oznacza, że gdybym przez wiele godzin w tygodniu malowała i rysowała, to osiągnęłabym w tym biegłość, jak każdy malarz. Nie maluję pięknie tylko dlatego, że nie ćwiczę tej sztuki.

Podobnie rzecz ma się z zadaniami matematycznymi, gotowaniem, rzeźbieniem, pisaniem powieści, szyciem i wszystkim innym. To praktyka czyni mistrza. Jeśli się czegoś uczymy i teorię wzbogacamy solidnym działaniem, to osiągamy w tym wysoki poziom. Rzecz jasna nie można robić wszystkiego, bo taka nauka wymaga czasu i zaangażowania. Jesteśmy zatem zmuszeni, by z przebogatej oferty różnych działań wybrać coś dla siebie, coś szczególnego. Ma to też głęboki sens, bo przecież nie możemy być wszyscy malarzami albo lekarzami. Różnorodność jest konieczna. Zatem szukamy kilku rzeczy, które są nam szczególnie bliskie, które nam się podobają i na tym skupiamy swoją uwagę. Ale to nie oznacza, że dobry inżynier nie mógłby być też dobrym pisarzem, gdyby miał czas, by tę zdolność rozwijać. Znamy zresztą takie osoby, które mają więcej niż jedną pasję i sprawdzają się w kilku dziedzinach.

Jako wszechstronny zodiakalny Bliźniak przekonałam się, że mogę wszystko, jeśli tylko poświęcę temu odpowiednio dużo czasu. Jestem nie tylko psychologiem, astrologiem i numerologiem, ale sprawnie posługuję się też psychografologią i metodami NAO. Zajmuję się angelologią, Reiki i innymi ezoterycznymi tematami. Prowadzę szkolenia, piszę książki i artykuły, układam wiersze, robię grafiki, sama tworzę swoją stronę www, fotografuję, a ostatnio także maluję obrazy, które się podobają. Na tym nie kończą się moje zdolności, ponieważ mam wiele jeszcze innych dobrze opanowanych umiejętności. Jest wiele takich osób jak ja.

Jesteśmy zdolni, wszyscy bez wyjątku. Różnica polega na tym, że jedni wierzą w siebie i uczą się tak długo, aż się nauczą zadowalająco rysować (malować, pisać, komponować muzykę, projektować, szyć…), a inni zakładają, że nie dadzą rady i nawet nie próbują. Być może jedni mają lepszy słuch, a inni bardziej zwinne palce – jesteśmy przecież różni. Ale to i tak nie zmienia faktu, że każdy, każdy bez wyjątku, może być mistrzem w kilku dziedzinach. Jeśli zupełnie nie wychodzi nam śpiewanie, to możemy pisać wspaniałe humoreski albo malować genialne obrazy. I nawet jeśli osiągniemy w czymś ten mistrzowski poziom, warto szukać dalej i rozwijać kolejne talenty. Mamy ich wiele.

Nie dostrzegamy tego, ponieważ inwestujemy w siebie najmniej czasu i energii. Nie szukamy swoich możliwości, o ile życie nas do tego nie zmusi. Idziemy przez codzienność utartym szlakiem. Jeśli już mamy dobry zawód, to zamykamy się na tej jednej zdolności. Jeśli to ceniona społecznie profesja, która przynosi nam uznanie, to nie odczuwamy potrzeby szukania czegokolwiek. Jesteśmy najczęściej spełnieni. Jeśli jednak giniemy w tłumie podobnych do nas ludzi, a praca zaczyna nas wypalać, wówczas warto zapytać siebie: czego jeszcze chciałabym się nauczyć? Bo nasza samorealizacja może być ukryta w nowej pasji, do której jeszcze w swoich poszukiwaniach nie dotarliśmy.

Bywa też i tak, że wydaje nam się, że skoro półmetek już za nami i dzieci odchowane, to jedyne, czego warto się uczyć, to dzierganie na drutach czapeczek dla wnuków. Tymczasem warto pamiętać, że jesteśmy tu na Ziemi dla siebie i własnego spełnienia. I chociaż miłość do wnuków daje nam dużo radości, to jeszcze więcej satysfakcji da pierwszy własnoręcznie namalowany obraz albo wreszcie wydany na papierze autorski tomik wierszy. Nie ma limitu czasowego. Uniwersytety trzeciego wieku pokazują, że chociaż zdolności przyswajania wiedzy się zmieniają z wiekiem, to otwartość na uczenie się już nie. Dopóki żyjemy, interesujemy się światem i tym wszystkim, co może okazać się fascynujące. Ludzie, którzy także na starość czytają książki, rozwiązują krzyżówki, prowadzą z innymi dyskusje i uczą się nowych rzeczy, zachowują sprawny umysł. Udowodniono, że mózg wymaga gimnastyki. Jeśli odpuszczamy i ograniczamy się do liczenia wydzierganych na drutach oczek, to nagle zaczynamy zapominać, trudniej kojarzymy fakty, a umysł zaczyna się coraz częściej wyłączać. Ale nie o tym…

Chcę przede wszystkim zwrócić uwagę na wszechstronność naszych umysłów i ogrom możliwości. Jeśli coś nam się podoba, próbujmy. Próbujmy tak długo, aż będziemy w tym dobrzy. Jestem świadoma, że pośród nas pojawiają się wyjątkowe talenty, np. genialni kompozytorzy czy malarze czy tancerze.  Nie każdemu możemy dorównać, ale nie o porównywania i dorównywanie w tym chodzi, ale o osiąganie swojego własnego maksimum. Nie jestem Leonardo da Vinci, ale kiedy namalowałam swój pierwszy obraz, byłam taka dumna i szczęśliwa, że aż taki dobry mi wyszedł. A kiedy z kolei patrzę na prace Van Gogha… no cóż… dorównałabym mu bez trudu, gdyby to miało jakikolwiek sens, a nie na tym sztuka polega. Jednak sens ma to, że samo malowanie sprawia mi mnóstwo radości, a po namalowaniu kilku kolejnych twarzy zaczynam malować je coraz lepiej. I już niedługo namaluję naprawdę dobry portret, wiem i widzę to w kolejnych pracach. Fascynuje mnie niezmiernie cudowna zdolność ludzkiego umysłu do nauki. Wiem, że można nauczyć się wszystkiego, chociaż mistrzostwo osiągniemy tylko w tym, co pokochamy i co jest tą prawdziwą częścią nas. To jakby oczywiste.

Wszystko mamy w sobie. Nie tylko zdolności artystyczne, którym poświęciłam tu tyle uwagi, ale też inne umiejętności. Na przykład ktoś, kto się spóźnia ma w sobie zdolność bycia punktualnym. Naprawdę ma. Oczywiście wymaga to – jak każdy inny talent – trochę wysiłku, aby rozwinąć tę jakość, ale jest to realna możliwość i znam osoby, które tego dokonały. Podobnie – każdy leniwy człowiek ma zdolność bycia pracowitym, a każdy nieśmiały nosi w sobie dar towarzyskości. Można wymieniać bez końca. Każda potrzebna jakość jest w nas jako potencjał. Jak malowanie, którego można się nauczyć albo jak jazda na rowerze czy łyżwach. Wystarczy chcieć i włożyć trochę wysiłku w nauczenie się tego, czego potrzebujemy, nie zrażając się początkowym niepowodzeniem.

