Długowieczność

Nie każdy chce żyć sto lat. Niektórzy uważają, że starość jest okrutna i przykra, chcą więc czerpać jak najwięcej z chwili obecnej i zachować w pamięci tylko młodość. Stawiają bardziej na jakość niż na długość istnienia. Jednak są i tacy, którzy chcieliby być nieśmiertelni. A w każdym razie żyć jak najdłużej. Okazuje się, że do tego wystarczy mieć prosperującą świadomość.

Jakiś czas temu ukazała się bardzo ciekawa książka, napisana przez podróżnika Dana Buettnera, która zawiera wyniki ciekawych badań na ten temat. Autor zwiedził pół świata, przeprowadzając wywiady z wieloma stuletnimi osobami. Każdą pytał o dietę i styl życia, szukając charakterystycznych cech wspólnych, które mają znaczenie dla długości życia. Oczywiście na pewno istotne jest to, że wszyscy, z którymi rozmawiał mają się zupełnie dobrze – są zdrowi, chodzą, śmieją się, wykonują drobne prace i są samowystarczalni.

Okazało się, że rodzaj jedzenia czy klimat nie ma większego wpływu na jakość naszego życia. Badani stulatkowie mieszkają w różnych częściach świata: w górach, na równinach, nad morzem i w bardziej suchych obszarach. Ze względu na położenie geograficzne ich miejsca pobytu, także ich dieta jest rozmaita. Jedne osoby są wegetarianami, ale inne żywią się głównie mięsem, a jeszcze inne przede wszystkim owocami morza. Jedni polecają wypić codziennie kieliszek wina, inni propagują kozie mleko, a jeszcze inni używanie oleju z pestek moreli. Jak widać nie ma jednej skutecznej diety, a jedynie bardzo ogólna informacja, że nie służy nam przejadanie się.

Oczywiście informacje, o których piszę nie wykluczają, że istnieją na naszym globie szczególnie zdrowe miejsca, w których niemal wszyscy dożywają sędziwego wieku.  Dan Buettner znalazł kilka tzw. “niebieskich stref”. To między innymi Ikaria, Sardynia, Kostaryka, japońska wyspa Okinawa i pewne miasto w Kaliforni. Bez wątpienia jest tam lepsze powietrze lub lepsza ziemia, rodząca bardziej zdrowe pożywienie. Wierzę, że są rejony świata bardziej energetyczne lub bardziej czyste, gdzie ludzie – nawet z braku pieniędzy – spożywają rzeczy zdrowsze, naturalne, pobawione trującej chemii. Być może im dalej do hipermaketu, a im bliżej do własnego ogródka, tym bardziej zdrowo? To całkiem możliwe, oczywiście.

Nie wymieniłam wcześniej Pakistanu i żyjącego tam niewielkiego plemienia Hunzów, o którym wiemy, że słynie z długowieczności, a co ważniejsze: z braku chorób. Ludzie dożywają tam w zdrowiu nawet 140 lat i nie jest to niczym niezwykłym. Do śmierci są czynni fizycznie. Ponieważ rejon zamieszkiwany przez Hunzów to trudnodostępne rejony Himalajów, od razu przychodzi nam na myśl, że surowe warunki spowodowały wytworzenie genów zupełnie innych niż u przeciętnego mieszczucha, który pół dnia spędza przed komputerem. Do tego ludzie ci oddychają krystalicznie czystym powietrzem. Z dala od cywilizacji, nie mają okazji, by zatruwać się chemią. Żyją w zgodzie z naturą i w naturze.

Hunzowie jedzą bardzo skromnie, często głodują, pracują ciężko – a nawet jeśli nie muszą pracować, to pokonują wiele kilometrów, chodząc po górach. To zawsze wysiłek. Moim zdaniem nie przetrwaliby, gdyby ich geny nie zmieniły swojej struktury tak, aby rodziły się jednostki silne i wytrwałe fizycznie, odporne na niskie temperatury i skromne jedzenie. Tutaj dieta jest bardzo charakterystyczna. Hunzowie nie są wegetarianami z wyboru – po prostu nie mają mięsa do jedzenia. Od święta zdarza się możliwość zjedzenia zwierzęcia, które standardowo dostarcza wyłącznie nabiał. Ta specyficzna dieta i w tym wypadku także klimat, mogą mieć wpływ na długowieczność tych ludzi.

Wracam jednak do badań Dana Buettnera. Ruch fizyczny jest chyba jednym z czynników, który powtarza się u wszystkich stulatków. Każdy z nich, to osoba, która codziennie pokonuje parę kilometrów pieszo. Najczęściej wymaga tego codzienność. Jedna z sędziwych pań każdego dnia drepcze na położone w dużej odległości poletko, by własnoręcznie nazbierać świeże warzywa na śniadanie i obiad. Inna codziennie spaceruje, by spotkać się z przyjaciółmi. A jak pisałam wyżej, również i Hunzowie cechują się tym, że stale są aktywni fizycznie. Często z konieczności.

W tym miejscu docieram do najciekawszych dla mnie wątków tego tematu – do psychologicznych aspektów długiego życia. Rzeczą wspólną dla wszystkich rześkich staruszków jest pozytywne nastawienia do świata, radość, cieszenie się każda chwilą, śmiech do upadłego. Nic nowego pod słońcem. Dla mnie to oczywiste. Człowiek szczęśliwy jest zdrowy. Psychosomatyka wskazuje, że za choróbska odpowiadają negatywne emocje: stresy, zmartwienia, złość, frustracja. Człowiek prawdziwie pogodny nie ma możliwości, by zachorować, bo takich uczuć do siebie nie dopuszcza. Badania przeprowadzone przez Dana Buettnera potwierdzają to, co mówię i piszę tutaj od roku 2000.

