Sens życia

W fascynującym wielobarwnym życiu dominuje doświadczanie, jako najważniejszy powód naszego istnienia. Są tacy nauczyciele duchowi, którzy w ogóle podważają sens naszego rozwoju zakładając, że jedyne po co zeszliśmy na Ziemię to właśnie przeżywanie i poznawanie. Z tego punktu widzenia cokolwiek się dzieje jest dobre i godne uwagi. Nawet to, co postrzegamy jako zło czy cierpienie dla nas, dla duszy jest radością nowego doświadczenia. Ta hipoteza ma jedną dobrą stronę: nie musimy się wysilać, wystarczy być i już spełniamy wymogi istnienia.

Ja jednak jestem zdania, że Ziemia jest dla duszy poligonem rozwoju i w moim postrzeganiu świata wzrastanie, rozpoznawanie w sobie mocy dobra i nauka bezwarunkowej miłości są najważniejszym celem życia. Jesteśmy tutaj po to, aby uczyć się kochania pomimo wszystkiego, czego doświadczamy. Czasem nawet niejako na przekór trudnym wydarzeniom.

Moja hipoteza sensu życia może stać się logicznym wyjaśnieniem tego wszystkiego, co w naszym dualnym pojmowaniu świata jawi się koszmarem. Te wszystkie wojny, kataklizmy, nieuleczalne choroby i inne nieszczęścia nie są przecież przypadkiem ani jakąś karą dla nas. Są odzwierciedleniem jakiejś cząstki, którą w sobie nosimy jako istoty wielowątkowe. Nawet jeśli świadomie pragniemy wyłącznie dobra, to na głębszym poziomie mamy w sobie lęk albo potrzebę odwetu, albo żal czy gniew, którego nie jesteśmy gotowi uwolnić.

To ludzie wywołują wojny, okradają siebie nawzajem, niszczą planetę i kłócą się ze sobą. To ludzie kształtują swoje ciało zabarwiając je chorobą, co wyraźnie pokazuje psychosomatyka. I najprostsze, co przychodzi na myśl w takim kontekście, to mozolne uczenie się zasad życia tak, aby przestać niszczyć Ziemię, zabijać czy krzywdzić innych, ranić samych siebie chorobami. Wiedzę zdobywamy najdosłowniej poprzez doświadczenie. Cierpiąc, zadajemy sobie pytanie: co robić, aby to uzdrowić? Odpowiedzią zawsze jest miłość i dobroć. Tego właśnie się tutaj uczymy: wyjścia poza negatywne emocje, chęć zemsty czy udowodnienia innym swojej siły.

Temu też służy cała ta „ciemna strona”, która budzi w ludziach tyle wątpliwości. Czasem zadajemy w stronę Nieba rozpaczliwe pytanie: „skąd tyle zła? Dlaczego i po co ono?” Każdy z nas, kiedy wsłucha się w siebie wie, że Najwyższe Źródło jest bezmiernym oceanem miłości bezwarunkowej. Skąd zatem tyle cierpienia? Kto nas tak karze i za co? Powstały nawet wyznania, które próbują nas przekonać, że Ziemia jest planetą, która nie podlega Bogu-Stwórcy, lecz została oddana ciemnym siłom. Inne hipotezy głoszą, że jesteśmy hodowlą „złych” istot, które nas wykorzystują. A że energetyka naszej planety jest specyficzna, to takie teorie wydają się niektórym bardzo prawdopodobne.

Tymczasem najrozsądniejsze może być wyjaśnienie najprostsze, czyli zauważenie, że nasz świat to właśnie poligon treningowy, gdzie uczymy się kochać i być dobrymi, pomimo całego zła, jakie tylko można wymyślić. I w tym ćwiczeniu biorą udział te dusze, które się kształcą, rozwijając w sobie dobro i te, które przyjęły na siebie trudną rolę „katów”. Bo przecież w raju niczego nauczyć się nie można. Leżąc na pachnącej trawie wśród kwiatów i rozmaitego bogactwa, w pełnym bezpieczeństwie – cóż można poza rozkoszowaniem się istnieniem? Dopiero w trudnych warunkach uczymy się szlifowania swoich umiejętności.