Nie opisuję tu sposobów nauki, bo za każdym razem wymaga to czegoś innego. Sztuka grafiki czy rysunku wymaga cierpliwości i wielu, wielu godzin żmudnego szkicowania i trenowania ręki. Do tego trzeba koniecznie dołożyć wiarę w siebie i głębokie przekonanie, że każdy może się tego nauczyć. Gotowanie czy pieczenie ciast jest o wiele łatwiejsze – wystarczą dobrze opracowane przepisy i dobry humor. Z kolei nauka punktualności czy łatwej komunikacji może wymagać przekodowania wewnętrznych negatywnych wzorców. Zawsze na pewno pomoże wysoka samoocena.

Jednym ze sposobów podnoszenia poczucia wartości jest wypisywanie swoich pozytywnych cech. Przy tym ćwiczeniu szczególnie warto pamiętać o posiadaniu w sobie każdej zdolności. Jeśli uważamy, że jesteśmy umiarkowanie pracowici i średnio inteligentni, to możemy się zawahać przed wypisaniem tych jakości. Świadomość, że potencjalnie je posiadamy, może przechylić szalę w dobrą stronę. A warto pamiętać, że myśl kreuje rzeczywistość, więc wzmacniamy to, w co wierzymy. Dosłownie oznacza to właśnie, że zasilamy swoją myślą i wiarą uznanie potencjału. W tym przykładzie pracowitości czy inteligencji. Im częściej myślę, że jestem inteligentna, tym bardziej staję się właśnie taka. Brzmi jak żart? Ale to tak właśnie działa.

Wszystko mamy w sobie. Cały potencjał kosmosu, ponieważ to nasze myśli stwarzają wszechświaty. Nawet jeśli wylądujemy na wyspie bezludnej w jednej koszuli, możemy przetrwać i uratować życie. Możemy nauczyć się łowienia ryb, hodowania roślin, budowania szałasu – chociaż nigdy wcześniej tego nie robiliśmy. Ale możemy też mocą umysłu przyciągnąć statek czy samolot, który nas z tej wsypy uratuje. Całe nasze życie jest wielokrotnością takich wysp, na których czujemy się osamotnieni i bezsilni. Właśnie dlatego warto zapamiętać, że w istocie ta bezradność jest tylko złudzeniem. Mamy w sobie moc i ogromne możliwości. Możemy w każdym momencie odwrócić niekorzystną sytuację o 180 stopni i od podstaw zbudować nowe szczęśliwe istnienie. Nie potrzebujemy niczego z zewnątrz. Wszyscy terapeuci i doradcy mają nam tylko przypomnieć, że w sobie mamy dar kształtowania rzeczywistości, a wszystkie techniki uzdrawiania służą uruchamianiu naszej własnej wewnętrznej siły.

Bogusława M. Andrzejewska

Advertisements

Programowanie

Kiedy kryształ wydostaje się z Ziemi na powierzchnię, jest to świadomym procesem, ponieważ jest to Istota sama w sobie. Każdy kryształ ma inny stan wibracji, ale wszystkie mają zdolność utrzymywania, przechowywania, gromadzenia i przekazywania wiedzy na bardzo wysokim poziomie. W stanie “uśpionym” natura kwarcu ma działać jako historyk lub strażnik historii planety. To właśnie sprawia, że dotykanie kryształu jest tak niesamowitym doświadczeniem. Czujemy przecież, że łączymy się z kimś, kto istniał od czasu powstawania Ziemi.

Są dwa rodzaje minerałów, które lubimy i zbieramy. Pierwsze to kryształy, które utworzyły przejrzyste formy, a większość z nich ma zaawansowaną zdolność dostrojenia się do wielu oświeconych częstotliwości i istnieje jednocześnie w wyższych wymiarach. Przykładem może być kwarc górski, ametyst, kwarc cytrynowy i różowy, morion i wiele innych.

Drugie są formacjami, które zostały nasycone naturalnymi minerałami Ziemi, aby utworzyć kamienie, takie jak Agat, Hematyt, Jaspis czy Lapis Lazuli. Mają one bardzo specyficzne cechy, które pozwalają im dostroić się do mądrości Ziemi. Te kamienie nie nadają się do zapisywania i przechowywania informacji tak, jak przejrzyste kryształy, ponieważ są one już w pełni nasycone wiedzą.

Przed programowaniem kwarc powinien być oczyszczony. A potem warto utrzymywać swój kryształ w Fioletowym Płomieniu, aby pozostał w wysokich wibracjach. Najprostszym i najskuteczniejszym sposobem upewnienia się, że kryształ zachowuje wysokie wibracje jest programowanie go tak, by przyjmował energie tylko od 5D i powyżej. Od tego momentu kryształ zezwala wyłącznie na wpływ wysokich częstotliwości i przechowywanie danych w takich wibracjach.

Oto prosty sposób, jak zapisać w krysztale to, czego potrzebujemy.

1. Bierzemy kawałek czystego kwarcu i prosimy Ducha Kryształu, by zatrzymał informacje, które chcemy mu przedstawić.

2. Wypowiadamy na głos swój program, trzymając kwarc w prawej dłoni. Jednocześnie utrzymujemy w umyśle klarowny obraz tego, co programujemy.

3. Po zakończeniu prosimy Ducha Kryształu, aby zachował informacje w idealnym formacie wysokiej częstotliwości do stałego użytku.

4. Błogosławimy kwarc i dziękujemy.

To wszystko. Następnego ranka, kiedy chcemy odświeżyć swój program, prosimy Ducha Kryształu o aktywację. Można go przeprogramować w dowolnym momencie. Taki kwarc ma możliwość nagrywania nieskończonej liczby programów, wystarczy upewnić się, że każdy z nich został zapisany oddzielnie.

Co i po co programować? Przede wszystkim możemy w ten sposób tworzyć pole ochronne. Możemy użyć swojego kryształu, aby bardzo łatwo ustawić obwód energii o wysokiej częstotliwości w domu lub w pracy. Można przywołać energię taką, jak ochronny Złoty Promień Chrystusa i poprosić swój kryształ o rozszerzenie tej energii do średnicy całego miejsca, które chcemy nią otulić. To może być cały dom, cały duży budynek  to nie ma znaczenia. Programujemy tak, jak to opisałam. Zamykamy oczy i czujemy, jak energia rozszerza się w naszym umyśle. Pozostanie tam tak długo, jak zdecydujemy.

Można też zapisywać w krysztale piękne medytacje. Nie wszyscy mamy czas na codzienne wykonywanie ulubionych praktyk. Można całą treść słowo w słowo odczytać do swojego kryształu, a on to zapisze. Następnego dnia poprosimy kryształ, by ponownie zbudował energię medytacji wokół nas i zrobi to natychmiast. Oczywiście nie odtworzy słów, jak płyta CD, ale wytworzy tę samą energię, którą wykreowała medytacja. A przecież po to medytujemy, by podnieść swoją częstotliwość.

Zamiast programować kryształ, możemy również nastawić się na odbiór tego, co ma nam do powiedzenia. Wówczas bierzemy oczyszczony kryształ w lewą rękę i prosimy, aby nam opowiedział swoją historię. Nastawiamy się na odbiór z Kryształowego Pola i najwygodniej zrobić to oczywiście w medytacji. Ale niekoniecznie. Ja często noszę na szyi swoje ulubione kamienie i trzymam je lewą dłonią, podczas kiedy prawą coś tam robię, np. klikam na komputerze. Pomimo, że umysł mam pozornie zajęty, informacje przychodzą i pojawiają się pod powiekami wtedy, kiedy kończę pracę. Opowieść może przyjść w formie snów, wizji, obrazów, słów, zjawisk… W ten sposób przyszły do mnieKryształowe Komnaty.

