Prostota

O sposobach na dobry związek pisałam już wiele razy, podkreślając między innymi znaczenie poczucia własnej wartości, komunikacji czy przytulania. Myślę, że do tego zestawu warto dodać coś wyjątkowo prostego i oczywistego, a mianowicie radość życia. Z mojego doświadczenia wynika, że szczęśliwy związek to taka relacja, w której oboje cieszymy się każdą chwilą, szukając pozytywnych aspektów w naszej bliskości.

Często problemy w związku zaczynają się od oczekiwań. Oczywiście tych niespełnionych. Wygląda to tak, że traktujemy partnera jako kogoś, kto ma do wykonania określone zadania. Nie mówię tu o oczywistym podziale obowiązków i wymianie dawania i brania, ale o tym, że kiedy miną pierwsze uniesienia, zaczynamy skupiać się na brudnych naczyniach, bałaganie czy potrzebie zrobienia zakupów, zamiast na uczuciach. To ten czas, kiedy rozpadają się nasze marzenia wyrosłe na wspólnym radosnym spędzaniu wieczorów i na przyjemnościach. Odkąd mieszkamy razem coraz rzadziej zajmujemy się zabawą i radością, a coraz częściej traktujemy siebie nawzajem zadaniowo. Każdy ma coś do odrobienia. Taka specyficzna dorosłość i odpowiedzialność… która niestety bywa pułapką dla uczuć.

Podstawą dobrego związku jest celebracja chwili. Miłość to delikatna i piękna roślina, która najlepiej czuje się w ciepłym i radosnym klimacie. Ludzie, którzy spędzają razem czas na przyjemnościach są do siebie nastawieni bardziej pozytywnie, niż ci, którzy pracują w pocie czoła – każdy osobno. Nie odkrywam tu Ameryki. Czasem warto wtulić się w siebie i pooglądać razem filmy, głaszcząc się wzajemnie lub pójść się zabawić, a sprzątanie zrobić potem wspólnie i szybko. I chociaż każdy z nas woli spędzać czas w czystym mieszkaniu, a piętrzące się w zlewie stosy naczyń bywają denerwujące, warto znaleźć złoty środek i czasem odpuścić sprzątanie na rzecz przytulania. Czasem. Chodzi o to, by nie odmawiać stale partnerowi, tłumacząc: „mam jeszcze tyle do zrobienia”.  I dodam, że w takiej sytuacji mądry mąż odpowiada: „zostaw, pomogę ci i zrobimy to później razem, a teraz pooglądajmy razem film”. Tak to powinno działać. W dobrych związkach wiele rzeczy robi się wspólnie i jest to wspaniałe.

Druga rzecz, na którą warto zwrócić uwagę to przenoszenie emocji. Często wracamy do domu rozdrażnieni i zmęczeni sytuacją w pracy, po czym bezmyślnie wyładowujemy złość na ukochanej osobie. To standard – ponieważ nie można powiedzieć do słuchu szefowi, zaciskamy zęby i miło się uśmiechamy, a całą frustrację przynosimy do domu i zrzucamy na partnera. A po co? Przecież partner to ktoś, kto powinien nas ukoić, bo taką właśnie moc posiada.

Przyznaję, że jeśli zdarza mi się trudny dzień, to natychmiast mówię mężowi o tym, aby nie myślał, że to on jest przyczyną mojego rozdrażnienia. I zawsze wtedy proszę, aby mnie przytulił. Odkryłam już dawno temu, że kiedy zanurzę się w ramionach ukochanego, to już po chwili wszystkie negatywne emocje topnieją jak wosk… Jaki to prosty i przyjemny sposób na dobre samopoczucie. Warto uświadomić sobie, że pełen miłości dotyk może wiele uzdrowić, nie ma więc sensu z tego rezygnować na rzecz wyplucia z siebie nagromadzonej frustracji. Jeśli jednak ta frustracja domaga się ujścia, można po prostu wziąć poduszkę i walić w nią tak dugo, a z nie opadniemy z sił. A potem spokojnie wtulić się w partnera albo wypić z nim w zgodzie herbatę – co kto woli..

W związku warto cieszyć się każdą chwilą. Wymaga to od nas otwartości na radość i umiejętność odczuwania dystansu do drobiazgów bez znaczenia. Jak we wszystkich obszarach życia, tak i tutaj kierujemy się pozytywnym myśleniem. Po przełożeniu tej mądrej zasady na codzienność, odnajdziemy prawdziwe zadowolenie w swojej relacji. Co to oznacza? Na przykład nie przejmowanie się rzuconymi niedbale brudnymi skarpetkami. O wiele łatwiej i zdrowiej je podnieść i spokojnie włożyć do kosza na pranie, niż robić awanturę. I nie chodzi tu tylko o wygodą, ale także o zasadę pilnowania własnych myśli. Jeśli z powodu jednej pary skarpetek wejdę w paskudne emocje, podniosę głos, a może nawet pokłócę się z mężem, to stworzę kawałek negatywnej rzeczywistości. Spadnie mi energia i przez najbliższe godziny będę przyciągała kolejne niemiłe wydarzenia. Po co, skoro można te nieszczęsne skarpety podnieść bez tracenia energii.

Czasem sami wyszukujemy powodów, aby się czepiać. Wracamy zmęczone, obładowane siatkami pełnymi zakupów, a tu partner leży wygodnie i ogląda telewizję. Dostajemy furii z zazdrości, że jemu tak dobrze, a my tak się musimy męczyć. Stąd krok do awantury. Warto wyhamować i wziąć głęboki oddech. Pomyśleć: „przecież go kocham, a on nie leży na złość mi, wystarczy to inaczej zorganizować”. I następnym razem wysłać partnera do sklepu, by dźwigał ciężary. Czasem wystarczy nauczyć się prosić o pomoc i konsekwentnie jej domagać. Bardzo często cierpimy na własne życzenie, bo chcemy wszystko robić same, bo nie umiemy komunikować swoich potrzeb. Równowaga w dawaniu i braniu jest w związku ogromnie ważna.  

Warto we wszystkich trudnych sytuacjach starać się pilnować pozytywnego myślenia. Generalnie trzeba pamiętać o tym, że nasz partner to ktoś, kogo kochamy i dla kogo chcemy jak najlepiej, a nie worek treningowy, na którym możemy wyżyć się za wszystkie życiowe niepowodzenia. Kiedy patrzymy na męża czy żonę, myślmy o tym, za co kochamy tę osobę, dlaczego jest nam bliska i co nas w nim czy niej urzekło. To trzeba powtarzać jak afirmację – to uzdrawia uczucia. I działa rzecz jasna w obie strony. Im bardziej dbam o kochanie siebie i kochanie partnera, tym więcej miłości przyciągam z jego strony.

Ma to też ogromne znaczenie dla związku, jeśli potrafimy doceniać partnera. Pisałam już o tym, że nie ma ideałów. Nasz ukochany też ma mnóstwo różnych słabości. Ale przecież jest nasz, jest kochany. Być może jest ojcem naszych dzieci. Być może z czułością całuje nas przed snem w czoło. Być może stara się zapewnić nam jak najwięcej pieniędzy. Myślenie o tym, co dobre i za co kochamy partnera – wzmacnia nasze uczucie i więź między nami, a przez to sprawia, że odnajdujemy przyjemność we wzajemnej bliskości i spędzaniu czasu razem.