Wcale nie ukrywam, że chętnie poleżałabym w raju na trawce. Oczywiście. Ale moja dusza wybrała sobie całą masę skomplikowanych wyzwań, które raz po raz rzucają mnie twarzą o ziemię i to wcale nie na miękką trawę. Nie mam innej opcji, muszę podążać za wyborem swojej duszy i zaakceptować wszystkie lekcje, które mi stawia na drodze. Jednak sens życia nie polega wyłącznie na pogodzeniu z losem, lecz na odnajdowaniu wszędzie dobrej energii. To nie poddanie trudnym doświadczeniom zapewnia nam punkty w treningu, lecz radość życia, zachwyt, odczuwanie miłości i wdzięczności czy nawet wybaczenie katowi, który ma jeszcze dłonie mokre od naszej krwi.

W tym wybaczeniu bardzo pomaga świadomość harmonii wszechświata i dostrzeganie logiki wydarzeń. Kiedy widzimy i rozumiemy swoją lekcję, to nie możemy mieć żalu do nauczyciela. Możemy jedynie odczuwać wdzięczność do niego za to, co nam pokazał. I w gruncie rzeczy potrzeba wybaczania znika całkiem. Bo po co wybaczać komuś, do kogo czujemy jedynie wdzięczność?

Wiem, że moje słowa dalekie są od praktycznego przeżywania emocji. Łatwo się pisze o wybaczaniu i nauczaniu, o wiele trudniej doświadczać tego wszystkiego i przy tych uczuciach odkrywać w sobie dobro. To czasem niezwykle trudne doznania, które owocują dużą ilością silnych negatywnych emocji. Mam jednak w sobie ogromną pewność, że właśnie o to chodzi w tej fascynującej grze, aby umieć wyjść poza to, co się czuje i świadomie wejść na boski poziom istnienia. Czyli właśnie w chwili największego żalu i gniewu pokłonić się z wdzięcznością duszy „kata” i pobłogosławić go bezwarunkową miłością.

Bez względu na to, w co wierzymy, każdy zgodzi się ze mną, że to bardzo trudne zadanie – spontanicznie wychodzić poza negatywne emocje i złe oceny innych ludzi i sytuacji. Bo sytuacje też nas drażnią – śnieg w środku wiosny, kiedy złaknieni jesteśmy ciepła, spóźniający się pociąg, kiedy jesteśmy zmęczeni, brak prądu, kiedy mamy mnóstwo pracy… Wszystko wokół nas toczy się swoim rytmem, nie zawsze zgodnym z naszymi oczekiwaniami. I rzadko kiedy udaje nam się zachować spokój i pozostać z rozsądnym pytaniem: czego mnie to uczy? Co mi pokazuje? Najczęściej poddajemy się uczuciom i szarpiemy sami ze sobą w gniewie, żalu lub rozpaczy. Tworzymy w sobie opór i nie pozwalamy płynąć energii. Tymczasem właśnie wiara w harmonię wszechświata jest tym, co powinno nam zawsze towarzyszyć.

Bogusława M. Andrzejewska

  

Advertisements

Poziom

Każdy z nas jest w najbardziej właściwym dla siebie miejscu i czasie, jeśli spojrzymy z perspektywy rozwoju i programu duszy. Oznacza to także, że nie ma ludzi duchowo zacofanych ani duchowo rozwiniętych. Każdy jest w najlepszym dla niego punkcie swojej ziemskiej wędrówki. Oczywiście różnimy się między sobą poziomem wiedzy, doświadczenia życiowego lub duchowego, zaawansowaniem w praktykach czy choćby poziomem świadomości wewnętrznej. To jasne. Jednak nie zmienia to faktu, że każdy podąża swoją ścieżką zgodnie z wewnętrzną gotowością.

Jakoś tak jesteśmy skonstruowani, że stale patrzymy przez ramię na tych, co żyją obok nas. Odkąd świat stał się jedną wielką wioską połączoną wewnątrz sieciami internetu i komórek, widzimy o wiele więcej ludzi i sytuacji. Mamy więc jeszcze większe pole do oceniania i porównywania się z innymi. Skwapliwie z tego korzystamy, ponieważ wypatrywanie osób, które radzą sobie gorzej niż my, jest najprostszym sposobem dowartościowania samego siebie. I najgorszym z możliwych, ponieważ skupiając się na słabościach drugiej osoby, nieświadomie rozwijamy je w sobie.