Kolejny wspólny element dla wszystkich długowiecznych to duchowość. Każdy z badanych na potrzeby tej książki jest osobą, która wyznaje jakąś wiarę i stanowi to ważny wątek w jej życiu. Myślę, że ten element jest dość czytelny dla wszystkich. Potrzebujemy wiary w Najwyższe Źródło i świadomości, że świat jest przepełniony dobrą energią. Dzięki temu czujemy się bardziej bezpieczni. Łatwiej jest nam zaakceptować to, co się dzieje, cokolwiek by to nie było, ponieważ, kiedy wierzymy w harmonię wszechświata, wiemy, że nic nie dzieje się na próżno, a wszystko ma sens. Esencją tego procesu jest sama wiara, która ma niezwykłą moc wzmacniania naszego jestestwa. Każda szczera modlitwa (oczywiście nie bezmyślne klepanie pacierza) czy medytacja ma uzdrawiającą moc. Duchowość to przepiękna jakość, która wypełnia nasze serca i sublimuje nasze uczucia.

Równie skutecznie na długość życia wpływają najlepsze uczucia, takie jak miłość czy bliskość. Niemal każdy stulatek podkreśla wagę dobrych więzi rodzinnych. Oczywiście działa tutaj samo kochanie, ale także radość z potomków i wolność od stresu. Najwięcej negatywnych energii produkujemy wtedy, kiedy nie możemy dogadać się z najbliższymi, kiedy ciągle oczekujemy czegoś, czego nie dostajemy. To z bliskimi tworzymy najwięcej konfliktów. Ci zdrowi staruszkowie umieją układać swoje relacje pozytywnie, opierając je na miłości i szacunku. Sądzę, że informacje o tym, jak traktują swoich bliskich są cenniejszą informacją dla nas niż to, co jedzą. Bo – moim zdaniem – to nasze emocje nas zabijają, a nie słodycze, tłuszcz czy cokolwiek tam na talerzu. Mówiąc bardziej pozytywnie – to miłość przedłuża nam życie, a nie jakakolwiek dieta.

Kolejnym powtarzającym się u wszystkich aspektem jest przyjaźń. Długowieczni mają swoje grupy przyjaciół, z którymi chętnie i radośnie spędzają czas. Żartują, śmieją się, bawią, śpiewają. Pojawia się tu dobroczynny wpływ zarówno wesołości, pozytywnych energii, jak i element bliskości. Człowiek jest istotą społeczną, potrzebuje grupy, która go akceptuje i obdarza sympatią. Samotność, jak się okazuje, nie służy ani zdrowiu, ani długości życia.

Wszyscy też podkreślają ważność celu życia. To jakby oczywiste – aby chcieć żyć, trzeba mieć po co. Radość i spotkania z przyjaciółmi to jedno, ale każdy z nas chce także czuć się potrzebny. Bycie odstawionym na boczny tor staje się często dla ludzi powodem do załamania lub ucieczki w nałóg. Według psychosomatyki alkoholizm pojawia się jako odpowiedź na poczucie bycia niepotrzebnym, nieudanym, przegranym. Oczywiście stulatkowie nie nadużywają alkoholu czy narkotyków i nigdy ich nie używali. Niektórzy przez większość życia są abstynentami. I każdy z nich stara się robić coś ciekawego i pożytecznego. Każdy dąży do samospełnienia w jakimś działaniu. Bardzo często są to różne formy pomagania innym, co rzecz jasna daje człowiekowi najwięcej satysfakcji.

Na zajęciach z prosperity powtarzam często, jak ważną rolę w życiu odgrywa pasja. Mówię o tym, że pasja chroni nas przed smutkiem, depresją, poczuciem bezsensu. Uważam też, że pasja jest motorem napędzającym szczęśliwe życie. Sprawia ona, że kiedy rano otwieramy oczy, to od razu uśmiechamy się sami do siebie, bo myśli o tym, co dzisiaj zrobimy wywołują radość, szczęście i zadowolenie. Wiem coś o tym! Doświadczam! Bez wątpienia jest w moim życiu więcej rzeczy, które czynią mnie szczęśliwą, ale to jedna z nich. Dlatego cieszę się, że oto w tak ciekawy sposób potwierdza się waga tego, czego uczę na własnym przykładzie. Nikt mi tego nie powiedział – to moje własne odkrycie.

Na koniec jeszcze jedno takie moje odkrycie, którego chyba nikt na świecie nie uczy, a które jak się okazuje, wpływa pozytywnie na długowieczność. Jest to życie bez pośpiechu.  Nigdy nie lubiłam się spieszyć, ponieważ wywołuje to we mnie napięcie. A wiadomo, że tam, gdzie pojawia się napięcie, tam zanika przepływ energii. Napięcie jest zatem zabójcze dla nas. Jeśli posłuchamy stulatków, to okazuje się, że nie tylko nie pozwalają sobie na pośpiech, ale wręcz smakują chwile i rozkoszują się życiem. I znowu – jest to przejaw pozytywnego myślenia i doceniania roli zachwytu. To piękna jakość, która pozwala nam cieszyć się istnieniem. Ludzie, którzy umieją żyć wolniej, spokojniej, przyjemniej – rzadziej wpadają w stresy i tym samym rzadziej chorują. Jest w tym umiejętność akceptacji, że wszystko przychodzi dokładnie wtedy, kiedy ma swój czas. Nie ma zatem żadnego powodu do pośpiechu – będzie, kiedy będzie. Wszystko jest tu niesłychanie logiczne.

Jak widać, najważniejsze elementy tej układanki długowieczności to też podstawowe założenia prosperującej świadomości. Dobre relacje z bliskimi i posiadanie przyjaciół, jest dowodem na to, że człowiek potrafi wybaczać i ma odpowiednie poczucie własnej wartości. Od tego przecież zależy jakość stosunków, jakie łączą nas z innymi. Ktoś, kto kocha siebie, ma też dużo ciepłych uczuć dla innych. Bycie dobrym człowiekiem sprawia, że jesteśmy szczęśliwi i lubimy swoje życie. Wszystko tu uzupełnia się nawzajem i przeplata ze sobą, tworząc spójną całość. Nie zajmowałam się nigdy czymś takim, jak dietetyka, ale to, czego uczę na zajęciach prosperity, okazuje się być biletem do długiego życia. Jeśli przyjmiemy, że to ludzie szczęśliwi żyją najdłużej, to nic w tym zaskakującego, bo prosperująca świadomość to sposób na bycie szczęśliwym człowiekiem.