Nie każdy z nas otrzymuje informacje w ten sam sposób i wiele osób intuicyjnie kontaktuje się z kryształami. Oznacza to, że zamiast słyszeć oczywiste słowa czy widzieć konkretne obrazy, działają instynktownie spójnie z energią, która jest w synchronii z wszechświatem. Taki kryształ staje się częścią ich świadomych wzorców myślowych w rozmaitych sytuacjach. Bardzo to ciekawy proces, ale też cudownie naturalny.

Na koniec chcę jeszcze powiedzieć, że korzystam z mocy kryształów w czasie malowania energetycznych obrazów. Podczas tworzenia nucę mantry lub słucham muzyki o wysokiej częstotliwości. Ale wspieram ten proces także wiedzą z Kryształowego Pola. Np. malując obraz, który ma przyciągnąć miłość (czy też bardziej  otworzyć człowieka na miłość) trzymam w lewej ręce różowy kwarc. Wiem, że on przesyła mi odpowiednie symbole, które pomagają nasycić obrazy energią.

Bogusława M. Andrzejewska

Kryształowe Siatki

Jedną z najciekawszych metod pracy z minerałami są kryształowe siatki. Inaczej nazywane są Kryształowymi Kręgami Mocy i porównywane do Stonehenge w wersji mini, którą możemy ustawić na półce w naszym mieszkaniu. Mocno rozpowszechnione na wschodzie i zachodzie świata, co wyraźnie widać w internecie – u nas jakby ledwo znane. Spotkałam je już wcześniej, ale obecnie zaintrygowała mnie duża ilość angielskojęzycznych poradników na ten temat. Poza tym widuję w sklepach internetowych całe zestawy do przygotowania siatek: wybrane kamienie, wydrukowany wzór do układania lub wypalona deseczka oraz instrukcja.

Podłożem takiej siatki są wzory oparte na Świętej Geometrii. Najczęściej wykorzystuje się Kwiat Życia i Sześcian Metatrona, ale widziałam używane do tego celu także: kabalistyczne drzewo życia, pentagram, znak nieskończoności, triskelion, spiralę Fibonaciego oraz mandalę Sri Yantra. Święta Geometria jest metafizyczną nauką, wzmocnioną wiarą, że geometryczne wzory, które występują w przyrodzie i kosmosie, są niczym boski odcisk palca. Działając jak ramy stworzenia, wzmacniają manifestację w naszej rzeczywistości. Różne geometryczne kształty i symbole mają swoje specjalne zastosowania i mogą przyciągać oraz wspierać różne rodzaje energii.

Wzór taki jest drukowany na papierze albo wypalany na deseczce z odpowiednio dobranego drzewa. Można również dostać specjalne obrusy i plastikowe koła z kolorowym nadrukiem wzoru. Każdy może wybrać sobie to, co mu najbardziej odpowiada. Ja zaczęłam skromnie od grubego papieru, który  całkiem dobrze mi służył. Myślę jednak, że energia kształtu zadziała niezależnie od podłoża, chociaż na pewno płótno czy drewno mają lepsze wibracje niż folia.

Celem takiej siatki jest wzmocnienie energetyczne, kluczowa jest zatem intencja. Taką siatkę można zrobić w celu ochronnym, aby zabezpieczyć mieszkanie czy samego siebie. Można też ułożyć ją w określonym temacie. Np. na przyciągnięcie pieniędzy albo sukcesu, na zdrowie, na miłość, na wsparcie rozwoju i prowadzenie duchową ścieżką. Zatem zanim zaczniemy robić takie siatki, zastanówmy się, czy są nam potrzebne i jaki jest ich cel. Dodam tutaj jeszcze, że nasza pozytywna intencja ma swoją prawdziwą potęgę. Kamienne kręgi mocy działają bardzo silnie, ale to my sami mamy w sobie najwięcej energetycznej siły. To nasze myśli stwarzają światy. Taka siatka jest tylko dopalaczem energetycznym tego, co kreujemy.

Kamienie dobieramy zależnie od intencji i zazwyczaj używa się co najmniej dwóch-trzech rodzajów kryształów. Powinny się wzajemnie wspierać. Jeśli np. układamy krąg mocy na dobrobyt, możemy użyć kamieni przyciągających bogactwo, ale także minerałów sukcesu, kreatywności, pracowitości. To jest multiplikacja ich siły, ponieważ cała grupa kryształów pomnaża swoją moc. Krystaliczna struktura użytych kamieni zostaje w tym procesie zaprogramowana i wzmacnia intencję tak, jak stale powtarzane afirmacje.

Staramy się przygotować odpowiednią ilość kryształów. Tutaj kłania się numerologia. Ogólnie tylko podpowiem, że miłości i rodzinie służy liczba trzy, a finansom i pracy liczba cztery. Podróżom i zmianom sprzyja piątka, a rozwojowi duchowemu i nauce siódemka. Nie wszyscy wykorzystują wiedzę numerologiczną, czasem taki krąg mocy jest układany intuicyjnie, ale jest to dodatkowy magiczny element, który wzmacnia cały proces.

Moc takiej siatki bazuje zatem na kilku elementach i działa – warto wspomnieć – cały czas, czyli dwadzieścia cztery godziny na dobę, wysyłając naszą intencję do wszechświata. Źródłem działania takiej siatki jest:

  1. Moc świętej geometrii i kształtu
  2. Działanie poszczególnych kamieni
  3. Zwielokrotnienie działania kamieni poprzez ich ilość
  4. Wzmocnienie innymi kryształami
  5. Działanie wibracji liczbowej (numerologia)
  6. Prawo Przyciągania (intencja)

Powyżej zdjęcie siatki ułożonej w intencji finansowej. W centrum znajduje się “portfel” z tygrysiego oka. Cztery (materia i pieniądze w numerologii) inne kawałki tego minerału otaczają centrum, razem z kwarcem cytrynowym (osiem kawałków – w numerologii także finanse i materia), który również wspiera bogactwo. Kryształ górski pełni tutaj rolę wzmacniacza, zasilającego główne kamienie intencyjne.

Proces przygotowania takiej siatki składa się z kilku prostych etapów, które mogą być też doskonałą inspiracją dla podświadomości. Zanim przystąpimy do rytuału warto wcześniej przygotować sobie podłoże i odpowiednie kamienie oraz dopilnować wysokiego poziomu energii u siebie. Można np. przed ułożeniem siatki zrobić sobie krótką medytacje czy praktykę. Podobnie jak w przypadku afirmacji czy wizualizacji najlepsze efekty osiągniemy działając z wysokiego poziomu energii.

  1. Ustalamy intencję i układamy ją (lub piszemy) jako pozytywny program tego, czego pragniemy.
  2. Zapraszamy do współpracy i pomocy przyjazne energie–Duchy Żywiołów, Anioły, Mistrzów…
  3. W wybranym miejscu kładziemy podłoże siatki: specjalny obrus, deseczkę lub kartkę z wydrukowanym wzorem.
  4. Układamy centralny kamień, który reprezentuje intencję. Powinien być większy, najlepiej jeśli jest to obelisk lub piramidka albo serce–jeśli pracujemy w intencji miłości.
  5. Dookoła zgodnie z intuicją rozkładamy wybrane kamienie, dopasowane kolorem i mocą do tematyki siatki. (Działanie kamieni podajętutaj).
  6. Aktywujemy siatkę wykorzystując do tego np. kryształową różdżkę. Można też aktywować cały układ wypowiadając głośno ułożoną wcześniej intencję.