Jeśli natomiast będziemy analizować wszystkie wady tego człowieka i w kółko mamrotać pod nosem, jaki jest beznadziejny, to bardzo szybko zabijemy własne uczucia. Jak potem cieszyć się ze związku, w którym wygasła miłość i dominuje niechęć? To prosta droga do unieszczęśliwienia samej siebie. Prosta i często niestety stosowana, chociaż jak sądzę raczej nieświadomie. Ciągłe narzekanie na partnera jest bardziej nawykiem przejętym od innych kobiet, nierzadko od własnej matki, która też nie umiała inaczej postępować. A wcale nie musimy przestać kochać kogoś tylko dlatego, że rozrzuca skarpety i wyleguje się przed telewizorem. A niech tam rozrzuca. A niech sobie leży.

Obserwując moich klientów, zauważam, że w każdym człowieku można znaleźć zarówno dobre strony, jak i te złe. To my w danym momencie decydujemy, co wybieramy i na czym będziemy ogniskować uwagę – na pozytywach czy negatywach. Tylko nie uświadamiamy sobie przy tym, że dokonując wyboru, wybieramy także miłość i czerpanie szczęścia w ramionach ukochanej osoby lub niechęć, która konsekwentnie narasta, prowadząc nieuchronnie do dramatu zdrady czy rozstania.

Podnosząc poczucie wartości minimalizujemy ilość sporów w związku. A jeśli już się pojawiają, możemy próbować obracać konflikt w żart lub szukać dobrych aspektów sprawy. Bardzo pomaga umiejętność wyłapywania wzorców, którymi takie doświadczenie przyciągamy. Nic nie dzieje się bez przyczyny i nawet jeśli partner nam coś zarzuca i atakuje nas bez powodu, to u podstaw leży jakiś nasz kompleks, który w ten sposób wychodzi na światło dzienne, domagając się uzdrowienia. Świadoma praca z podnoszeniem własnej wartości działa niemal od ręki. Można rozwiązać problem i pogodzić się nawet w ciągu godziny.

Na koniec jeszcze jedna sugestia, która polega na tym, by skupiać się na tym, czego pragniemy. Im częściej myślimy  o tym, co ważne i dobre, tym szybciej to przyciągniemy do swojego życia. Zasada znana z innych obszarów prosperity działa także w relacjach. Zamiast martwić się, że coś nie jest dokładnie tak, jak byśmy chcieli, lepiej marzyć i zasilać energią myśli to, czego naprawdę chcemy doświadczyć.

Bogusława M. Andrzejewska

Advertisements

Stałość

Stałość w uczuciach nie jest nam dana jak dar z nieba wraz z ogromną miłością po grób w pakiecie. Jest jakością, którą należy umiejętnie wypracować. To coś, czego na pewno warto się nauczyć, aby czerpać radość ze związku. Dlaczego? Ponieważ to właśnie dbanie o związek, czyli dążenie do trwałości jest tym, co nazywamy szczęśliwą relacją. W tych starych dobrych małżeństwach, w których mąż i żona czule trzymają się za ręce i z ciepłem patrzą sobie w oczy otoczone siateczką zmarszczek, oboje nauczyli się dbania o uczucia. Uwierzcie mi – warto.

Z jakiegoś powodu ludziom się wydaje, że jakość związku zależy od rodzaju partnera. Jeśli dobrze trafimy to mamy cudowne życie, a jeśli niedobrze, to trzeba się rozwieść. Co ciekawe – często podkreślamy, że to nie od nas zależy, tylko właśnie od tej drugiej osoby, przecież zawsze to ona jest winna, bo nie spełnia naszych oczekiwań. A przecież małżeństwo nie polega na tym, że wiążemy się z kimś miłym i przystojnym po to, aby nam dogadzał i cierpliwie dbał każdego dnia o nasze szczęście. Niestety, to z gruntu błędne założenie.

Obecnie ludzie nie rozumieją, że zanim coś wyrzucimy na śmietnik, warto spróbować to naprawić. Takie mamy czasy, że naprawa często kosztuje więcej niż kupno nowego modelu. A niektóre rzeczy – jak np. sprzęt komputerowy – są robione w taki sposób, aby szybko stawały się przestarzałe i aby ludzie co dwa lata wymieniali je na nowe. Tak się robi biznes. I niestety przenosi się ten schemat na relacje. Jeśli w związku zaczynają się trudności, występujemy o rozwód i wymieniamy partnera/partnerkę na nowy model.  Łatwość przeprowadzenia rozwodu i specyficzne normy społeczne sprzyjają takiemu działaniu. Niestety nowy model zazwyczaj też się nie sprawdza i wiele osób zapętla się w krótkich nie dających satysfakcji związkach, wmawiając sobie: „ja to nie mam szczęście w miłości”.

Czasem ludzie sami mniej lub bardziej nieświadomie prowokują rozpad związku, kiedy wszystko właśnie zaczyna się w nim układać. Nagle stwierdzają, że skoro jest stabilizacja i spokój, to wieje nudą i czas odejść. Takiemu działaniu sprzyja też moda na zmiany. Nowy partner jest czasem jak nowa fryzura – można się nim pochwalić. Dla niektórych osób to wręcz powód do dumy i dowartościowania siebie: „zobaczcie, mam powodzenie, zmieniam facetów jak rękawiczki”. Ale nie ma wątpliwości, że w ślad za tym idzie pustka w sercu, smutek, poczucie samotności i niespełnienia. Bo każdy z nas mniej lub bardziej pragnie miłości i ciepłego, silnego ramienia, na którym może się oprzeć.

Obserwujemy, że rozstawanie się przychodzi ludziom z ogromną łatwością. Pozbywają się partnera, jak zepsutej zabawki, licząc na to, że w pierwszym sklepie za rogiem kupią sobie nową. Ale to tak niestety nie działa. Roszczeniowość i oczekiwanie, że gdzieś tam czeka na nas ktoś, kto będzie spełniał nasze zachcianki i podnosił zakompleksione poczucie wartości, nigdy nie zostanie zaspokojone. Związek to bardzo ważny w życiu element naszego rozwoju i bardzo wnikliwy nauczyciel, który pokazuje to wszystko, co koniecznie wymaga uzdrowienia. Jeśli nie chcemy się rozwijać i pozbywamy niewygodnego nauczyciela (partnera), wówczas na jego miejsce przyjdzie kolejny z silniejszą rózgą w dłoni. Będzie wymagał jeszcze więcej.

Dlatego też powielamy trudne doświadczenia i w kolejnych związkach doświadczamy coraz większych trudności tak długo, dopóki nie podejmiemy wreszcie niezbędnego procesu uzdrawiania. Bo każda taka trudność jest właśnie po to, aby pokazać nam, że coś w nas wymaga naprawienia. I warto tutaj pamiętać, że takie naprawianie dotyka obojga w relacji. Wszechświat jest lustrem, jeśli więc zmieniam coś w sobie na lepsze, to zmienia się także odbicie na zewnątrz mnie. Jeśli na przykład nauczę się kochać siebie, to spontanicznie dostanę więcej miłości od partnera. To tak działa – sprawdzone! Chociaż czasem dzieje się i tak, że kiedy pokocham mocno siebie, to znika niesympatyczny partner, a na jego miejsce pojawia się ktoś wrażliwy i kochający. Tak czy owak – kiedy obdarzam miłością siebie, przyciągam też miłość od drugiego człowieka. To niesłychanie proste i spójne.

Bywają też związki toksyczne, w których nie ma mowy o tym, by partner tak po prostu bez terapii przestał pić i bić, ale nawet wtedy – a właściwie bardzo szczególnie wtedy – warto podnosić poczucie wartości. Każdy atak na nas, każde uderzenie, poniżenie, oszustwo, zdrada jest odpowiedzią na kompleksy i poczucie bycia gorszym. Bycia kimś, kto nie zasługuje na kochanie. Kimś, komu należą się baty. Wszystko jest w nas, w naszej podświadomości. Także obraz naszej intymnej relacji. Jeśli głęboko wierzymy, że jesteśmy źli i zasługujemy na karę, to tak się dzieje. Jeśli uważamy, że na miłość trzeba zasłużyć lub zapracować, to tak będzie wyglądało nasze małżeństwo.