Bogusława M. Andrzejewska

Mądre odchudzanie

Nadwaga jest często spotykanym kłopotem. Większość z nas miewa z tym problem okresowo, a okresy te są dłuższe lub krótsze. Zazwyczaj wydaje nam się, ze jest to kwestia jedzenia. Zastanawiamy się nad dietą, głodówką, czasem nad uprawianiem jakiegoś sportu. Likwidacja tkanki tłuszczowej jest zwykle trudna, uciążliwa. Diety okazują się nieskuteczne, do systematycznych ćwiczeń brakuje czasu i cierpliwości – temat wraca jak bumerang, a my pocieszamy się, ze mamy genetyczną tendencję do tycia. 

Klucz do rozwikłania tematu leży jak zwykle w psychice. To naczelny komputer naszego organizmu wydaje polecenie, aby chronić nas, czy tez nasze ciało, obudowując je dodatkową warstwą tkanki tłuszczowej. Im większe zagrożenie, im bardziej długotrwałe, im mocniej zakodowane – tym większa nadwaga. Zapasy tłuszczu jak wał przeciwpowodziowy oddzielają nas od otaczającego świata.

Powodem nadwagi jest także niskie poczucie własnej wartości i krytykowanie siebie. Niska samoocena powoduje, ze boimy się – choćby podświadomie – innych ludzi, boimy się krytyki, odkrycia naszych słabych stron, ośmieszenia. Jest to także wystarczający powód, by zabezpieczać ciało dodatkowymi centymetrami. Szczególnie na poziomie talii, gdzie symbolicznie znajduje się sfera relacji z innymi.

Jeśli skupimy się na symbolice, to warto podkreślić, że otyłość w sferze seksualnej, będzie tworzeniem tarczy ochronnej dotyczącej naszego życia intymnego. Oznacza to, że niepewność i kompleksy lokują się  w tej właśnie dziedzinie życia. Podobnie najbardziej obfita tkanka tłuszczowa na poziomie ramion będzie odpowiadała za lęki i słabości w sferze działania. W ten sposób dostajemy niejako pewne potwierdzenie, że tam gdzie jest w nas najmniej pewności i siły, tam pojawia się tkanka tłuszczowa jako tarcza ochronna, mająca na celu zabezpieczyć nas przez niebezpieczeństwem z zewnątrz. To „tylko” symbolika, ale jeśli nauczymy się ją odczytywać, świat odkryje przed nami swoje tajemnice.

Aby uzupełnić wszystkie możliwe przyczyny otyłości, trzeba jeszcze wspomnieć o braku spełnienia i tęsknocie za oparciem. Czyli innymi słowy o lęku przed samotnością, bezsilnością, koniecznością radzenia sobie samotnie z najtrudniejszymi sprawami. Ponadto psychicznym powodem zabezpieczania się naszego organizmu za pośrednictwem nadprodukcji tkanki tłuszczowej jest też lęk przed uczuciami. To mógłby być temat rzeka, więc ograniczę się tylko do wymienienia tej przyczyny.

Jeśli przyjmiemy wyżej wymienione czynniki, jasnym się staje, że żadne diety ani inne „cudowne sposoby” nie mogą okazać się skuteczne. Dieta może zadziałać na krótki czas, najwyżej na parę tygodni, potem jednak główną siłą kształtującą nasze ciało będzie podstawowy wzorzec tkwiący w psychice. Jeśli wzorcem tym są nasze silne lęki i kompleksy, to organizm w celach ochronnych zostanie obudowany warstwą tkanki tłuszczowej bez względu na stosowane diety i głodówki.

Ponadto uprzedzam, że stosowanie głodówek grozi jeszcze jednym uwarunkowaniem: mianowicie organizm, który przeżył okres głodu może wytworzyć w sobie tendencje do zabezpieczenia się na przyszłość przed głodem. A w jaki sposób? Oczywiście tworząc zapasy… w formie nadwagi.

Wynika z tego w sposób oczywisty, że by zlikwidować otyłość, należy odnaleźć i usunąć przyczynę, czyli zastanowić się, co jest źródłem lęku, a następnie pozbyć się tego za pomocą psychoterapii czy jakiejkolwiek innej metody. Nie musze chyba nikogo przekonywać, że należy przede wszystkim likwidować przyczynę, a nie skutek. Zatem same diety i ćwiczenia fizyczne nie spełnią tego zadania, choć na pewno uprawianie sportów i odpowiednia gimnastyka przyniosą inne korzyści. Aktywny tryb życia przyda się też na pewno, aby utrzymać zdobytą zgrabną sylwetkę i sprawność fizyczną.

Kompleksowe odchudzanie powinno zawierać metody kodujące pozytywnie nasz umysł i podświadomość. W nowym wzorcu powinny pojawić się nie tylko elementy dotyczące naszego szczupłego wyglądu, ale również afirmacje i wizualizacje związane z rozwijaniem bezpieczeństwa w konkretnej dotyczącej nas dziedzinie. Warto też ustawić na bieżąco sposób swojego myślenia zgodnie z zasadą: „myśl kreuje rzeczywistość”. Jeśli zjadając ciastko będziemy odczuwać wyrzuty sumienia i w duchu liczyć, ileż to przytyjemy, to bez wątpienia… przytyjemy. Nasze ciało wykonuje bez wahania większość naszych poleceń przekazywanych w formie lęku…

Na koniec ostatnia uwaga… Nasz organizm jest mądry i wie, czego potrzebuje. Warto zacząć go słuchać. Słuchanie organizmu oznacza, ze powinniśmy jeść to, na co akurat mamy smak. Oczywiście mam tu na myśli pewien smak, który przychodzi sam z siebie – nie wtedy, kiedy jesteśmy strasznie głodni lub buszujemy po cukierni i patrzymy na wspaniale wyglądające ciasta i torty.