Z kolei patrzenie na tych, którym bardziej w życiu się powiodło, jest także trudnym wyzwaniem, ponieważ gdzieś w głębi duszy budzi się dziecięcy żal i pytanie: „dlaczego on ma coś/jest kimś, a ja nie?”. Czasem popycha nas to do zazdrości i poczucia, że świat jest niesprawiedliwy. Na pewno nie zawsze tak się dzieje, bo nie każdy wchodzi w negatywne emocje tylko dlatego, że komuś dobrze się wiedzie. Są ludzie, którzy umieją skwitować to wzruszeniem ramion i akceptującym: „widać taka karma”. Akceptacja jest piękną sztuką, która daje nam spokój wewnętrzny i nie ma tu znaczenia, jak sobie wytłumaczymy sytuację. Ważne, by wypełnić się bezwarunkowa miłością do siebie i Wszystkiego Co Jest. Bez akceptacji to niemożliwe, bo wielobarwność świata zawsze postawi obok nas coś, czego pragniemy, a mieć nie możemy… W tym miejscu łatwo pojąć, dlaczego buddyjscy nauczyciele zachęcają, by uwolnić się od wszelkich przywiązań. Jeśli niczego nie pragniemy – nie cierpimy. Proste.

Świadomość prosperująca to człowiek, który czerpie inspirację z cudzego sukcesu oraz wypełnia się najwyższymi wibracjami i umie szczerze cieszyć się, że kogoś spotyka szczęście. Ma to taką jeszcze zaletę oprócz dobrego samopoczucia, że pozwala nam kreować w życiu to, czego z radością gratulujemy innym. Miłość bezwarunkowa przyciąga do nas to, co kochamy. Jeśli miłością obdarzę awans kolegi, to w ten sposób kreuję swój własny. Być może niekoniecznie w tej samej firmie, ale z całą pewnością – kreuję. Jeśli radością i miłością obdarzam nowy samochód sąsiada i łączę się z jego szczęściem, wówczas kładę podwaliny pod własny fart i uczucie entuzjazmu towarzyszące kupieniu nowego autka – mojego. Tak to działa.

W tym wszystkim jednak najważniejsza jest umiejętność dostrzegania swojej unikalności. Każdy z nas jest niepowtarzalny i ma swoją własną drogę, którą zaplanowała dusza. Nie pytajmy: „dlaczego nie mam talentu plastycznego, a ona ma?”. Nie pytajmy: „dlaczego on ma bogatą żonę i nic nie musi robić?”. Nie pytajmy: „dlaczego on jest sławny i zarabia miliony, a ja nie?”. Bo wtedy musimy też zapytać: „dlaczego tamten urodził się bez nóg, a ktoś inny mieszka w rogu Afryki i umiera z pragnienia”…. Każda dusza ma swój plan i podstawą jest zrozumienie, czego ma się tu na Ziemi nauczyć i jak twórczo wykorzystać talenty, które otrzymaliśmy w darze. Bo to, że każdy z nas ma jakiś talent nie ulega wątpliwości. Pamiętajmy przy tym, że nie może słoń porównywać się do pszczoły ani papuga do psa, a przecież każda z tych istot jest równie ważna w wielkiej harmonii wszechświata i każda ma swoje piękne i potrzebne miejsce. Chyba wszyscy wiedzą, że jeśli zginą pszczoły, to życie wielu zwierząt , a także ludzi będzie zagrożone. Czy zatem malutka pszczółka jest mniej ważna od dużego słonia, a może bardziej istotna?