Jednak nie chcę tutaj mówić o związkach toksycznych, tylko o tych zwykłych, przeciętnie spotykanych, które rozpadają się, bo nikt o nie nie dba, nikt ich nie pielęgnuje. O związkach, w których mamy stale pretensje o drobiazgi, bo zamiast skupiać się na tym, że mamy obok kogoś kochanego, to czepiamy się o nie zmyte naczynia czy brudne skarpety. Z takich małych rzeczy składa się życie i jeśli przez dłuższy czas zamiast przytulać się do siebie, obrzucamy się pretensjami, to nieuchronnie po pewnym czasie oboje mają dosyć. Bo jak nie mieć dosyć?

Kryzys, który nieuchronnie dotyka każdą relację, pojawia się po to, aby człowiek zadał sobie pytanie: „co mogę zmienić w sobie?”, a także: „co możemy wspólnie zmienić w naszym byciu razem?”. Najczęściej chodzi o podniesienie poczucia wartości i rozwinięcie szacunku czy miłości do samego siebie. Partner jest lustrem, które odzwierciedla nasze myśli o nas samych. Stale powtarzam, że jeśli kochamy siebie i jesteśmy sobie wierni, to jesteśmy traktowani z miłością i lojalnością Jeśli natomiast mamy kompleksy, to przyciągamy zdradę i odrzucenie. To ważne zdanie nie ma na celu wpakować nikogo w poczucie winy ani też usprawiedliwić wiarołomnego męża. Ono tylko pokazuje, jak naprawdę wygląda cały ten ważny proces.

Każdy kryzys ma nas też zachęcić do dialogu i szukania rozwiązań. Na tym właśnie polega życie we dwoje – na szukaniu wspólnej, dobrej dla obojga drogi. Co ciekawe, doświadczenie pokazuje, że ludzie, którzy zamiast się rozwieść, podeszli twórczo do tematu i ratowali swój związek, rozmawiając, pytając i szukając odpowiedzi, odnaleźli w nagrodę prawdziwą miłość i naprawdę szczęśliwą relację. Psychologowie podkreślają, że nawet tak trudne doświadczenie jak zdrada może stać się początkiem wspaniałego związku, ponieważ jest tylko sygnałem, że coś nie gra i nad czymś trzeba popracować. Czasem jednak ktoś się obraża, nadyma i ucieka – tak przecież najłatwiej i… zarazem najgorzej. Taka osoba zostaje z poczuciem odrzucenia, poniżeniem i złością, która nierzadko zamienia się w nowotwór (patrz: psychosomatyka).

O wiele zdrowiej i mądrzej porozmawiać, zrozumieć i wybaczyć. Okazuje się, że związki, które zwycięsko przejdą taki kryzys, zostając ze sobą na nowych zasadach, wygrywają piękne, pełne miłości relacje. Bo po kryzysie, jeśli go rozwiążemy i uzdrowimy siebie może być już tylko lepiej, lepiej i lepiej. Jak przejść przez kryzys? Prosto… Zachęcam do uzdrawiania relacji, które nas nie satysfakcjonują. Jest to możliwe i uczy nas prawdziwej bliskości. Warto zawalczyć o kogoś, kogo kochamy i stworzyć piękną, pełną miłości więź.

Bogusława M. Andrzejewska

Kochać całą sobą

… Ja ciebie kocham! Czyż być może?

Czy mnie nie zwodzi złudzeń moc?

Ach nie! bo jasną widzę zorzę

I pierzchającą widzę noc!

 

I wszystko we mnie inne, świeże,

Zwątpienia w sercu stopniał lód,

I znowu pragnę – kocham – wierzę –

Wierzę w miłości wieczny cud! …

(Adam Asnyk)

To jeden z moich ulubionych poetyckich fragmentów, który gra we mnie i bardzo często migocze tysiącem barw w moim sercu. Te słowa wracają do mnie setki razy nie tylko dlatego, że lubię poezję, ale przede wszystkim jako moja własna pieśń duszy. To jest to, co najczęściej czuję. Jest to oczywiście element mojego miłosnego związku z partnerem i to on wyzwala we mnie tyle pięknych emocji, ale najważniejsze jest, że to piękne uczucie rozprzestrzenia się na inne obszary mojego życia. Pozwala mi rozwijać moje pasje, z pogodą wykonywać codzienne, nużące zazwyczaj obowiązki i lepiej pracować z energią. Jak pisałam w dziale o Reiki – stan miłości i pełne dobrych uczuć myśli sprawiają, że energia płynie silniej i efekty są mocniej odczuwane.

Pisałam już o tym, że miłość romantyczna niewiele ma wspólnego z miłością bezwarunkową. Głównie dlatego, że nie umiemy naprawdę kochać. Kiedy łączymy się w pary, natychmiast zaczynamy żądać i oczekiwać – partner ma patrzeć tylko na mnie, kochać tylko mnie, całować ślady moich stóp i do tego dawać mi jak najwięcej pieniędzy. Jeśli nie spełnia któregoś z tych roszczeń, łamie nam serce, krzywdzi i sprawia, że zaczynamy mówić o tym, ileż to cierpienia kosztuje nas kochanie. Oczywiście często my również coś z siebie dajemy, my też staramy się dbać o partnera/partnerkę, poświęcać mu/jej czas i uwagę, tworząc w ten sposób handlową wymianę miłych gestów, którą wszyscy nazywają miłością – ja dodam: romantyczną. Miłość bezwarunkowa handlem nie jest. Kocha się za nic. 

Są też cierpliwe osoby, które nie umiejąc kochać siebie, sprawiają nieświadomie, że są odrzucane, poniżane i naprawdę krzywdzone. Działa tu zasada lustra, o której wielokrotnie wspominałam. Jeśli sami siebie kochać nie umiemy, partner odzwierciedli to i kochał nas nie będzie. Jeśli nie szanujemy siebie, partner szanować nas nie będzie, bo jest tylko odbiciem tego, co jest w nas. Jeśli nie jesteśmy wierne sobie, to przyciągamy zdradę, a wówczas rzekoma miłość zamienia się w stek wyzwisk. Jest rzeczą oczywistą, że wiążąc się z kimś, liczymy na współpracę, pomoc, wsparcie i bliskość. Nie na rękę nam fakt, że ukochany/ukochana sypia z kimś innym. Jednak miłość bezwarunkowa zakłada, że kocham nie za to, co partner robi, ale kocham… ot tak, po prostu, bo kocham. Zdrada może być dla mnie trudnym doświadczeniem, może doprowadzić do łez, ale nie ma wpływu na miłość, bo nic nie ma wpływu na miłość bezwarunkową. Dlatego tak się nazywa: b e z w a r u n k o w a…

Temat zdrady jest trudny i piszę o nim tutaj i tutaj. Nie próbuję przekonywać, że mamy takie doświadczenie łykać jak żabę i zachowywać się, jakby nigdy nic. Przypominam tylko, że prawdziwe kochanie nie gaśnie z powodu trudności. Kiedy kochamy, szukamy rozwiązań i nie zastępujemy dobrych uczuć nienawiścią czy zazdrością. Prawdziwa miłość jest trwała, nie umiera nigdy. Ale co ważne – nie zabrania nam kochać innych. Nie namawiam w tym miejscu do poligamii czy poliandrii. Kochając męża, można kochać dzieci, rodziców, przyjaciół, przyjaciółki i oczywiście kota lub psa. Nasze serca są wielkie i mają tysiące jednakowo słodkich cząstek.