Pojawiający się sam z siebie apetyt na jakąś potrawę jest informacją, czego chce nasze ciało. Jeśli np. mamy smak na rybę, to najwidoczniej organizm potrzebuje fosforu czy innych zawartych w rybie składników. Niestety własnego ciała słuchają tylko kobiety w ciąży. Reszta ludzkości bawi się wymyślaniem różnych dziwnych i nikomu niepotrzebnych diet. Dla mnie logicznym wydaje się fakt, że słuchanie swoich smaków i apetytów pozostaje w o wiele większej harmonii z naszym organizmem niż wynalazki typu „dieta zgodna z grupa krwi”.

Podam przykład z życia wzięty. Otóż pewna pani miesiąc przed planowaną operacją nabrała apetytu na barszcz czerwony, za którym nigdy nie przepadała. Smak pojawił się nagle i nie znikał, pomimo że często jadła ową potrawę. Towarzyszył jej do terminu zgłoszenia się do szpitala oraz przez dwa miesiące po operacji, potem zniknął bezpowrotnie i obecnie Pani ta znowu nie lubi barszczu. Dodam tylko, że w szpitalu przez krótki okres miała anemię pooperacyjną, dostawała krew – a przecież każdy z nas wie, że barszczyk czerwony posiada działanie krwiotwórcze. A przynajmniej tak głosi plotka.

Organizm ludzki jest genialny. Wie lepiej od najlepszego dietetyka, co jest nam potrzebne. I jak wskazuje podany przykład – wie z wyprzedzeniem…

Bogusława M. Andrzejewska

Terapia śmiechem

“W zdrowym ciele zdrowy duch” – mówimy często. Zdarza się nam jednak zapomnieć, że bywa też odwrotnie: kiedy dusza jest radosna i szczęśliwa, ciało wydaje się zdrowsze i odporniejsze. Ciało i duch wydaja się być jednym mocno zależnym wzajemnie układem, tzw.  jednością psychosomatyczną.  Niektórzy z nas być może zauważyli też, że kiedy w ich życiu wszystko się układa, kiedy przez szereg dni są w radosnym nastroju, omijają ich wszelkie dolegliwości. Chociaż cała rodzina kicha, chociaż w pracy wszyscy narzekają na grypę, nas się nic nie ima, a układ odpornościowy przechodzi sam siebie. Tu można wyraźnie dostrzec dobroczynny wpływ pozytywnego nastawienia.

Oczywiście to działa i w druga stronę. Wielokrotnie doświadczamy sytuacji, w których przeżyty stres owocuje przeziębieniem, bólem głowy, skokami ciśnienia. Przyznając spontanicznie: „zdenerwowałam się i teraz źle się czuję”, zauważamy wpływ nastroju na fizyczny stan naszego organizmu. Od tych spostrzeżeń już tylko krok do najweselszej terapii świata, do metody leczenia śmiechem. Od greckiego słowa „gelos” – śmiech powstała naukowo brzmiąca nazwa gelotologia.

Platon powiedział: ,,Szaleństwem byłaby chęć leczenia tylko ciała bez leczenia ducha”.
Dawno temu dowiedziono, że radosny, spontaniczny śmiech pomaga odreagować wszelakie stresy, konflikty, frustracje, wywierając dobroczynny wpływ na kondycję nie tylko fizyczną, ale także psychiczną.

Przez długie stulecia śmiech jako środek leczniczy był propagowany jedynie przez medycynę niekonwencjonalną. Jednym z ojców tej niezwykłej terapii był Norman Cousins z USA, który zachorował na bardzo bolesne zapalenie stawów kręgosłupa. Szansę przeżycia lekarze określili na 1:500. Cousins szukając ratunku, sam wymyślił dla siebie metodę leczenia: oglądał filmy komediowe, pielęgniarka czytała mu wesołe książki, odwiedzali go przyjaciele, których zadaniem było rozśmieszanie go i utrzymywanie w dobrym nastroju. W krótkim czasie Cousins zaobserwował u siebie znaczną poprawę stanu zdrowia – trapiące go bóle zmniejszyły się, po około dziesięciu minutach “serdecznego” śmiechu mógł zasypiać na co najmniej godzinę. Subiektywnie odczuwane objawy powrotu do zdrowia zostały bezdyskusyjnie potwierdzone przez wyniki badań laboratoryjnych. Norman Cousins wyzdrowiał.

Za największego “śmiechologa” uważa się Patch’a Adams’a , który od dziecka marzył, aby być klaunem lub lekarzem. Udało mu się połączyć oba te zawody. Wcielając się w postać klauna przychodził do przebywających w klinice dzieci i je rozbawiał, odwracając ich uwagę od choroby, bólu i samotności. Dzięki swoim niekonwencjonalnym metodom pracy przekonał kolegów lekarzy, ze śmiech i radość są bardzo potrzebne chorym ludziom, a dzieciom w szczególności. Dzięki zabawom, czarom, sztuczkom choć na chwilę zapominają o tym, gdzie się znajdują. A to z kolei pomaga im w powrocie do zdrowia. Patch Adams założył w Arlington (stan Virginia) pierwszy szpital, który jest tak zorganizowany, by poddani leczeniu uznanymi metodami pacjenci mieli jak najwięcej okazji do radości. W Warszawie w podobny sposób gelotologię propaguje Fundacja “Dr Clown”.