Jednym z często popełnianych błędów jest ocenianie poziomu rozwoju wewnętrznego na zasadzie kontrastu z innymi ludźmi. Tak przyjemnie czasem spojrzeć na tych, którzy zaczęli później i są w tyle za nami. Taka perspektywa podbudowuje nasze poczucie wartości. I nie mam wątpliwości, że dla tych, których samoocena jest wysoko, takie patrzenie na innych nie ma żadnego znaczenia, ponieważ skupiają się na sobie, na swojej roli i nie mają ani czasu ani ochoty by jakkolwiek oceniać innych ludzi. Wiedzą, że każdy poziom jest właściwy.

Inaczej rzecz ma się z działaniem. Konsekwencją określonego etapu rozwoju jest dopasowane do niego postępowanie. Nie każde nosi znamiona miłości. Ale z punktu widzenia duchowości, każde jest najlepsze dla danej duszy na ten moment. Często także dla innych, stając się przełomowym punktem na ich drodze do Światła. Jest w tej chwili na rynku kilka książek, które traktują o odwadze dusz decydujących się na bolesne wcielenia, dlatego nie będę rozwijać tego tematu. Podpowiem tylko, że jeśli czyjeś działanie jest pełne okrucieństwa, to najprawdopodobniej ta osoba na ten moment inaczej nie potrafi. I najważniejsze, to zadać sobie pytanie, czego nas to uczy, co powinniśmy zmienić w sobie, aby nie doświadczać tego, czego nikt doświadczać nie chce.   Nie jest naszą rolą potępianie drugiego człowieka, tylko znalezienie w sobie maksimum miłości dla siebie, aby nasze życie było pełne dobra, radości i zdrowia.

Patrzenie z góry na osoby będące „niżej” w rozwoju przypomina trochę sytuację, w której uczeń piątej klasy uważa, że jest lepszy niż pierwszoklasista. A przecież to nonsens – jest tylko starszy, a to zupełnie coś innego. Warto też dodać, że to „bycie starszym” zobowiązuje do opiekowania się tym młodszym i dawaniu mu właściwego przykładu, a nie do krytykowania czy wyśmiewania się z młodszego kolegi. I rzecz ma się podobnie z naszym rozwojem: ci z nas, którzy doszli na tej ścieżce dalej, powinni pomagać i pokazywać drogę tym, którzy dopiero zaczynają. Taka też przyświecała mi idea, kiedy w 2000 roku założyłam swoją pierwszą stronę i wpisałam na niej wiersz Khalila Gibrana:

Jak w procesji razem zdążacie ku swemu boskiemu ja.
Jesteście drogą i wędrowcami.
I jeśli jeden z was pada, to czyni to dla tych, co są za nim, jako przestrogę przed zawadzającym kamieniem.
Tak, pada też dla tych, co idą przed nim, co choć szybciej i pewniej kroczą, nie usunęli jednak zawadzającego kamienia.

Nadal uważam, że te słowa pokazują ważny element naszego istnienia i rozwoju. A szczególnie widać to, kiedy przyglądamy się roli „Starych Dusz”, których zadaniem jest prowadzenie innych, opiekowanie się, chronienie i nauczanie. Informacja, czy jesteśmy taką duszą, jest na pewno ważna, a można ją poznać między innymi dzięki numerologii. Warto się nad tym zastanowić, ponieważ to szczególny rodzaj służby. To właśnie odsuwanie tych wszystkich zawadzających kamieni, aby liczbom zwykłym szło się naszym śladem lepiej i lżej. Bez oceniania.

Zakończę zabawną historią nie o duchowości, lecz o codzienności. Przeczytałam dzisiaj opowieść o pewnej pani, która żaliła się terapeutce, że nie ma przyjaciół, ponieważ ma bardzo bogatego męża, nie musi pracować i wszyscy jej tego zazdroszczą. Na pytanie terapeutki, dlaczego tak myśli, odpowiedziała bez wahania: “bo mam lepiej niż inni, jestem w lepszej sytuacji”. To też ocenianie poziomu – tutaj przez pryzmat posiadanych pieniędzy – i stawianie siebie wyżej od innych. Złudne oczywiście, bo szczęście nie wynika z posiadania. Jak wiemy, szczęśliwy jest ten, który umie cieszyć się tym, co ma, cokolwiek by to nie było i w jakiejkolwiek ilości. Owa pani widać ma problem z cieszeniem się życiem i tymi wszystkimi dobrami, które zapewnia jej mąż-milioner, skoro potrzebuje pomocy terapeutki. I trudno jej tego zazdrościć.