Miłość bezwarunkowa nie jest kubkiem herbaty, którą piję, gdy mam ochotę, ale gdy wpadnie do niej mucha – wylewam do zlewu. Jest oceanem, w którym jestem zanurzona po uszy każdego dnia. Oceanem, który mnie żywi i wzmacnia swoją dobroczynna energią. Oceanem, którego jestem częścią, bo wypełnia każdą moją komórkę, stając się ze mną Jednością. Oceanem, który mnie uzdrawia na wszystkich poziomach. Oceanem, który obmywa mnie z całego brudu, jaki nazbierałam przez wszystkie wcielenia. A wreszcie – oceanem, który łączy mnie najpiękniej ze Wszystkim Co Jest.

A spokojnie mogę zacząć od kochania jednej dowolnej osoby: dziecka lub przyjaciółki. Dla mnie najpiękniejszy jest taki dzień, kiedy oboje z mężem mamy wolne od pracy i wreszcie dużo czasu dla siebie. Budzę się w jego ramionach, zaglądam w jego roześmiane oczy i natychmiast w duszy zaczyna mi śpiewać wiersz Asnyka. “Ja kocham ciebie, czy być może…”. Idę z tym wierszem i harmonią wewnątrz siebie przez cały długi dzień i napełniam tym uczuciem wszystko, co robię – każdy tekst, każdy horoskop i nawet każdą kanapkę. Tętni we mnie i pulsuje szczęściem. Czy trzeba czegoś więcej?

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Hymn do miłości

Znany doskonale wielu z nas tekst, cytowany z okazji ślubów i rocznic, odnoszony do miłości małżeńskiej, jest najbardziej doskonałą definicją bezwarunkowej miłości. Tej, która odnosi się do całości naszego istnienia – nie tylko w związku intymnym. To właśnie ta miłość, której powinniśmy się uczyć i rozwijać ją w sobie – miłość do siebie, do drugiego człowieka, do świata, do każdego przejawu istnienia. Choćby dlatego warto go z uwagą przeczytać i przemyśleć. Dostrzegam w tym hymnie wspaniałą wskazówkę duchowego rozwoju.

Biblia Tysiąclecia
1 List do Koryntian 13

Hymn o miłości

1 Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.

2 Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadał wszelką wiedzę, i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił. a miłości bym nie miał, byłbym niczym.

3 I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał.

4 Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą;

5 nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego;

6 nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą.

7 Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.

8 Miłość nigdy nie ustaje, [nie jest] jak proroctwa, które się skończą, albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie.

9 Po części bowiem tylko poznajemy, po części prorokujemy.

10 Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe.

11 Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecięce.

12 Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz: Teraz poznaję po części, wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany .

13 Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: z nich zaś największa jest miłość.

***

W opracowaniach literackich znajdziemy wiele wersji interpretacyjnych tego niezwykłego tekstu, dlatego też nie będę rozwijać różnego rodzaju analiz. Nie o interpretacji myślę, lecz o inspiracji, którą znajduję w “Pieśni Nad Pieśniami”. To mój własny bardzo indywidualny odbiór, który jest dla mnie potwierdzeniem tego, o czym stale powtarzam.

A powtarzając, spodziewam się wielu lekceważących parsknięć: “po co tyle o miłości? To ckliwe i nudne”. Pamiętam też, jak pewien założyciel ezoterycznego forum, który z dumą podkreślał, że interesuje się rozwojem i posiada bogatą wiedzę na ten temat, wyśmiał mnie wprost, twierdząc, że pisanie o miłości to frazesy dla nastolatek i różowych landrynek. Do dzisiaj bawi mnie ta sytuacja, która przypomina człowieka, chwalącego się dużymi umiejętnościami gry w szachy i nie wiedzącego zupełnie, jakimi ruchami porusza się na planszy hetman.

Cierpliwie powtarzam, że w rozwoju duchowym najważniejsza jest miłość bezwarunkowa. To podstawa. To klucz. Bez niej nie ma rozwoju, może być tylko teoretyczna wiedza o czakrach, medytacji czy energetyce. Wiedza taka może być przydatna, ale sens duchowego wzrastania dostrzec można dopiero w tym, co czujemy i jak działamy. “Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.” Często mówię, że ważniejsze jest samo kochanie i życzliwe pochylanie się nad istotą słabszą od nas, niż ćwiczenia jogi, miliony odmówionych mantr i perfekcyjna znajomość zaawansowanych praktyk. Zaczynamy od kochania siebie i tę miłość przenosimy na wszystkie inne istoty i zjawiska. Kiedy to urzeczywistnimy naprawdę, a nie tylko na chwilę i na pokaz, wówczas staniemy się istotami oświeconymi. Joga, medytacja i inne praktyki są świetnymi narzędziami wiodącymi do celu. Ale celem jest miłość.

A dowodem na to jest chociażby fakt, że kiedy kochamy, to nasza energia jest najwyżej. Nasze życiowe doświadczenia wyraźnie pokazują nam, dokąd zmierzać. Czasem ludzie narzekają, że oczywiście chcą się rozwijać, ale nie mają wiedzy i odpowiednich wskazówek. Ależ mają! Każdy człowiek doświadcza radości lub smutku, miłości lub niechęci. Kiedy przyjrzymy się temu, co dla nas dobre, co podnosi nam widocznie nastrój (a tym samym energię), to podążając za tym, co nam służy, zmierzamy do Oświecenia. To takie proste! I wśród tych wskaźników miłość ma notowania najwyższe.

Wystarczy przypomnieć sobie chwilę, kiedy byliśmy zakochani… Czy w takim pełnym euforii stadium nie kochamy całego świata, nie wybaczamy, wrogom, nie bagatelizujemy problemów? Rzecz jasna przemijający stan zakochania to tylko przedsmak tego, co ofiaruje nam uczucie miłości bezwarunkowej, takiej, którą obdarowujemy nie tylko partnera, ale matkę, dziecko, przyjaciela, ulubione zwierzątko, a nawet miejsca i rzeczy. Bo możemy kochać wszystko, cokolwiek zapragniemy, nie tylko ludzi – wbrew pozorom.

Istotna różnica pomiędzy tradycyjną, romantyczną miłością, a tą prawdziwą, polega głównie na tym, że ta druga jest bezwarunkowa. Kochając bezwarunkowo niczego nie oczekujemy, lecz rozkoszujemy się samym stanem kochania. “Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; 5 nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego“. Podczas, gdy w związkach przelewają się przeróżne emocje. Mówimy o uczuciach i jednocześnie zazdrościmy, oczekujemy oddania, robimy awantury, wykorzystujemy – wszystko ponoć w imię uczuć. Bardzo znamienne, że “kochając”, zawłaszczamy sobie drugą osobę i wymagamy, by traktowała nas jak bóstwo. Bycie kochanym to dla nas lekceważenie i poniżenie całego pozostałego świata na naszą rzecz. Widzę to wyraźnie w wypowiedziach młodych osób, dla których miłość obowiązkowo musi być też cierpieniem, kiedy ukochany/ukochana nie chce nas uwielbiać i stawiać na piedestale, lecz ma czelność podziwiać inne/innych. Często kochaniem nazywamy układ, w którym nie tylko wybrany/wybrana należy do nas, ale także jego/jej pieniądze, czas i uwaga. To nie jest miłość.

O związkach piszę w innym miejscu, tutaj chcę tylko wyraźnie podkreślić, że miłość bezwarunkowa, która prowadzi do rozwoju nie ma nic wspólnego z tym, o czym rozmawiają różowe landrynki i co wyczytamy w romansach. Nie umniejszam romantycznych uniesień. Wszystkie nasze uczucia są ważne, a te akurat szczególnie przyjemne – kochajmy więc całym sercem tak, jak umiemy. Jeśli jednak decydujemy się wejść na duchową ścieżkę, to zacząć trzeba od pokochania bez żadnych warunków – także tych ludzi, których nie lubimy.