W naukowym (N. Bevin) podejściu do tematu wyróżniamy cztery stopnie śmiechu:
1º ,, tchnienie radości” –  stwarza możliwość zachowania psychicznego odprężenia, może przejść w stan permanentny. Stanowi szczery wyraz głębokiego, duchowego, radosnego spokoju;
2º chichot – jest progiem do bezgłośnego śmiechu, gdy śmiech ten narasta, zmienia się mimika twarzy i dopiero wtedy można rejestrować wrażenia akustyczne;
3º śmiech z objawami akustycznymi – następuje bezstopniowe przejście od śmiechu cichego do głośnego – śmiech na całe gardło, któremu towarzyszą słabsze lub silniejsze konwulsyjne ruchy ciała, dobroczynnie wpływa na proces oddychania i poprawia krążenie krwi;
4º śmiech do łez – wrażenia akustyczne są mniej silne niż przy trzecim stopniu, ale przebiega z całą gamą ruchów kurczących się mięsni, które “masują” i poprawiają ukrwienie organów wewnętrznych.
Przy śmiechu leczniczym najważniejsze są stopnie jeden, trzy i cztery. Stopień pierwszy prowadzić może do stanu permanentnego, kiedy to człowiek staje się uśmiechnięty na co dzień, uśmiech towarzyszy mu w różnych sytuacjach życiowych. Stopień czwarty jest szczególny dla naszego zdrowia. Jedna minuta wstrząsającego śmiechu równoważy 45 minut rozluźniania się.

Oprócz poprawy nastroju , co jak już wiemy wpływa na zwiększenie wydajności systemu immunologicznego, śmiech działa także jak masaż tętnicy szyjnej, serca, śledziony, wątroby. Kiedy się śmiejemy pracuje przepona, mięśnie pleców i brzucha, a także mięśnie twarzy, mamy więc doskonała gimnastykę. Można też ten proces porównać do joggingu, ponieważ śmiejąc się, nabieramy w płuca dużo powietrza, jak przy bieganiu. Idąc dalej: śmiech działa jak kosmetyk, bo dotlenia organizm, dzięki czemu skóra staje się zaróżowiona i odżywiona. Przekonano się też, że osłabia wiele dolegliwości, łagodzi ból, ułatwia oddychanie.

Teoria wybitnego badacza śmiechu S. Feuerabendta głosi, iż w trakcie śmiechu do naszego krwiobiegu dostają się poprawiające właściwości krwi substancje, znacznego ożywienia działalności doznają gruczoły dokrewne, serce, wątroba, śledziona. Wzmagają się ruchy robaczkowe jelit, zmienia się charakterystyka naprężeń mięśni, a nade wszystko znacznej konsolidacji ulega psychiczne nastawienie śmiejącego się.
N. Bewin wykorzystuje i potwierdza powyższą teorię w swoich badaniach. Pisze on: ,,Śmiech pozytywnie wpływa na cały proces oddychania, to znaczy na wentylację, perfuzję (ukrwienie) i dyfuzję (wymianę gazów oddechowych). Poprzez to osiągamy zmniejszenie, a nawet całkowitą eliminację chronicznych syndromów stresowych, z których najpoważniejszym jest strach.”

Z psychologicznego punktu widzenia strach jest czynnikiem odpowiedzialnym za większość naszych negatywnych emocji. To strach powoduje, ze narasta w nas złość, zazdrość lub żal. Trwające nieprzerwanie stany smutku, żalu i lęku prowadzą do depresji. Znalezienie metody na całkowite zlikwidowanie strachu byłoby punktem przełomowym w uzdrawianiu trudnych emocji i wielu dolegliwości o psychosomatycznym podłożu. Tymczasem jednak znajdujemy śmiech i jego dobroczynne działanie.

Poprzez radość i zabawę wracamy do błogich czasów dzieciństwa. Odczuwanie bezpieczeństwa i rozluźnionego błogostanu kieruje nas w stronę zdrowia. To także kontakt z naszym wewnętrznym dzieckiem, który wpływa na wiele obszarów naszego życia. Rozluźnienie i spokojna pewność dzięki radości, to coś czego każdy z nas pragnie, bez względu na wiek i stan zdrowia. Śmiech wydaje się być najbardziej wymarzonym lekiem na wiele dolegliwości. Nie ma gorzkiego smaku, nic nie kosztuje i jest dostępny na zawołanie. Ponadto nie grozi nam żadnymi skutkami ubocznymi, możemy go stosować bez ograniczeń.

Warto tez zauważyć, ze śmiech ma ogromne dobroczynne działanie w zakresie relacji międzyludzkich. Już pierwszy miły uśmiech buduje pomiędzy ludźmi mosty sympatii. Każdy następny wzmacnia ów most. Najbardziej lubiane osoby to te, które często i chętnie się śmieją. Najmądrzejsze i najbardziej podziwiane postacie to te, które potrafią śmiać się z samych siebie. Ilekroć pojawi się konflikt najłatwiej go zażegnać obracając problem w żart. Nie każdy jednak wie, ze najskuteczniejszym sposobem rozproszenia agresji i gniewu jest rozśmieszenie przeciwnika. Jeśli to wydaje się komuś nieprawdopodobne, niech spróbuje jednocześnie śmiać się i ze złością na kogoś krzyczeć. To niemożliwe. Te dwie energie całkowicie się wykluczają. Zatem śmiech uzdrawia nie tylko naszą psychikę czy ciało, ale także nasze relacje. A wszystko jest całością, bo trudne relacje prowadza do negatywnych emocji i nieciekawych stanów psychicznych, a to z kolei prowokuje fizyczne niedomagania. Koło się zamyka i znowu znajdujemy się w pozycji osoby potrzebującej terapii.

Na koniec buddyjska opowieść.

Któregoś dnia uczniowie poprosili mistrza, aby im opowiedział, jak wyglądały kolejne etapy jego wędrówki ku oświeceniu.
– Na początku Budda poprowadził mnie za rękę w Kraj Działania i tam mieszkałem kilka lat. Potem Budda powrócił i zawiódł mnie do Krainy Smutku; żyłem tam, dopóki moje serce nie zostało oczyszczone z każdego nieumiarkowanego przywiązania. Właśnie wtedy znalazłem się w Ziemi Miłości, której płomienie pożarły, co tylko zostało we mnie z mojej jaźni. To prowadziło mnie do Kraju Ciszy, gdzie tajemnica życia i śmierci były zamknięte dla moich zdumionych oczu”.
– Czy to był koniec twoich poszukiwań?  – zapytali.