Kryształowe Kręgi Mocy są potężnymi narzędziami, które pomagają przekształcić energię sytuacji, aby pojawiła się oczekiwana przez nas zmiana. Są bardzo skuteczne zdaniem tych, którzy je układają. Jest to też zrozumiałe, biorąc pod uwagę siłę wibracji, które zostają połączone w procesie układania. Myślę, że można je porównać do metod kwantowych, z których tak często korzystamy z zadowalającymi efektami.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Oczyszczanie

Ostatnio krąży przekonanie, że kryształów nie trzeba oczyszczać, ponieważ są częścią całej krystalicznej sieci Ziemi i jako istoty połączone ze wszystkim nie muszą być oczyszczane. Są przecież częścią natury, a ta jest absolutnie harmonijna. Hmmm… Brzmi logicznie, prawda? Pamiętajmy tylko o tym, że specyfiką kryształu jest zapis. Wystarczy pomyśleć z czego wykonane są czipy komputerowe lub płyty CD. To wszystko krzem, który jest głównym składnikiem kwarcu. Kawałek kryształu górskiego czy różowego, czy dymnego posiada tę samą zdolność, co płyta DVD… Chociaż technicznie wygląda to oczywiście inaczej. Możemy ten dar wykorzystać, aby zaprogramować swój kwarc.

Dodam jeszcze, że człowiek też rodzi się jako czysta istota i jest częścią natury. Jednak kształtują go doświadczenia i energie, z którymi ma do czynienia. Jeśli ktoś przeżyje coś traumatycznego, to pamięć takiego wydarzenia idzie z nim przez całe życie. Nie znika. A przecież gdyby wszystko przez nas przepływało, to najdalej tydzień po skomplikowanym doświadczeniu nikt już by nie pamiętał, że to właśnie przeżył. Tymczasem latami całymi dźwigamy tę pamięć i dopiero konkretna terapia nas oczyszcza z takiego zapisu. Też jesteśmy kryształami.

Moja wieloletnia praktyka pokazuje, że kamienie wchłaniają różne energie z otoczenia. Czasem dostanę przepiękny kryształ i kiedy z zachwytem tulę go w dłoniach, wypełniając miłością, jego energia zaczyna mnie lekko kłuć i szczypać. Dopiero po oczyszczeniu – np. metodą Reiki – kłucie znika, a energia kamienia staje się miękka i czysta. Można to też zobaczyć tak samo, jak w ludzkiej aurze. Nasza aura z założenia jest świetlista i tęczowa, a przecież trudne emocje “brudzą ją” w specyficzny sposób. I to widać. A też spokojnie można to oczyścić, jeśli wiemy jak.

Kamienie można oczyszczać na wiele sposobów. Powszechnie znane jest umieszczanie ich w soli lub zanurzanie w wodzie z solą. Sama sól himalajska lub morska z pewnością nie zaszkodzi, ponieważ sól to też kryształy, jednak nie polecam wkładania naszych klejnotów do słonej wody. Słona woda generalnie nie służy kamieniom i zostawia na nich nieładny osad. Ponadto sama woda może rozpuścić niektóre pierwiastki zawarte w minerałach. Nie służy np. drobinkom żelaza, powodując rdzewienie. Z doświadczenia wiemy, że niektóre nasze skarby wymoczone w wodzie zmieniają swój kolor, stają się matowe. A niektórych kamieni (np. selenitu) w ogóle nie powinniśmy moczyć. Z kolei kwarc górski, ametyst czy bursztyn mają się w wodzie świetnie. Ponieważ jednak nikt nie jest w stanie zapamiętać, którym kamieniom woda dobrze służy, a którym nie –proponuję przyzwyczaić się do zupełnie innych nieszkodliwych metod. Tym bardziej, że ciągle są odkrywane nowe minerały o skomplikowanym składzie i w starych podręcznikach sprzed lat nie znajdziemy o nich informacji.

Najczęściej oczyszczam kamienie z pomocą Reiki. Na poziomie drugiego stopnia jest to nieskomplikowane i skuteczne. Intencja też jest prosta i jednoznaczna – prosimy o oczyszczenie ze wszystkich negatywnych energii. W ten sam sposób można oczyszczać kryształy przywołując energię z Najwyższego Źródła, Fioletowy Płomień lub Energię Mahatma. Sądzę, że są jeszcze inne możliwości – te które tu podałam są mi najbliższe. Z tymi energiami pracuję. Ale widziałam układanie kryształów w piramidach z miedzi, oczyszczanie z pomocą dymu z kadzidła oraz wykorzystanie do tego celu dźwięku, czyli gry na misie tybetańskiej. To też robię – gram moim kryształom, ponieważ moc mis zdążyłam poznać i bardzo doceniam.

Podczas oczyszczania bierzemy kamień w prawą rękę i wizualizujemy Światło, które je wypełnia i oczyszcza. To sprawia, że pole energetyczne kryształu przesuwa się i reaguje na wyższe wibracje. Dostraja się do nich i chłonie. Proces ten nie wymaga zatem żadnej skomplikowanej wiedzy czy szkolenia. Pamiętajmy tylko, że energia płynie za myślą, warto więc w tym czasie pilnować myśli, skupiając je na Świetle i oczyszczaniu. Odradzam też wszelkie wahania, niedowierzanie, czy to zadziała… Na takie myśli jest czas przed działaniem, jeśli chcemy sobie powątpić. Kiedy bierzemy kryształ do ręki, nawiązujemy z nim relację. On łączy się z nami i słucha naszych myśli. Niech będą dobre i pełne miłości.

Kryształy kochają naturę i pięknie odnawiają swoją energię z żywiołami. Można wystawić je na świeże powietrze, szczególnie wtedy, kiedy wieje wiatr. Jednak koniecznie pod niewielkim zadaszeniem, aby nie zmoczył ich przypadkowy deszcz, tym bardziej, że deszczówka nie jest dzisiaj tak czysta jak w średniowieczu – niesie w sobie rozmaite chemikalia, które unoszą się nad miastami, tworząc jądra kondensacji. Kiedyś układałam swoje klejnoty na słońcu oraz w nocy wystawiałam na światło księżyca –zwłaszcza w czasie pełni. Jednak wiem, że nie wszystkim kamieniom to służy. Kilka moich kryształków wyblakło od słonecznych promieni. Zatem tej przyjemności też im oszczędzam.

Osoby, posiadające dom z ogródkiem, mogą przygotować sobie takie miejsce, w którym ich klejnoty będą czerpały energię z natury. Można układać je też na ziemi w doniczkach lub w ogóle wokół roślin. Można je nawet płytko zakopać. Minerały wszelkiego rodzaju bardzo to lubią – są przecież częścią tego żywiołu. Intuicja podpowie nam, co jeszcze można zrobić, aby wzmacniać ich piękną energię.