Jedną z najpiękniejszych cech bezwarunkowej miłości jest wybaczanie, poprzez rozumienie, że wszystko czegokolwiek doświadczamy, przyciągnęliśmy sami do swojej rzeczywistości. “Miłość… nie unosi się gniewem, nie pamięta złego…” Oznacza to, że potrafimy ciepłym uczuciem akceptacji otoczyć każdą istotę czującą. Nie musimy się z nią spotykać ani rozmawiać, ale w sercu nie czujemy żalu i życzymy także tej osobie jak najlepiej. W tym miejscu wyraźnie widać rozdźwięk z miłością romantyczną, która karmi się zazdrością i chętnie obraża, dramatycznie łkając: “on złamał mi serce“. Miłość bezwarunkowa nie doświadcza złamania serca, bo kocha bez względu na wszystko. Kocha tego, który jest miły i dobry, ale także i tego, który nie ma dla nas czasu lub hołubi inne osoby, a nawet oszukuje czy kłamie. Naprawdę nie kocha się za coś, lecz po prostu.

Z pewnością bliższa miłości bezwarunkowej jest ta, którą matka żywi do własnego dziecka, bo będzie je chronić zawsze i wszędzie, bez względu na to, co ono uczyni. Nie ma żalu ani pretensji, a nawet jeśli ich doświadcza, to i tak kocha. Pomimo tego. “Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.” Oto miłość. Jeśli potrafimy takim uczuciem obdarzyć nie tylko własne dzieci, to jesteśmy na najlepszej drodze. Miłość bezwarunkowa kocha wiele osób, każdą z taką samą siłą i niczego w zamian nie oczekując.

Na koniec moja własna wizja Oświecenia, które jest dla mnie kompletnym poznaniem wszystkiego. Powrót do Źródła lub całkowite z Nim połączenie w Złotej Erze, daje nam pełnię. Stajemy się Jednością ze Wszystkim Co Jest. “Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe.” Jak widać z listu św. Pawła prowadzi do tego właśnie miłość. Nie bez powodu ta wskazówka znalazła się w tak krótkim tekście, który pozornie opiewa damsko-meskie uczucia. Pozornie. Bo w gruncie rzeczy niewiele ma z nimi wspólnego, co wyżej udowodniłam. Aczkolwiek bez wątpienia byłoby bardzo pożądanym, aby taka romantyczna miłość stała się bezwarunkowa, wówczas i związek byłby szczęśliwy i na najwyższym poziomie.

Co szczególnie ważne: prawdziwa miłość nie ma końca. “Miłość nigdy nie ustaje”. Oznacza to, że nie znika nawet po śmierci. Jest tą wartością, którą zabieramy ze sobą na druga stronę. Potwierdza to dokładnie to, co stale powtarzam: jesteśmy tu na Ziemi dla miłości, byśmy się nauczyli kochać. Umierając, zostawiamy tu swoje ciała, dyplomy, majątki i dorobek kulturowy. Zabieramy wyłącznie energię miłości, taką, jaką udało nam się za życia rozwinąć. Im bardziej kochaliśmy bezwarunkowo, tym lepiej odrobione zadanie w tym wcieleniu, tym bliżej jesteśmy Oświecenia.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Zapisz

Miłość bezwarunkowa

Miłość bezwarunkowa nie wymaga definicji, ale na wszelki wypadek napiszę, że to uczucie, które odczuwamy niezależnie od wszystkiego. Ono po prostu jest, niczego nie oczekując w zamian. Doskonałym przykładem miłości bezwarunkowej jest ta, którą odczuwamy do naszego kota, ponieważ jest to zwierzę tak niezależne i dumne, że w zamian za okazywane czułości nic nam nie daje. Pozwala się pogłaskać i przytulić, ale tylko wtedy, kiedy samo ma ochotę. A pomimo tego obdarzamy je uczuciem, karmimy, leczymy, jeśli potrzebuje. Czasem miłość matki do dziecka bywa także bezwarunkowa, właśnie wtedy, kiedy pomimo niewłaściwego zachowania potomka, matka nadal go kocha. Nie jest to jednak regułą, ponieważ w tym układzie często do głosu dochodzi instynkt macierzyński, a nie uczucia.

Podstawą miłości bezwarunkowej jest brak oczekiwań i skupienie się na samym akcie kochania. To ważne. Kiedy nauczymy się tego doświadczać, wówczas możemy korzystać z potężnej siły miłości do uzdrawiania zarówno swojego fizycznego ciała, jak i różnych życiowych sytuacji. Działanie jest niezwykle silne, a efekty mogą nas zaskoczyć, bo rzadko kiedy zajmujemy się uzdrawianiem przez miłość. A przecież – moim zdaniem oczywiście – zeszliśmy tu na Ziemię tylko po to, aby właśnie tego się nauczyć: bezwarunkowego kochania.

Temat może wydać się kontrowersyjny, szczególnie wtedy, kiedy mieszamy miłość z akceptacją. Bo jak kochać tych nieciekawych ludzi, którzy postępują niewłaściwie? Jak kochać złośliwego sąsiada, niewiernego męża lub co gorsza: jego bezczelną kochankę? I tutaj warto sobie uświadomić, że rozwój duchowy wymaga od nas przede wszystkim akceptacji poprzez zrozumienie. Każde trudne wydarzenie jest dla nas ważną lekcją. Nie ma przypadków. Nie warto zatem nienawidzić i potępiać swoich nauczycieli, którzy niosą nam istotne informacje o zamkniętych w głębi naszej podświadomości wzorcach. Ale też nie musimy od razu ich kochać – zaakceptujmy, że wszystko, co się wydarza jest do czegoś potrzebne. Zaakceptujmy ludzi, którzy jak aktorzy odgrywają tu na Ziemi swoje role, aby nam pomóc w rozwoju.

Miłość ma piękną, tęczową barwę. Nie czerwoną, jak sądzą niektórzy. Nie zieloną, jak czakra serca. I nie różową – ta różowa energia bywa często kolorem manipulacji lub rzucanego na nas uroku (czy hipnotycznego wpływu – jak nazwą to bardziej nowocześnie niektórzy). Buddyści wierzą, że osiągnięcie Oświecenia wiąże się z uzyskaniem tęczowego ciała. Cierpliwie praktykujący skutecznie rozpuszczają się w tęczowe światło. Jeśli uświadomimy sobie, że Oświecenie dosięga nas wówczas, kiedy stajemy się cali bezwarunkową miłością, wszystko staje się oczywiste.

Miłość bezwarunkowa to Światło – najjaśniejsze i najbardziej czyste. I podobnie jak wiązka białego widma – rozszczepia się na tęczowe promienie. Ponieważ w miłości zawiera się wszystko, kto potrafi kochać – jest kompletny. Funkcjonuje na pełnym potencjale wszystkich swoich czakr – a one tworzą wspólnie tęczowe pasma. Tak postrzegam energię bezwarunkowej miłości, kiedy z nią pracuję. Stąd też podświadomie od lat kreuję swoją stronę w tęczowych kolorach. Stale je widzę, kiedy tylko zamknę oczy. I dodam od razu, że podobnie wygląda energia Reiki, która przecież jest właśnie energią miłości. Systematyczna świadoma praca z Reiki pomaga nam kochać prawdziwie.

Temat uzdrawiania z pomocą miłości jest ogromnie trudny. Niejeden raz spotkałam się z niezrozumieniem, kiedy próbowałam o tym mówić. Wiele osób nie lubi słuchać o miłości, a na dźwięk tego słowa od razu się spina i stroszy, wykrzykując, że to bzdury dla dorastających panienek. To ich wewnętrzna blokada i opór, który moim zdaniem wymaga uzdrowienia. Stąd na świecie tyle zła, tyle wojen, tyle chorób… bo ludzie boją się i wstydzą kochania. Czasem właśnie dlatego, że pojmują je niewłaściwie, jako rzucanie się wszystkim na szyję i słodzenie na lewo i prawo. A miłość nie na tym polega.