– Nie – rzekł mistrz  – Pewnego dnia Budda powiedział: ,,Dziś zabiorę cię do najgłębszego sanktuarium, do serca samego oświecenia. I zostałem poprowadzony do Krainy Śmiechu”. 

Bogusława M. Andrzejewska

 

Emocje

Jest wiele technik pracy z emocjami. W gruncie rzeczy wszystkie jednak sprowadzają się do kilku podstawowych zasad, a te zasady są niesłychanie proste. Tworzą one podwaliny pod coś, co nazywamy umiejętnym zarządzaniem emocjami. Z całą pewnością nie chodzi o tłumienie. Stłumione emocje są naszym wewnętrznym sabotażystą, który atakuje nas paskudnymi chorobami.

Punkt pierwszy zapanowania nad trudnymi emocjami sprowadza się do akceptacji faktu, że się pojawiają. Bez tego nie ma właściwego rozumienia całego procesu. Wiele osób, spośród tych, które pracują nad sobą, wypiera negatywne odczucia, ponieważ uważa, że są już tak zaawansowane w rozwoju, że nie powinny odczuwać czegoś, co nie jest miłością bezwarunkową. To oczywisty błąd. Mamy prawo odczuwać wszystko, cokolwiek się pojawia, ponieważ wszystkie emocje są naturalne i ludzkie. Kiedy im zaprzeczamy, dajemy im władzę nad sobą. Pozwalamy, by ukryły się w podświadomości i stamtąd nas atakowały.

Bardzo charakterystycznym przykładem może być pewna moja znajoma, która zajmuje się doradztwem i energoterapią. Na różnych kursach nabyła sporo wiedzy, dzięki czemu wie, że właściwa jest miłość, a złość nam szkodzi w określony sposób. Zamiast jednak uwolnić tę złość lub jakąkolwiek metodą uzdrowić ją w sobie, wybrała zaprzeczanie. Wszystkim powtarza, że jest osobą pełną miłości i nikogo nie ocenia. W trudnej sytuacji przybiera sztuczny uśmiech na twarz i poucza o tym, jak bardzo szkodzi nam wchodzenie w negatywne emocje. Buduje sobie dość skutecznie wizerunek osoby kochającej, łagodnej i nie umiejącej gniewać się na nikogo. Jednak lustro wydarzeń pokazuje, że nosi w sobie wiele wypartych negatywnych emocji. Jest często atakowana przez ludzi i doświadcza złości nawet od najbliższych jej osób. Nie chce tego zobaczyć, powtarzając, że nie rozumie, dlaczego jest zaczepiana i traktowana z agresją lub nienawiścią, skoro nie ma w sobie negatywnych uczuć. Otóż ma… Tylko skutecznie je wyparła. Co ciekawe, sama także w każdym poznanym człowieku dopatruje się ukrytej pod uśmiechem złości. A przecież wiemy, że zgodnie z Prawem Przyciągania – gdyby była wypełniona miłością, widziałaby przede wszystkim miłość.

To proste. Nosimy w sobie wszystkie aspekty. Jesteśmy wielokolorowi. Nikt nie jest ani czarny ani biały. Jesteśmy jak tęcza, rozwijająca wachlarz przeróżnych emocji. To, na czym się skupiamy, zasilamy. To, czego mamy w sobie najwięcej – dostrzegamy u innych w pierwszej kolejności. Dlatego, jeśli w innych ludziach za każdym razem dostrzegamy przede wszystkim złość, to znaczy, że tej jakości mamy w sobie najwięcej. Jeśli jej nie widzimy, jeśli nie chcemy się do niej przyznać, to świadczy wyłącznie o tym, że ją wyparliśmy. Wrzuciliśmy do najciemniejszej zapomnianej szuflady i zgasiliśmy światło. Schowaliśmy w takim miejscu w psychice, gdzie jej nie można zobaczyć. I zapomnieliśmy o jej istnieniu, dziwiąc się, dlaczego ludzie traktują nas z gniewem, skoro my przecież nie mamy go w sobie.

Dlatego takim ważnym krokiem w pracy na sobą jest przyznanie się do tego, że mamy w sobie określoną negatywną emocję. Nie jest ona niczym wstydliwym ani niewłaściwym. W moim odczuciu mądrym i rozwiniętym duchowo jest ten, kto rozumie, że emocje to potrzebni nam nauczyciele. Trzeba umieć ich właściwie potraktować i przyjąć lekcje, które z sobą niosą.

Kiedy już nazwiemy i zaakceptujemy swoje emocje, to kolejnym krokiem może być poczucie, że nie są częścią nas, lecz czymś odrębnym. Pomaga w tym świadomość, że są jak liść przyklejony do płaszcza, który możemy w każdej chwili odrzucić. Można zrobić sobie prostą wizualizację: stoimy po pas w rzece i z głębokim oddechem wychodzimy na brzeg, po czym wchodzimy na most i z góry przyglądamy się rwącemu nurtowi. Jest to wyjście poza emocje.

Świadomość władzy nad emocjami pozwala nam skutecznie im przeciwdziałać. Możemy zastosować przeróżne sposoby, dzięki którym nie pozwolimy takim odczuciom jak gniew, zazdrość czy żal na dobre się w nas rozgościć. Im szybciej się im przeciwstawimy, tym skuteczniejsze będą nasze działania.