Bogusława M. Andrzejewska

Kryształowy Portal

Minerały i kryształy towarzyszą mi od dobrych trzydziestu lat. Zbierałam je, robiłam z ich pomocą zabiegi uzdrawiające, oczyszczałam je i ładowałam. Dostawały ode mnie znaki Reiki, mantry, dobre słowa i mnóstwo energii. Jak większość sympatyków kamieni, ustawiałam je obok siebie, nosiłam w torebce lub w kieszeni, godzinami trzymałam w dłoniach – i poznawałam. Na tej stronie także umieściłam wątek o tym, na co pomagają, jak działają i co można uzyskać z ich pomocą w zakresie zdrowia i samopoczucia. Moje przepiękne kolekcje dwukrotnie rozeszły się po świecie, powędrowały do rąk moich nauczycieli, przyjaciół i innych bliskich mi osób. Teraz odbudowuję swoje zbiory po raz trzeci, ale zupełnie inaczej niż kiedyś…

Kolejna przygoda zaczęła się od biżuterii. Wymyśliłam sobie, że zamiast kamieni na ozdobnym talerzyku lub na półce, wolę mieć kryształy blisko siebie. Na łańcuszku na szyi albo w pierścionku na ręce. Chciałam poczuć je w swojej aurze. Nie jestem pewna, który cudowny kamień otworzył najmocniej moje serce na zupełnie inne postrzeganie. Myślę, że mógł to być  larimar albo labradoryt – to moi najbardziej magiczni przyjaciele, którzy najczęściej mi towarzyszą. Obydwa te kamienie noszę w naszyjniku na wysokości serca. Czuję ich ciepłe wibracje. I to dzięki nim zaczęłam rozumieć ich najgłębszą magię. Zaczęłam spontanicznie dotykać innych wymiarów.

Pisałam już kiedyś o tym, że z energią kamieni możemy cudownie się połączyć poprzez samo zdjęcie. Oznacza to, że wcale nie musimy posiadać w domu wszystkich minerałów. Można znaleźć w sieci odpowiednie obrazy czy fotografie i pobyć trochę w ich energii. Często tak robię – przeglądam zdjęcia kryształów i wchodząc spontanicznie w uczucie zachwytu, łączę się z nimi. Od wielu tygodni jestem w takim magicznym kontakcie z kamieniami, a poprzez nie – z innymi płaszczyznami istnienia.

Świat się zmienia energetycznie. My także wzrastając otwieramy się na nowe postrzeganie. Dzisiaj kryształy są dla mnie czymś zupełnie innym, niż kilkanaście lat temu. Są portalami do innych wymiarów. Któregoś dnia po sesji medytacji z kamieniami przyszły do mnie obrazy i uczucia. Przyszły do mnie też miejsca – kryształowe komnaty. W dobie coraz bardziej popularnej fizyki kwantowej to nic nadzwyczajnego. To tylko kolejne odkrycie. Być może każdy powinien sam tego doświadczyć, wówczas taka magia będzie dla niego czymś naturalnym. Jednak z radością chcę podzielić się tym doświadczeniem, bo wiem, że nie jestem w tym sama. Z całą pewnością inni miłośnicy kamieni też to odkryli.

Kilka miesięcy temu zaczęłam malować obrazy. Różne. Większość z nich przychodziła do mnie sama. Tak powstał portret smoczycy, która uprzejmie zażyczyła sobie własnej podobizny. Tak też powstał Kosmiczny kryształ – obraz kwarcu na tle naszej galaktyki. Ktoś mnie zapytał: ale czemu ten kryształ jest w kosmosie? Nie znałam wtedy odpowiedzi. Wiedziałam tylko, że tak ma to wyglądać, bo obraz przyszedł do mnie –dokładnie taki. Dzisiaj wiem już, że to symbol tego, czym są kryształy: drzwiami do innych wymiarów…

Oczywiście kamienie możemy nosić w ręce jak talizmany. Przecież łącząc się z nimi dotykiem, wymieniamy się energią. Możemy je też układać na ciele i robić z nimi Reiki, to też wspaniałe doświadczenie. Możemy nosić je w pierścionkach, kolczykach i naszyjnikach. Są piękne – niech zachwycają, bo w ten sposób otwieramy się na ich moc. Zawsze otwieramy się na to, czemu w emocjach dajemy uwagę. A więc nie bez powodu w koronach władców, w ich berłach i naszyjnikach pojawiały się kamienie mocy. I nie bez powodu podziwiamy urok klejnotów w biżuterii.

Ale to już także czas wielki na to, aby dostrzec, czym są naprawdę. One czekają cierpliwie na nasze przebudzenie. Ich potężna moc jest w moim odczuciu spuścizną Lemurii. Wszystkie lub prawie wszystkie skały na naszej planecie postrzegam jako wykreowane przez Lemurian. Ja zresztą tych Lemurian widzę, więc nie jest to dla mnie hipoteza, tylko kolejny kawałek układanki, który wreszcie wskoczył na swoje miejsce. Cudownie barwne, migoczące minerały i kryształy są lemuryjskimi kluczami do innych światów. Żeby skorzystać z ich magii, wystarczy uświadomić sobie, że ich największa moc nie wynika wcale z ich rynkowej wartości czy zachwycających kolorów. Wystarczy zrozumieć, czym są naprawdę. To pozwoli wziąć w dłoń dowolny kamień, połączyć się z jego energią i zamykając oczy wejść w utworzony portal.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Wycenianie

Ceny bywają różne, czasem są bardzo wysokie a czasem niskie i to te niskie najbardziej nam się podobają. A co to znaczy niska cena? I dlaczego uważamy, że jest niska? Głównie dlatego, że ktoś gdzieś podał kwotę wyższą. A te wszystkie drogie rzeczy wydają nam się drogie tylko dlatego, że możemy je dostać taniej. Czyli kluczowe jest tutaj porównywanie. Rynkowe różnice w cenach budzą mnóstwo emocji, a te emocje często pokazują nasze nieprzerobione kawałki świadomości ubóstwa. Spróbujmy je zauważyć i zrozumieć.

Kiedy kupujemy chleb, łatwo przeliczyć jego wartość. Jeśli tak samo smakuje, bierzemy pod uwagę to, ile waży, a jeśli taki sam bochenek można kupić taniej, to nie ma sensu przepłacać. Jeśli jednak ten tańszy dostać można tylko w sklepie odległym o 5 kilometrów, to warto zapytać siebie, ile warte są nasze nogi i nasz czas. Może rozsądniej zapłacić więcej w sklepie obok? Podobnie w przypadku, jeśli chcemy kupić książkę przez internet. Spotykamy rozmaite ceny tego samego tytułu i wybieramy najtańszą, ale w praktyce okazuje się, że ta o wyższej cenie ma o wiele niższy koszt wysyłki. Może też się okazać, że na tą tanią czekamy aż dwa lub trzy tygodnie. W ten sposób zaczynamy rozumieć, dlaczego czasem warto zapłacić więcej.

Nie zawsze tanie jest dobre, pamiętajmy o tym. Nawet wtedy, kiedy żyjemy w kraju, w którym większość ludzi ma świadomość ubóstwa i zawsze będzie polowała na wszelkie rodzaje taniości. W kraju, w którym najlepiej sprzedają się chińskie podróbki, bo ludzie żyją w przeświadczeniu, że nie zasługują na rzeczy dobrej jakości, tylko liczą i liczą, i „liczą kasę”, aby mieć jej jak najwięcej. Zapominają przy tym, że właśnie przy niskich zarobkach nie możemy sobie pozwalać na tandetę, bo nie stać nas będzie na kolejne naprawy albo częste wymiany sprzętu na nowy. Człowiek mniej zamożny powinien zdroworozsądkowo inwestować w to, co przetrwa więcej lat użytkowania.