Nie jestem różową, przesłodzoną landrynką. Uczę pozytywnego myślenia, śmieję się od świtu do nocy, lubię ludzi i zachwycam się światem – to prawda. Tak wybrałam i to mi daje szczęście. Ale umiem też czasem zakląć, tupnąć nogą i asertywnie odmówić, kiedy trzeba. Bywam też zołzą.  W swoich tekstach krytykuję pewne działania, nie owijając niczego w bawełnę. I nawet przysporzyłam sobie wrogów, kiedy szczerze zrobiłam paru osobom analizę ich wewnętrznych wzorców. Przerabiam cierpliwie swoje lekcje i nie zawsze są one słodziutkie. Czasem muszę mocno zacisnąć zęby. Jak każdy. Najważniejsze w tym wszystkim jest jednak poszukiwanie harmonii, a tę znajdziemy tam, gdzie jest miłość. To właśnie kochanie oświetla nam tę właściwą drogę jak latarnia. Jeśli nie wiemy co zrobić – odpowiedzią zawsze jest miłość.

Być może wszystko jest tym samym, jednak pewne rzeczy sprawiają nam większą przyjemność, choćby zmysłową. Dlatego właśnie wybieram takie emocje, myśli i przekonania, które prowadzą mnie do tego, co dobre. Lepiej mi z pozytywnym myśleniem niż z narzekaniem. Zachwyt daje mi energię. A Miłość uzdrawia. I czasem dziwię się niezmiernie, że ludzie odrzucają coś, co daje tyle dobra i przyjemności. Osoby, które wyśmiewają pozytywne myślenie i miłość bezwarunkową są dla mnie jak zmarznięte dziecko, które kuli się na brudnym śniegu, byle tylko nie ustąpić i nie wejść do ciepłego domu, nie zagrzać przy piecu. Taki foch. Nigdy nie lubiłam strzelać focha, za to kocham komfort, dlatego tak łatwo mi było odnaleźć te wspaniałe metody, które prowadzą do szczęśliwego życia.

Informacja o uzdrawianiu miłością bezwarunkową przyszła do mnie z Najwyższego Źródła. Po okresie intensywnej medytacji i pracy z Archaniołami, pojawiło się takie silne uczucie i przekonanie, że wypełnienie wszystkich komórek ciała kochaniem, zapewni im całkowite zdrowie. Rozkoszowałam się tym stanem przez jakieś 10 minut, potem zniknęło. Wiele miesięcy zastanawiałam się nad tym i nieśmiało testowałam na sobie, zanim zaczęłam opowiadać o tym innym. Miałam to wielkie szczęście, że trafiłam na pracowite i systematyczne osoby, które rzetelnie pomedytowały zgodnie z moimi wskazówkami i błyskawicznie osiągnęły oczekiwane efekty. Praca z miłością bezwarunkową uzdrowiła różne chore narządy.

Nie tak dawno trafiłam na piękną książkę Anity Moorjani, która wyzdrowiała z terminalnego stadium raka wyłącznie dzięki miłości bezwarunkowej. Jej historia to dla mnie niezwykle ważne potwierdzenie. Miłość uzdrawia. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Polecam jako ugruntowanie bardzo konkretne i naukowe wykłady Bruce’a Liptona. Co prawda on mniej mówi o miłości, więcej o pozytywnych emocjach, ale miłość jest najsilniejszym ze wszystkich tych uczuć. A zatem zadziała najskuteczniej.

Chciałoby się od razu sprostować: „tylko nie ta damsko-męska, ale ta bezwarunkowa…” Jednak moim zdaniem każda prawdziwa miłość jest uruchomieniem pozytywnej energii i wierzę, że w układach partnerskich również uruchamia się prawdziwe uczucie. A kiedy jesteśmy zakochani, kwitniemy, zdrowiejemy, wszystko układa się idealnie. Nie zgadzam się ze stwierdzeniami, że uczucie przynosi ból, rozczarowanie i cierpienie. Mnóstwo poetów wyżala się nad bolesną stroną miłości. Nie mają racji. Mówią „miłość”, a opisują swoje tęsknoty za spełnieniem oczekiwań, pomieszane z zazdrością, rozczarowaniem, żalem i innymi negatywnymi emocjami. Nie umniejszam piękna poezji, sama przecież piszę wiersze – analizuję tu jedynie, czym jest prawdziwa miłość. Jako uczucie odczuwane, a nie jako słowo.

Miłość jest uczuciem skupionym na pragnieniu dobra i szczęścia dla kochanej osoby. Jest pozbawiona oczekiwań – z radością przyjmuje to, co jest. Nawet jeśli nic nie dostaje od ukochanego, pławi się w samej rozkoszy kochania. Bo to kochanie daje nam szczęście, a nie fakt bycia kochanym – nie zapominajmy o tym nawet wtedy, kiedy nasze uczucie jest odwzajemniane. W miłości nie ma miejsca na zazdrość, żal i cierpienie. Jest tylko radość, wynikająca z błogości kochania. Taka miłość uzdrawia. Jeśli pojawia się cierpienie, to oznacza, że ster przejmują negatywne emocje i nie ma wtedy mowy o miłości bezwarunkowej. Są jakieś uczucia, które nazwać można “romantycznymi”.

Moim zdaniem prawdziwe kochanie zawsze daje nam poczucie szczęścia, radości, a co za tym idzie – także zdrowia i pomyślności, bo uruchamiamy najlepsze myśli i najlepsze energie. Tworzymy pełne radości przekonania, które przyciągają do nas wszystko, co najpiękniejsze. Jest zatem miłość doskonałym nie tylko lekiem, ale też skutecznym narzędziem prosperity.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Ostatni raz

Jest takie ciekawe ćwiczenie psychologiczne, które polega na tym, że wyobrażamy sobie, że został nam miesiąc życia. Wybieramy wówczas swoje priorytety i ustalamy, jak chcielibyśmy go wykorzystać. W kolejnym kroku przyjmujemy, że mamy do dyspozycji tylko tydzień, a w następnym, że zostało nam 24 godziny. Znakomite jest w tym odkrywanie tego, co dla nas naprawdę ważne. Czasem warto siebie zapytać: gdyby to były ostatnie chwile, co rzuciłabym za siebie, a na czym się skupiła? To nadaje naszemu życiu prawdziwą treść.

Podobnie możemy działać w obrębie naszego związku, zadając sobie pytanie, co jest rzeczywiście ważne? Jak chcemy spędzić czas? O czym pomyśleć? Zazwyczaj “płyniemy z prądem”, na zasadzie: jest jak jest, może jutro coś ciekawego zrobimy razem. Tymczasem wyobrażenie sobie, że wcale nie mamy przed sobą całego życia, popycha nas w stronę wybierania ze wspólnego bycia ze sobą tego, co najbardziej wartościowe. To pozwali w relacji odnaleźć najcenniejsze elementy.

Zdarza się, że ogniskujemy uwagę nie na tym, co trzeba. Żyjemy sprawami, a nie uczuciami. Kochająca skądinąd żona opowiada mężowi o cieknącym kranie, o tym, że syn dostał znowu dwójkę w szkole, a córka złapała katar, natomiast nie mówi, że jest dla niej ważny i że go kocha. Gdzieś z tyłu głowy ma myśl, że może wieczorem znajdą czas na bliskość, wówczas pewnie wyzna swoje uczucia. A wieczorem wszyscy idą później spać, bo dziecko dostało gorączkę i zmęczeni zasypiają, zanim usłyszą od siebie to, co najważniejsze. W codziennym kołowrotku spraw były rozmowy o kranie, zakupach, podwyżce ceny za prąd i dwójce w szkole, ale nie było ani słowa o miłości. Gdyby następnego ranka obudzili się po drugiej stronie życia, stanęliby tam z pustymi rękami. Ani cieknąca wylewka, ani ocena w szkole, ani katar nie mają żadnego znaczenia. Liczy się tylko miłość.