Najprościej jest pozbawić emocje zasilania, czyli odciąć energię, która daje im moc. Tę energię niosą nasze myśli. Jeśli w kółko drążymy temat i rozmyślamy o nim na wszystkie sposoby, nakręcając jednocześnie negatywne odczucia, wówczas szkodzimy sobie i wzmacniamy to, co czujemy. Najprościej jest przenieść uwagę na coś innego, co nas w sposób wystarczająco intensywny zaabsorbuje. Lubię żartobliwie proponować w tym miejscu rozwiązywanie matematycznych zadań. To oczywiste, że niewielu spośród nas da się namówić na matematykę. Jednak jest ona dobrym przykładem, ponieważ wymaga silnego zaangażowania umysłu. Oczywiście możemy zająć się czymkolwiek innym: analizą ważnego zadania, trudnym projektem, planowaniem najbliższego weekendu. Istotne jest, abyśmy zabrali emocjom całą energię, poświęcając ją umysłowemu wysiłkowi.

Możemy też wykonać krótkie ćwiczenie – kilka oddechów przeponowych. Polega ono na tym, że nabierając powietrza, wypełniamy najpierw szczyty płuc, potem brzuch i na końcu dół brzucha. Wydychamy w odwrotnej kolejności – zaczynamy od najniższej części brzucha, a kończymy na górnej części płuc. Oddychając przeponowo, powoli i głęboko, odcinamy emocje od zasilania i one więdną, znikają. Nie bez powodu, kiedy ktoś się zdenerwuje, mówimy mu: oddychaj głęboko.

Metod jest mnóstwo. Każda, która pozwoli uwolnić się od niechcianych emocji, będzie dobra. Jednak na tym nie kończy się nasza praca. Kiedy już jesteśmy spokojni, nadchodzi czas na to, by zrozumieć lekcję, jaką ona z sobą niesie. Zadajemy sobie pytanie: czym przyciągnęłam taką sytuację? Jaki aspekt mam w sobie uzdrowić? Jeśli przykładowo poczułam gniew, bo ktoś mnie obraził, nazwał „głupią”, jest to wskazówka, abym podniosła swoje poczucie wartości i poczuła się naprawdę mądra i doskonała. Jeśli natomiast poczułam żal, bo zostałam pominięta podczas przyznawania premii w firmie, to być może warto przekonać samą siebie, że zasługuję na szacunek, uznanie i pieniądze.

Bogusława M. Andrzejewska

Zdrowie

Nasze myśli kreują rzeczywistość. Tworzą nasze bogactwo, relacje, zdarzenia, a także stan naszego zdrowia. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Wierzę w psychosomatykę, a książka Louisy Hay “Możesz uzdrowić swoje życie” przez wiele lat była moja biblią. Jednak ludzie, którzy chorują, tracą czasem po wpływem cierpienia zdrowy rozsądek i próbują sugerować, że zdrowym dobrze wypowiadać teorie, a choroba spada z nieba i nie mamy na to wpływu. Otóż mamy. Dlatego zacznę od własnej historii.

Urodziłam się z wadą serca. Całe dzieciństwo mnie chroniono przed wysiłkiem i wytrwale kodowano mi wzorzec: “jesteś chora, nie możesz tego ani tamtego”. Z takim wzorcem weszłam w dorosłe życie i do gabinetu kardiologa, który powiedział: “natychmiast musimy operować, bo inaczej śmierć”. Nie zgodziłam się na operację, bo akurat urodziłam córeczkę, którą z ogromna radością karmiłam piersią. Po paru latach, podczas kolejnej wizyty usłyszałam od lekarza: “natychmiast musimy operować, bo inaczej wózek inwalidzki do końca życia z powodu przerostu lewej komory – jak się nie pospieszymy, to i operacja nie pomoże”. Ja wierzyłam w cud, choć przemiły skądinąd kardiolog powtarzał: “cudu nie będzie”. Nie miał racji.

Wkrótce potem trafiłam na pierwszy stopień Reiki, gdzie wspaniały i mądry mistrz wkodował mi nowy wzorzec: “Reiki uzdrawia twoje ciało”. To był mój cud. Przyjęłam z radością nowy wzorzec i zaskakiwałam lekarzy na kolejnych wizytach wspaniałymi wynikami, świetnym samopoczuciem i wydolnością, chociaż dawno juz nie powinnam żyć. Moje serce zdrowiało 🙂 Do czasu, kiedy życie – zaplanowane bardzo twórczo przez duszę – zaproponowało mi nowe wyzwania w postaci emocjonalnych koszmarów, z którymi w tamtym czasie radziłam sobie średnio. Przeżyłam zapewne tylko dzięki Reiki i pracy z Aniołami. Jednak ogromny stres odbierał mi zdrowie – czułam to namacalnie. Po 14 latach od zrobienia pierwszego stopnia Reiki, moje serce zepsuło się niemal z dnia na dzień, po kolejnym silnym traumatycznym przeżyciu. Trafiłam na stół operacyjny, wymieniono mi zastawkę, a ja zrozumiałam, że jeśli mam być zdrowa, to muszę zmienić swoje myślenie i nauczyć się zarządzać swoimi emocjami. Tak też robię i dzięki temu czuję się bardzo dobrze.

Zaobserwowałam też między innymi, że stresy powodowały u mnie ciągłe przeziębienia, nawet kilka razy do roku. Jeśli tylko nie panowałam nad emocjami i pozwoliłam sobie na zdenerwowanie czy rozpacz, to najdalej dwa dni później leżałam z gorączką lub silnym katarem. Kiedy nauczyłam się pracy z emocjami i rozwijania w sobie spokoju, przestałam chorować. I tutaj magia pozytywnego myślenia zadziałała równie niezawodnie. Bywało, że wszyscy w moim domu kichali i kaszleli, przekazując sobie po kolei chorobę, a ja pozostawałam zdrowa. Moje córki tuliły się do mnie, sprzedając mi wszystkie chorobotwórcze zarazki, a ja nadal czułam sie świetnie. Stało sie to swoistym kuriosum w sytuacji, kiedy przez większość życia byłam chorowitym chucherkiem, padającym od byle podmuchu. A ściślej mówiąc – od byle emocji. Odkąd nauczyłam się pozytywnego myślenia i zarządzania emocjami, przestałam chorować.