A jak wycenić inne rzeczy, które są niemierzalne? Jak ustalić cenę swojej usługi, np. analizy astrologicznej horoskopu, którą robimy według autorskiego pomysłu? Fakt, że inny astrolog pisze 20 stron, a my tylko 10, nie oznacza, że nasza praca ma być wyceniona na 50% ceny tamtego. Kto bowiem zaręczy, że tamten horoskop wnosi więcej niż nasz? A może właśnie jest odwrotnie?

Kiedy to my coś sprzedajemy, wówczas warto pomyśleć, czy chcemy zarabiać na tym, bo wówczas potrzebny jest złoty środek i dostosowanie cen nie tylko do włożonego wysiłku, ale też do możliwości grupy docelowej. Nie namawiam do obniżania cen, bo to tak nie działa. Jeśli ktoś chce robić złoty manicure za 6 tysięcy, wówczas wystarczy, że znajdzie jedną lub dwie klientki miesięcznie i się utrzyma. A mając prosperującą świadomość – znajdzie je bez problemu. Ale jeśli chcemy pomagać zwykłym ludziom, mieszkańcom skromnych osiedli, bo to postrzegamy jako swoją grupę docelową, wówczas cena musi być dopasowana do ich portfeli. Warto o tym pamiętać i nie reklamować „złotego manicure” tam, gdzie ludzie żyją z renty lub zasiłku.

Na drugim stopniu Prosperity dla zaawansowanych robimy czasem takie ćwiczenie, które polega na wycenianiu swoich usług. Warto pamiętać, że za każdym razem sprzedajemy siebie samą, siebie samego. Łatwość wyceny jest nierozerwalnie związana z poczuciem wartości. Jeśli naprawdę cenię siebie i to, co robię, to wiem, że moja usługa jest profesjonalna i godna odpowiedniej zapłaty. Nie waham się wystawić takiej ceny, która jest adekwatna do włożonego wysiłku i czasu pracy, a także harmonizuje z tym, ile kosztowała mnie nauka i zdobywanie doświadczenia potrzebnych do wykonania takiego zadania. W zasadzie nikt inny poza mną samą nie może wycenić mojej pracy, bo tylko ja wiem, ile to dla mnie znaczy, jaki ponoszę koszt własny oraz za ile pieniędzy chcę w ogóle coś takiego robić. A to, że ktoś inny robi to samo taniej – to jego prawo i jego sprawa. To nie oznacza, że ja mam równać do kogoś, kto ma takie kompleksy, że pracuje za pół darmo. Nie chcę też dopasowywać cen w górę do kogoś, kto właśnie wrócił ze Stanów i przekłada dolarową cenę na złotówki zapominając, że w USA zarobki są o wiele wyższe niż u nas. Moja cena ma być w harmonii ze mną.

W czasie warsztatu Prosperity cała grupa ocenia propozycję produktu lub usługi oraz proponowaną wartość. Grupa jest lustrem naszej podświadomości, tu nic się nie ukryje. Jeśli ktośnie wierzy w siebie, jeśli nie jest pewny, czy to co proponuje, jest dobre i ciekawe – grupa natychmiast mu to wytknie i odrzuci propozycję. Inni ludzie powiedzą wprost: „za drogo, ja bym ci tyle nie zapłaciła, nie przekonałeś mnie”. Jeśli natomiast mamy świadomość prosperującą – grupa przytaknie i przyklaśnie, nawet jeśli fizycznie nikogo stać nie będzie na taką opcję.

Pamiętam z takich warsztatów ciekawy opis wycieczki do Ameryki Południowej, którą uczestnik wycenił na ponad 20 tysięcy złotych. Wszyscy byliśmy zachwyceni tą prezentacją, wszyscy potwierdziliśmy cenę. Dopiero po zajęciach dotarło do mnie, że taką wyprawę można wykupić w biurze podróży za połowę tej kwoty. To jednak nie miało znaczenia – uczestnik sprzedawał przecież siebie, a nie prawdziwą wycieczkę. Wzbudził zaufanie. Pięknie wyprowadził energię. Wierzył, że może nam dać coś niezwykłego. Przyjęliśmy to. I między innymi o to chodzi w pracy z budowaniem prosperującej świadomości.

W tym kontekście rodzi się pytanie: jak podejść do tych cenników, które są ustalane przez usługodawcę, a my nie możemy ich z niczym porównać, bo to autorskie pomysły? Na pewno warto wykorzystać intuicję i poczuć, czy to coś dobrego dla nas. Ale kwestia podjęcia decyzji i skorzystania lub nie skorzystania nie jest tematem moich rozważań. Interesuje mnie bowiem reakcja emocjonalna na ceny, jeśli nie są zgodne z naszymi oczekiwaniami.

Nie tak dawno znalazłam ciekawą stronę duchowej nauczycielki, która oferowała chętnym autorski proces uzdrawiania. Cena… no cóż… była taka, jaką uznała za adekwatną. W porównaniuz innymi podobnymi usługami była bardzo wysoka. Powtórzę – w porównaniu, to słowo jest tu kluczowe. Bo w gruncie rzeczy trudno to porównać z czymkolwiek, jeśli nie doświadczymy i nie zobaczymy efektów. To, co chcę Wam wyraźnie w tym miejscu napisać: zobaczyłam tę cenę, uniosłam brwi do góry i wzruszyłam ramionami. Bo każdy ma prawo ustalać swoje ceny tak, jak chce. Nic mi do tego. I komukolwiek innemu też nic. To jak ten „złoty manicure” – kto chce i ma na to środki, niech korzysta na zdrowie. Jeśli mnie nie stać lub nie chcę tyle zapłacić – nie muszę przecież.

Najistotniejsze są nasze emocje. Jeśli na widok ceny, która przekracza nasze możliwości, czujemy złość i mamy ochotę dokopać usługodawcy – to mamy wielki problem. Gniew, wściekłość, żal, łzy dławiące w gardle, jako odpowiedź na to, że nie możemy czegoś mieć, pokazują bardzo mocny negatywny wzorzec finansowy. To jak poczucie krzywdy, że nie dosięgamy czegoś. Pokazuje świadomość ofiary, osoby przegranej, która już ustawiła się zdecydowanie na pozycji ubóstwa i wyrzeczenia. Warto to jak najszybciej uzdrowić, inaczej stale będziemy doświadczać braku.

Zdumiewa mnie to, jak wiele osób, które – zdawać by się mogło, pracują z rozwojem i wiedzą energetyczną – atakuje takich ludzi, którzy mają ceny porównywalnie wyższe niż inni. Wylewają cały swój syndrom finansowej biedy, zamieniając go w potworny hejt. Obnażają całe swoje wewnętrzne ubóstwo, zasłaniając się troską o tych mniej zarabiających. To fałsz, który widać gołym okiem, ponieważ zawsze mówimy o sobie. Jeśli bezsensownie krytykujemy czyjeś cenniki, to obnażamy swoją biedę. Jeśli krzyczymy: „kogo stać na twoje ceny?!” – to znaczy dosłownie: „dlaczego masz ceny, na które mnie nie stać?”. Pomyślcie o tym, zanim zrugacie kogoś, że chce za swoją pracę więcej, niż Wy chcieliście mu zapłacić. Wasze emocje to tylko Wasz problem, niczyj więcej. “Biedni”, w których imieniu krzyczycie, w ogóle nie bywają zainteresowani takim zakupem i takie ceny mają tam, gdzie światło nie zagląda.