Często odkładamy na później to, co piękne i dobre. Żyjemy nawykowo i nieco mechanicznie. Wracamy z pracy zmęczeni, obdarzamy się przelotnym całusem i rzucamy w wir codziennych obowiązków. Gdzieś tam pojawia się myśl: “właściwie to dawno się nie przytulaliśmy, nie oglądaliśmy razem filmu, nie byliśmy w kinie…” I szybko uciekamy od tej myśli, bo nie ma czasu coś trzeba by wymyślić, zrobić, wykonać jakiś ruch. Poddajemy się zmęczeniu i myślimy: “następnym razem, dzisiaj muszę odpocząć“. A życie ucieka. I nagle okazuje się, że nie ma już “następnego razu”, bo partner odszedł, wyjechał, zniknął.

Czasem jest to proces rozciągnięty w czasie, który można nazwać powolnym umieraniem związku. Z dnia na dzień coraz rzadziej pojawia się myśl, że “trzeba by coś…”, że czegoś nam brakuje, że pomiędzy ciszą a nami dwojgiem pojawia się emocjonalna pustka. Całe lata uciekają jak chwile na codziennym dreptaniu wokół tych samych spraw. Dzieci wyrastają, odchodzą z domu i wreszcie jesteśmy sami i dla siebie. Wreszcie mamy czas. Wówczas odkrywamy, że nie mamy już sobie nic do powiedzenia. A i na przytulanie brak ochoty. Obok nas na nowej lub starej kanapie siedzi obcy człowiek, który formalnie jest ojcem naszych pociech. Lub niemłoda kobieta, której nie ma się ochoty dotykać. Chowamy się za książką lub gazetą, tęskniąc za czymś, co sami zgubiliśmy przez nieuwagę.

Życie tak, jakby każdy dzień był ostatnim, jest ciekawą metodą pielęgnowania  relacji. Odkryłam to wcale nie na zajęciach z psychologii, lecz w swoim własnym doświadczeniu. Wiele lat temu mój związek przechodził kryzys. Rozstaliśmy się z mężem pod wpływem silnych emocji i przez kilka tygodni mieszkaliśmy osobno. Już po kilkunastu dniach odkryliśmy, że nie umiemy żyć bez siebie i przez pewien czas spotykaliśmy się, ustalając, jak poukładać nasze wspólne pożycie, aby tym razem było zgodne i szczęśliwe, a po dwóch miesiącach wynajęliśmy nowe mieszkanie, by rozpocząć całkiem inny i wyjątkowo piękny rozdział naszego związku. Warto zauważyć, że takie rozpoczynanie na nowo, w nowym miejscu, z nowymi wspólnie ustalonymi zasadami przynosi zaskakująco dobre efekty. Czasem wystarczy odciąć destrukcyjne osoby, które źle wpływają na nasze uczucia. U nas to zdało egzamin rewelacyjnie.

Ponieważ do samego rozstania doszło dosyć nieoczekiwanie, często później zastanawiałam się, jakie były nasze ostatnie przed tą krótką separacją chwile razem. Czy mówiliśmy sobie o miłości, czy tylko obrzucaliśmy pretensjami? Czy kochaliśmy się namiętnie, czy byle jak? Zostało mi to po dziś dzień w tym pozytywnym znaczeniu. Spontanicznie tworzę nasze wspólne bycie tak, jakby kiedykolwiek mogło się nieoczekiwanie skończyć. Nie ma w tym obaw czy czarnowidztwa. Moj związek jest jedną z najpewniejszych rzeczy w moim życiu. To raczej sposób postrzegania świata, a także forma świadomego tworzenia rzeczywistości taką, jaką chciałabym ją widzieć.

Kiedy mój mąż wychodzi do pracy, żegnam się z nim tak, jakby wyjeżdżał na stałe i tak, jak chciałabym być przez niego zapamiętana. Każdą chwilę wykorzystuję na jak to nazywam “celebrowanie uczuć”, czyli bliskość, pieszczoty, spędzanie czasu ze sobą. Nigdy nie odkładam na później możliwości przytulenia się do męża i powiedzenia mu, jak bardzo go kocham. Mój mężczyzna bardzo szybko się tego nauczył i jeśli ja zamyślona nad nowym projektem przejdę koło niego obojętnie, wówczas on łapie mnie za rękę i wciąga w objęcia. Jak pisałam kiedyś, mężczyźni lubią być przytulani i lubią wszystkie czułe gesty i słowa. Ale to my, pełne łagodnej kobiecości uczymy ich tego.

Kiedyś robiłam to podświadomie, teraz zauważam, że celowo skupiam się na bezwarunkowej miłości, a nie pretensjach czy niespełnionych oczekiwaniach. Jeśli zwracam mu na coś uwagę, jeśli skrytykuję, to chwilę później żartujemy oboje, żeby rozmowa nie zakończyła się w gniewie czy żalu. Kiedy się kochamy, to również jest w tym całe moje serce jakbyśmy kochali się ostatni raz. Nie szczędzimy sobie czułości, nie spieszymy się. I odkryłam, że tak jest najlepiej. Żyć tak, jakby każdy dzień był ostatnim i najważniejszym.

Bogusława M. Andrzejewska

Przytulanie

Kiedy moje klientki pytają mnie, co robię takiego, że moje małżeństwo po 30 latach jest nadal pełne miłości i namiętności, odpowiadam zazwyczaj: “codziennie przytulam mojego męża i całuję go w usta”. Sposób stary jak świat i równie prosty, jednak dziwnym trafem wcale nie jest przekazywany z pokolenia na pokolenie tak chętnie, jak przepis na szarlotkę. Nauczyłam się go zatem sama, wypraktykowałam z radością i robię to, bo po prostu sprawia mi to przyjemność. A czas pokazuje, że prostota działa nadspodziewanie dobrze.

W pierwszej fazie związku nie mamy problemu z podsycaniem uczuć – to oczywiste. Wszystkie gesty są przesycone chemią i czułością. Chcemy się dotykać, pieścić i spędzać ze sobą jak najwięcej czasu. Szukamy chwilami jedynie takich miejsc, w których jeszcze nie byliśmy lub urozmaiconych form rozrywki. Po kilku latach, kiedy bycie razem powszednieje, zapominamy o tym, że bliskość jest wrażliwym kwiatem, który wymaga stałej pielęgnacji. W wielu związkach dojrzali partnerzy przyzwyczajają się do siebie i owo przyzwyczajenie zaczyna zastępować ekscytację. Czasem to wystarcza. Ale to zupełnie inna jakość. Skrajnie odsuwa nas od siebie i popycha do szukania miłości gdzie indziej. W lepszej opcji sprawia, że lojalni sobie wspólnie ciągniemy wózek zwany małżeństwem, zajmując się najpierw dziećmi, potem wnukami i pogodnie maszerujemy na spacer trzymając się pod rękę.