Od wielu lat w swojej praktyce korzystam z psychosomatyki. Choroby, o których mówią mi klienci, wskazują psychologiczne obszary wymagające uzdrowienia. To zawsze się sprawdza. Chociaż czasem jest trudne do uchwycenia. Pamiętam osobę, która zachorowała na raka. Psychosomatyczna przyczyna tej choroby (w uproszczeniu) to żal, pretensje, złość, nienawiść – brak wybaczenia sobie lub innym. Znałam tę osobę i wiedziałam, że zazwyczaj była bardzo krytyczna i często obrażona na innych. W czasie rozmowy zapewniała mnie, że nie ma wrogów, wszystkich lubi, akceptuje i szanuje. “W takim razie choroba powinna ustąpić – jeśli nie ma psychologicznej przyczyny, nie ma choroby”- uznałam. Tak wskazuje moje doświadczenie, którym sie z Wami tutaj dzielę, ponieważ jest to także drogowskaz do uzdrowienia. Choroba u tej osoby nie ustąpiła, ale niedługo przed śmiercią, kiedy pod wpływem leków nie kontrolowała swoich wypowiedzi, wykrzyczała przy mnie tyle nienawiści do pewnej kobiety, że aż się skuliłam od ogromnej ilości jadu i negatywnych emocji. Nie miałam wątpliwości, że właśnie obnażyła sie prawdziwa przyczyna raka. Szkoda, że ta osoba nie przyznała się do tego wcześniej. Jest wiele sposobów na uwolnienie takich trujących emocji, a tym samym na uzdrowienie.

Louisa Hay twierdzi, że nie ma chorób nieuleczalnych. Sama jest tego najlepszym przykładem. Moje doświadczenie wskazuje, że osoby, które zmieniają myślenie – zdrowieją. Znam wiele takich ludzi, a w naszym środowisku reikowym to cudowne potwierdzenie również skuteczności pracy z energią. Te osoby, które zamykają się w żalu – pogłębionym przez poczucie krzywdy, wynikające z ciężkiej choroby – umierają, nawet bardzo młodo. Choroba sama w sobie jest objawem dysharmonii. Pokazuje, że na poziomie psychologicznym, w emocjach nastąpił dramat, coś zostało zaburzone, ktoś tkwi w negatywnym postrzeganiu świata lub siebie. Choroba manifestuje się w ciele po to, abyśmy mogli uzdrowić traumę, zmienić swoje myślenie i stać sie Doskonałymi Istotami. Jest to kolejny nauczyciel mobilizujący nas do rozwoju.

Wierzę, że ludzkie ciało zostało zaprojektowane idealnie. Samo w sobie jest pełne harmonii. Psuje się wtedy, kiedy nasze myśli przestają być harmonijne, kiedy cierpimy, złościmy się, przeżywamy negatywne emocje. Dzieje się tak, ponieważ myśli i emocje stanowią z ciałem jedność. Wierzę też, że natura wyposażyła nas we wszystko, czego potrzebujemy. Jeśli zaczynamy chorować, to wokół siebie znajdziemy wszystko, czego nam potrzeba do uzdrowienia. Po pierwsze – energię Reiki. Po drugie – siłę własnych myśli, a w tym cudowną moc bezwarunkowej miłości. Po trzecie – zioła i leki naturalne, a ponadto drzewa i minerały, które uzdrawiają nas swoją mocą. Po czwarte – dźwięki i kolory, światło i muzykę…

Nie umniejszam znaczenia medycyny. Dopóki nie umiemy sami się uzdrawiać, potrzebujemy lekarzy i medykamentów. Jednak ogólnie, jako ludzkość powinniśmy dążyć do poznawania metod naturalnych, a przede wszystkim do świadomego kreowania własnego zdrowia poprzez właściwe myślenie i uporządkowane emocje. Nawet korzystając ze zdobyczy akademickiej medycyny, należy równolegle pilnować odpowiednich myśli. Oparcie wyłącznie na farmakologii powoduje, że choroba wróci ponownie. Powtórzę po raz kolejny, że przyczyną choroby jest wadliwy wzorzec myślowy. Lekarz wyleczy ciało, ale ów szkodliwy wzorzec po pewnym czasie znowu “wyjdzie” w ciele w formie choroby tej samej lub podobnej.

Ostatnio modne jest odkrywanie genów odpowiedzialnych za chorobę. Moim zdaniem są to geny niewłaściwego myślenia. “Genetyczność” choroby polega głównie na tym, że rodzice przekazują dzieciom wadliwe wzorce myślowe. Dziecko uczy sie poprzez przykład. Obserwując rodzica i słuchając jego wypowiedzi, przyjmuje, że tak trzeba – nie ma innego punktu odniesienia. Kwestia fizycznego uszkodzenia chromosomu nie zaprzecza psychosomatyce. Wiemy, że silnymi emocjami jesteśmy w stanie zmienić zarówno tkankę, jak i gen. A potem przekazujemy to potomstwu, razem z naszymi ułomnymi reakcjami emocjonalnymi. A przecież wcale tak być nie musi. Możemy spróbować od tej chwili myśleć inaczej, kochać świat i ludzi, kochać siebie i swoje ciało, czuć się fantastycznie w swoim życiu i pracy. Możemy każdy dzień zaplanować tak, abyśmy byli szczęśliwi od poranka do zmierzchu. Możemy też każdego dnia wypełniać każdą komórkę swojego ciała bezwarunkową miłością. To proste. A przy tym nic nie mamy do stracenia. Warto spróbować.

Psychosomatyczne wzorce choroby opisałam w osobnym artykule. Metody zmiany myślenia znajdują się w rozdziale Uzdrawianie. Dużą skutecznością na poziomie uzdrawiania ciała cieszy się metoda Evelyn Monahan, ale pomaga także Metoda Simontonów czy metoda Silvy, a nawet cierpliwa praca z afirmacjami.

Bogusława M. Andrzejewska