Właściwa reakcja to taka, o której pisałam: obojętne przyzwolenie. Spokojna akceptacja tego, że ktoś wycenia siebie na taką a nie inną kwotę. Ma prawo. A my mamy prawo nic u tej osoby nie kupić. Jednak warto uczciwie zauważyć swoje emocje. Nie każdy od razu hejtuje. Czasem wystarczy, że poczujemy żal i smutek, że nie możemy sobie na to pozwolić. To przecież pokazuje szkodliwy wzorzec i warto włożyć trochę energii w to, aby go zmienić na taki: „Stać mnie na wszystko, czego pragnę”. Ten moment może być punktem zwrotnym, w którym zauważamy, że ciągle nie mamy w sobie poczucia obfitości. Przecież świadomość bogactwa stać na wszystko, czego pragnie i co jej służy.

Nie zapominajmy, że wysoka cena bywa energetyczną barierą, która chroni nas przed wpakowaniem się w coś, co nie będzie dla nas korzystne. Zdarzyło mi się co najmniej dwa razy bardzo pragnąć pewnego szkolenia i … tak się jakoś dziwnie układało, że w decydującym momencie wpadły mi ważniejsze wydatki. To ja musiałam wybrać i zdecydować. Wybierałam. Dzisiaj – patrząc z perspektywy czasu – widzę, że te szkolenia byłyby tylko bezproduktywną przyjemnością, bo nie mogłabym z tym dalej pracować ani w żaden sposób pomagać innym. Mam aktywny program: „jeśli to jest dobre dla mnie, to stać mnie na to i wpływają potrzebne środki”. Tak też się dzieje. Nie rozpaczam, jeśli jakieś szkolenie ma wysoki finansowy próg. Bywa przydatny. A ja coraz rzadziej potrzebuję szkoleń i coraz mniej wiedzy mogę zdobyć z zewnątrz. Coraz więcej mam w sobie… Taki to proces…

Zamiast więc atakować kogoś, kto ma porównywalnie wysokie ceny, lepiej spojrzeć na to realnie i przyjąć, że to nie jest dla nas. Albo sama usługa, albo prowadząca osoba, albo to w ogóle nie ten czas, w którym możemy konstruktywnie skorzystać. Nie dostrzegamy pewnych rzeczy i często jak dzieci kierujemy się prostym chceniem. Oto nowy warsztat, oto nowe czytanie duszy, och to nowa zabawka… Chcę! A czasem sami lepiej czytamy duszę i więcej mamy wiedzy, niż w proponowanej usłudze.

Obserwowałam kiedyś pewną „trenerkę”, która tworzyła programy odblokowania bogactwa w cenie trzykrotnie wyższej niż moje pełne szkolenia. Aż buzię ze zdziwienia otworzyłam, że można takie ceny proponować ludziom, którzy mają problemy finansowe. Bo jednak czym innym jest uzdrawianie problemów miłosnych, seksualnych czy przyjemnościowych, a czym innym pomaganie tym, którym brakuje na życie. Ale – powtarzam – to jej sprawa, jakie ceny proponuje. I wiem też doskonale, że jeśli kogoś stać na kupno takiego programu, to nie jest w żadnej biedzie, a potrzebuje właśnie tej nauczycielki. Wszechświat jest pełen harmonii i każdy trafia tam, gdzie powinien. Nie ma przypadków – jesteśmy chronieni i prowadzeni.

A może być jeszcze inaczej: ktoś proponuje jakieś uzdrawianie za 600 zł i postrzegamy tę cenę jako nieadekwatną. Poszukajmy, bo nagle okaże się, że ktoś pracuje tą samą techniką, ale za 100 zł. To oznacza, że to właśnie ta osoba będzie z nami lepiej rezonować. Energetyczna harmonia wyraża się często w pieniądzach i najlepiej dogadują się ze sobą osoby na tym samym poziomie finansowym. Lepiej rozumieją nas, nasze potrzeby i bolączki i właśnie dlatego to z nimi mamy współpracować. Zatem porównywalnie wysoka cena jest czasem po to, abyśmy zaczęli szukać, bo w tym poszukiwaniu możemy trafić na coś ważnego dla siebie.

 Bogusława M. Andrzejewska

Docenianie

Pozornie wszyscy znamy ten temat i staramy się rozwijać w sobie jakość doceniania tego wszystkiego, co dobre. Szczególnie praktyka wdzięczności pozwala zauważać proste i drobne stany, rzeczy i sytuacje, które możemy ocenić jako pozytywne. Praktykowanie wdzięczności przynosi nam otwartość na dostrzeganie codzienności i wyciąganie z niej wszystkiego, co może wzmocnić nasze myśli w sposób korzystny dla nas, podnosząc nastrój.

Polecam wszystkim taką praktykę  najlepiej oczywiście wykonywaną każdego dnia. Tym razem rzecz nie w systematyczności, tylko w dawaniu sobie tego, co najlepsze. I podobnie, jak dostarczamy swojemu ciału najlepszy pokarm każdego dnia, aby było silne i zdrowe, tak samo warto dostarczać najlepszą energię swojej duszy i karmić swoje myśli docenianiem wszystkiego, co nas otacza. To proste: wystarczy wymienić po kolei wszystkie piękne i dobre rzeczy, poczynając od zdrowia, poprzez dach nad głową, pełną lodówkę, nową sukienkę czy sprawny komputer… Każdy z nas ma wokół siebie mnóstwo dobrych i pięknych rzeczy.

Pisałam już o tym, że warto mieć takie swoje magiczne miejsce, w którym trzymamy dobre książki, karty anielskie i inne szczęśliwe akumulatory dobrej energii. Sięganie każdego dnia do takiego miejsca jest najlepszym karmieniem swojego serca radością, pozytywnością i zadowoleniem. To tworzy też specyficzną moc w naszej aurze. Taką, która nas chroni przed nieprzyjemnościami. Pewnie nie ochroni nas przed wszystkimi lekcjami, bo niektóre trzeba odrobić, ale jakość życia z całą pewnością stanie się lepsza.

Pozornie i tylko pozornie wiemy, o co chodzi. W rzeczywistości – zapewne nawykowo – gubimy umiejętność cieszenia się tym, co w naszym życiu jest naprawdę dobre. Zagłębiamy się w zmartwienia, problemy, braki i pozwalamy, by trudne emocje rządziły naszym istnieniem. A to prędzej czy później prowadzi do rozczarowania lub nawet złego samopoczucia na poziomie fizycznym.

Zacznę od swojego przykładu. Zdarzyło mi się kiedyś zapomnieć o docenianiu w takim właśnie znaczeniu. To był zwykły dzień. Wcale nie negatywny i ja wcale nie byłam naburmuszona. Pamiętam, jak dziś, że była wiosna, świeciło słoneczko i kwiaty mocno pachniały. Cieszyłam się życiem i zachwycałam zielonymi listeczkami, które nieśmiało pokazywały się na gałęziach. To ważne, bo być może niektórym wydaje się, że albo jesteśmy nastawieni negatywnie albo pozytywnie i trzeciej opcji nie ma. Jest. Ta trzecia opcja nazywa się nawykowym błędnym działaniem, które psuje nam dobre nastawienie do świata i niweczy efekty właściwego myślenia.