Przytulanie i dotyk to najważniejsze formy wyrażania miłości. Bez tego nie ma dobrego i szczęśliwego związku. Poprzez pieszczotę i dobre słowo okazujemy sobie uczucia i zapewniamy wzajemnie, że jesteśmy istotni dla siebie. To wsparcie i kochająca obecność. Kiedy dotykam policzka mojego męża, to gestem tym mówię mu: “widzę cię kochany” – jak w słynnym filmie “Avatar”… Kiedy całuję go w usta zapewniam: “nadal cię pragnę”. Kiedy mój mąż, wychodząc rano do pracy przytula mnie mocno do siebie, składając pocałunki na czole i włosach zapewnia mnie, że wróci, bo tu jest jego miejsce – przy mnie. Każdy dotyk ma znaczenie, bo mowa ciała jest tym rodzajem przekazu, którego nie sposób przekłamać. Kiedy nasz związek wiele lat temu przechodził kryzys, omijaliśmy się szerokim łukiem. Brak przytulania był pierwszą wskazówką, że coś jest między nami nie tak.

Obserwuję wiele par, w których nikt nie trzyma się już za rękę, nie głaska i nie dotyka. Idąc ze sobą, stąpają obok siebie, najczęściej rozdzieleni dziećmi. Rozmawiają o domowych potrzebach, planach na wakacje, ale kiedy patrzą na siebie, w ich wzroku trudno by szukać śladów światła. To takie porządne i jednocześnie całkiem wypalone małżeństwo, w którym echa dawnych uniesień odchodzą na dobre w zapomnienie.

W pewien sposób jest to naturalny proces, który wynika z przeniesienia uwagi na inne aspekty życia. Kobiety przytulają i głaszczą dzieci, mężczyźni okazują czułość psu, a na plan pierwszy wysuwa się gromadzenie pieniędzy lub budowa nowego domu dla następnych pokoleń. Zapominamy przy tym, że żyjemy tu na Ziemi dla siebie i dla miłości, a nie po to, by zapewniać swoim potomkom wygodne życie. Od dawna wiadomo, że dzieci, które wszystko dostają od rodziców, same niczego nie osiągają. Wiadomo też, że ze względu na prawdziwy cel życia, którym z całą pewnością nie jest komfort, dzieci i tak będą zmuszone odrobić swoje lekcje w inny sposób. Nie nakryjemy ich kloszem, choćbyśmy byli najbogatsi.

Natomiast to, co zrobimy ze swoim związkiem i ze swoimi uczuciami jest naszą podstawową lekcją. Dlatego właśnie – moim zdaniem – najważniejsze jest skupienie się na miłości. Rozwój duchowy nie polega na dbaniu wygodę i stan posiadania, lecz na budowaniu pięknych relacji z innymi. W tym również tej najważniejszej: z intymnym partnerem. Wraca to do nas jak echo i potwierdza moje słowa. Kiedy już odchowamy dzieci, kiedy postawimy dom i zarobimy pieniądze, odwracamy się i widzimy pustkę w sercu. Patrzymy na partnera lub żonę i widzimy obce osoby, z którymi łączy nas tylko wspólny kredyt na mieszkanie. Wtedy zaczyna się rozpaczliwa pogoń za utraconym uczuciem, a głód bliskości wybiera telefony do wróżek i zadaje niegasnące nigdy pytanie: kiedy znajdę swoją miłość?

A miłość wygasła, ponieważ nikt nie zadał sobie trudu, by pogłaskać nie tylko dziecko, ale i męża. By przytulić nie tylko psa czy kota, ale także żonę. Biologiczny instynkt stawiania na pierwszym miejscu potomstwa zabija naturalną bliskość, ponieważ nie zostaje już na nią czasu. I tu chcę głośno powiedzieć, że czasem można dziecko zostawić samo z bajeczką – niech uczy się składać literki – a my bądźmy ważni dla siebie. My i nasz związek. Czasem należy dzieci wysłać wcześniej spać, aby dorośli mieli przestrzeń na wzajemne pieszczoty i tulenie się do siebie. Nie tylko erotyczne, lecz przede wszystkim takie, które wzmacniają więź. To ogromnie ważne, ponieważ to właśnie buduje i podtrzymuje bliskość. Dotyk tworzy rytuał, który staje się niezniszczalnym fundamentem związku.

Bliskość fizyczna w naszej kulturze wydaje się czymś zgoła dziwacznym. Wielokrotnie, kiedy w czasie wakacji spacerujemy z mężem i przytulamy się w miejscu publicznym, napotykamy zdziwione spojrzenia. „Jak to tak, w tym wieku? Przy ludziach?” A wokół nas pełno młodszych od nas małżeństw, porozdzielanych dziećmi. Panowie oglądający się ukradkiem za każdą kusą spódniczką i panie, szukające tylko okazji, by wyżalić się na męża. Czasem jednak dostrzegam fenomenalną reakcję na nasze zachowanie: nagle znajomy czule przygarnia żonę, a ona – chociaż w pierwszej chwili oczy ma okrągłe ze zdziwienia jak spodki – reaguje wzruszeniem i po chwili wzrok jej jaśnieje. I pozostaje tylko życzyć im, aby nie zapomnieli tego gestu, kiedy się z nami rozstaną.

Przytulanie pojawia się już w dzieciństwie jako odpowiedź na potrzebę bliskości u maleńkiego niemowlaczka. I myliłby się ten, kto sądzi, że z wiekiem ta potrzeba mija. Ona nie znika, tylko nauczyliśmy się udawać, że nie istnieje. Współczesne badania psychologów dowodzą, że dorosły mężczyzna pragnie być przytulany tak samo często jak małe dziecko. Gest ten daje mu poczucie bezpieczeństwa, świadomość bycia kochanym, a ponadto jest dowodem wdzięczności. Tak, dokładnie – przytulamy naszych panów z wdzięcznością. Mężczyzna głaskany i przytulany czuje się wartościowym i docenianym człowiekiem, a to powoduje, że chce się starać jeszcze bardziej. O wdzięczności wiemy wystarczająco dużo, by wiedzieć, że taki gest jest wart więcej złota niż każdy z nas waży.

Kobiety nie mniej potrzebują ciepła i dotyku. Czułość była dla nich zawsze bardzo istotna. Czasem dziwię się, że tak szybko zapominają o potrzebie bliskości i  zaprzedają swoje dusze macierzyństwu, kosztem mężczyzny, który pozostawiony sam sobie tęskni za pieszczotą, choć nigdy się do tego nie przyzna. Może przytuli się nieśmiało, ale odepchnięty, szybko się zniechęca. Czasem tak właśnie zabijamy związki.

Ja także jestem matką i kocham moje córki nad życie, ale ani karmienie piersią, ani zmiana pieluch, ani inne wychowawcze tematy nie sprawiły, że przestałam przytulać się do mojego partnera. Każdego dnia, choćbym była najbardziej zmęczona, przychodzi ten moment, kiedy cieszę się naszą miłością i celebruję piękno naszego związku. Nawet wtedy, kiedy nie mam na nic siły, kładę się z głową na kolanach mojego męża. I chociaż nie stać mnie wówczas na nic więcej, on wie, że jest mi potrzebny i to ten czas, kiedy ścieli mi łóżko i zanosi do niego na rękach. Bliskość można okazywać na tysiące sposobów, a dotyk ma także tyle form, ile znajdziemy pomysłów.

Jakże często cierpimy tylko dlatego, że nasz partner czy partnerka nie umieją pokazać nam, jak wiele dla nich znaczymy. A przecież nie ma nic prostszego niż przytulenie czy pocałunek. Taki gest oznacza: jesteś mi bliski, jesteś dla mnie ważny. Im częściej okazujemy sobie wzajemnie uczucia w ten sposób, tym mocniejsza jest więź między nami. Człowiek zawsze wraca tam, gdzie czuje się bezpieczny, a czy może być gdziekolwiek lepsze i bardziej bezpieczne miejsce niż to, w którym jesteśmy głaskani, przytulani i całowani? To strefa, która zawsze kojarzyć nam się będzie z kojącym ciepłem matczynych ramion.

Bogusława M. Andrzejewska