Otóż w takim pięknym dniu, w którym praktykowałam radość – a jakże, od rana! – spotkała mnie przykrość. Taka drobna niemiła sytuacja, która popsuła mi humor. Wszyscy miewamy takie lekcje. Nie wpadłam w rozpacz z tego powodu, ale weszłam na chwilę w ciężkie emocje rozżalenia i rozczarowania. Nawykowo. Kiedy zorientowałam się, że nie warto psuć sobie całego dnia, energię miałam już bardzo nisko. Zrobiłam parę fajnych rzeczy, by ją trochę podnieść i poczuć się normalnie. A potem… wieczorem zamówiłam sobie u pewnej Pięknej Energii sen, który pomógłby mi zrozumieć, dlaczego spotkało mnie takie doświadczenie.

Moja Piękna Kochana Energia nie zawiodła mnie. Przyśniło mi się, że mieszkam za granicą, w wynajętym pokoju. Przyśniły mi się skromne meble, wspólna łazienka, samotność i zmęczeni ciężka pracą współlokatorzy. Nic strasznego. Zwykłe proste życie. Nie był to żaden koszmar, ale kiedy się obudziłam, doznałam olśnienia. I zrozumiałam to, co najważniejsze.  Zrozumiałam, że mam cudowne, szczęśliwe życie, a drobne przykrości są tylko iluzją i zabawą niskich energii.

Nagle dostrzegłam, że nie muszę pracować na chleb za granicą, pomieszkiwać w wynajętym mieszkanku i być ciągle zmęczona. Doceniłam, że mogę robić to, co kocham. Doceniłam, że mieszkam w otoczeniu, które sama sobie urządziłam i jest bajecznie kolorowe. Doceniłam wspaniałego męża i cudowne córki, którzy są zawsze blisko mnie. Doceniłam szczęście, które jest mi dane dzięki temu, czym się zajmuję i czego uczę innych. Doceniłam setki rzeczy i spraw – nawet swój komputer i kolekcję ulubionych kryształów i minerałów. Wymieniałam te rzeczy po kolei uśmiechnięta i szczęśliwa. A na końcu pomyślałam o przykrości, która mnie spotkała i roześmiałam się na całe gardło. To nie było warte niczego więcej.

Kiedyś jedna z moich redaktorek napisała do Medium świetny artykuł. Był także o śnie, w którym autorka nie miała nóg. Kiedy się obudziła, z radością doceniała każdy krok i nawet to, że boleśnie uderzyła się w mały palec. Takie sny dostajemy właśnie po to, byśmy przestali narzekać i zamartwiać się drobnymi rzeczami. Abyśmy rozejrzeli się dookoła i zobaczyli, ile mamy wszędzie dobra, piękna i miłości. Bo wszyscy mamy dobre rzeczy. Jeśli nie mamy pieniędzy, to mamy zdrowe oczy i nogi. Jeśli nie mamy dobrej pracy, to mamy obok kogoś kochającego i troskliwego. Jeśli nie mamy zdrowia, to mamy mądre i wdzięczne dzieci. Jeśli nie mamy urody, to mamy pieniądze na zwiedzanie świata. Każdy coś ma, tylko nawykowo skupia się na tym, czego mu brakuje.

Jestem pewna, że doświadczamy tego wszyscy. Zapominamy o tym, co dobre, aby dawać energię zmartwieniom, roszczeniom, rozczarowaniom i oczekiwaniom. Byle drobiazg wytrąca nas z równowagi i tracimy cenne minuty na niepotrzebne emocje, zamiast cieszyć się każdą chwilą i zachwycać tym, co nas otacza. I wcale to nie oznacza – jak pisałam wcześniej – że cały dzień chodzimy smutni. O nie. Myślimy pozytywnie, śmiejemy się, uważamy że mamy prosperująca świadomość i dziwimy się niepomiernie, dlaczego przytrafia się nam jakaś przykrość. Im więcej w nas dobrych myśli, tym więcej szoku i niezadowolenia. Najbardziej boli przecież “upadek z wysokiego konia”. Rozżalenie i oburzenie zabiera nam całą energię. A przecież różne trudne doświadczenia są wpisane w nasze życie do samego końca. Bo całe życie jest szkołą i nie możemy jej zakończyć zanim nie zamkniemy oczu na dobre. Nasz duchowy wzrost zmienia co prawda jakość doświadczeń i zamiast wielkiego cierpienia doznajemy tylko drobnych przykrości. Ale to, jak na nie reagujemy, zależy już tylko i wyłącznie od nas.

Zauważam, że osoby, które pracują z Prosperitą i starają się myśleć pozytywnie, też czasem mają spadki właściwej uwagi. To naturalne. Ale zjawisko takie pokazuje, że przestajemy kontrolować nasze myśli, że nie dostrzegamy właściwego rytmu naszego rozwoju. Bo cóż z tego, że – jak w moim przykładzie – starałam się cieszyć życiem? Cóż z tego, że szybko podniosłam sobie nastrój do przyzwoitego poziomu, kiedy pozostałam w energii rozczarowania i… krzywdy. Analizując zdarzenie i szukając wzorca utknęłam w poczuciu rozżalenia na to, co mnie spotkało. I za co, skoro tak nad sobą pracuję? I chociaż nie było we mnie buntu i wierzyłam, że znajdę właściwą harmonię, to kręciłam się w kółko w niskich energiach. A wystarczyło powiedzieć sobie: to nic nie znaczy, mam cudowne życie pomimo takich drobiazgów.

Z jednej strony warto umieć być ponad to. Właśnie dlatego, że życie jest utkane z takich niewielkich szpileczek, które nas szkolą, trenują i sprawdzają poziom naszego rozumienia struktury wszechświata. A przecież umiejętność nie przejmowania się jest w pełni zależna od  naszej praktyki i prawdziwej pozytywności. Zatem jeśli od lat zmierzamy wytrwale tą duchową drogą, to nie warto potykać się o proste lekcje. Czyli szukając wzorca – co słuszne – nie obniżajmy sobie energii.

Z drugiej strony natomiast jest to też praktyka codzienności. Jeśli każdy dzień zaczynamy od wypisania trzydziestu co najmniej rzeczy, za które jesteśmy wdzięczni, wówczas nie poddajemy się żalom i smutkom. Jeśli wypiszemy co najmniej trzydzieści pięknych cech, które doceniamy w sobie, to takie zjawisko jak przykrość raczej nas nie spotka. Bo tak działa wysokie poczucie wartości – tworzy przestrzeń miłości, szacunku i uwagi. I nawet gdyby ktoś coś złego zrobił czy powiedział, to w nas nie byłoby cierpienia czy żalu. Emocje przecież pojawiają się tylko wtedy, kiedy ktoś dotyka wewnętrznej rany – wzorca niskiej samooceny.

W moim doświadczeniu to też miało miejsce. Wówczas nie pisałam tego, za co jestem wdzięczna i wydawało mi się, że moja samoakceptacja jest na właściwym poziomie. Nie była. A przypomnę tutaj rzecz ważną – samoocenę należy pielęgnować i utrwalać cierpliwie jej poziom. On spada po każdym trudnym doświadczeniu. I chociaż wszyscy dookoła uśmiechają się do nas i poczucie wartości wydaje się być całkiem niezłe, to być może gdzieś tam jest jakaś luka, przez którą może wedrzeć się przykrość, zranienie, upokorzenie. Nie zapominajmy, że kochanie siebie i wdzięczność są zawsze na pierwszym miejscu, a dopiero potem jest wszystko inne. Docenianie samego siebie i docenianie piękna swojego życia tworzy cudowną przestrzeń, w której nie ma miejsca na cierpienie.

Bogusława M. Andrzejewska