Morał z tej historii taki, że nasza ocena jest zawsze SUBIEKTYWNA. Być może są osoby, które zazdroszczą tej pani posiadanego majątku, ale wątpię, by ktokolwiek zazdrościł jej życia. Mamy swoje priorytety i upodobania. Mamy swoje unikalne ścieżki i wielu spośród nas nie oddałoby swojego pięknego życia za nudną i pełną narzekania samotność bogatej żony milionera. Pisałam wielokrotnie, opierając się na własnym doświadczeniu, że to co daje nam najwięcej szczęścia to umiejętność bezwarunkowego kochania, dar zachwytu oraz samospełnienie, czyli możliwość robienia tego, co się naprawdę kocha. Miliony są bardzo fajne i mile widziane, ale tylko wtedy, kiedy te pozostałe rzeczy mamy w sobie. Inaczej nie mają znaczenia. Wystarczy przyjrzeć się tym wszystkim bardzo bogatym i sławnym, którzy odebrali sobie życie. Jakoś wielkie pieniądze nie uratowały ich przed emocjonalnym cierpieniem. A miłość bezwarunkowa umie to zrobić. Pasja także.

Dlatego też, kiedy oceniamy swój poziom rozwoju, to w pewien sposób tracimy czas, ponieważ musimy się odnieść do kogoś/czegoś innego. Podobnie jak wysokość górskiego szczytu możemy poznać odnosząc go do poziomu morza. A to wymaga porównań, które nigdy obiektywne nie będą. To co dobre i ważne dla nas, dla kogoś innego jest bez znaczenia. Jeden szuka milionów i wielkomiejskiego gwaru, inny duchowości i leśnej ciszy. A ponadto trzeba by wskoczyć w cudze buty, by wiedzieć, jak jest naprawdę. Nie każdy obnosi się ze swoimi duchowymi praktykami, traktując je jako bardzo osobistą cześć życia.  Wiele osób na zewnątrz nosi uśmiechnięte maski duchowego nauczyciela, by w domu wiecznie narzekać, przeklinać i wrzeszczeć na najbliższych. Jak można kogokolwiek zweryfikować? Nie można. Możemy ludzi lubić, kochać, wybierać na przyjaciół lub omijać szerokim łukiem, ale nie możemy ich w żaden sposób oceniać.

Bogusława M. Andrzejewska

Zadowolenie

Co to znaczy być zadowolonym? To nie marudzić, nie narzekać, nie krytykować, lecz cieszyć się chwilą, radować każdym dniem i doceniać swoje życie. To szukać w każdym momencie powodów do radości. To umieć poczuć się szczęśliwym tylko dlatego, że świeci słońce lub śpiewają ptaki. To nie zamartwiać się problemami, lecz je rozwiązywać i akceptować wielobarwność życia. To nie skupiać się na trudnościach, ale wierzyć, że na wszystko jest dobry sposób. Tak w wielkim skrócie wygląda świadomość prosperująca. Po tym możemy poznać osobę, która naprawdę myśli pozytywnie.

Szczęście jest w nas. Wcale nie trzeba go szukać gdzieś bardzo głęboko. Wystarczy zdecydować, że skupimy się na tym, co dobre i spróbujemy się nie martwić. Przecież zmartwienie w niczym nie pomaga. To, że musimy mierzyć się z wyzwaniami jest częścią naszej rzeczywistości. Spokojne podejmowanie kolejnych wyzwań jest mądrością, która pomaga być szczęśliwym.

Świat przynosi nam różne sprawy i nie za każdym razem są one przyjemne, ale zawsze gdzieś obok jest coś, co może podnieść nam nastrój i sprawić, że poczujemy się lżej. Obok złośliwych ludzi, stoją życzliwi przyjaciele, trzeba ich tylko zauważyć. Obok głupich polityków – profesjonalni lekarze. Obok niesympatycznych znajomych – serdeczni sąsiedzi. Istnienie jest wielobarwne. Nie warto skupiać się wyłącznie na tym, co złe. Nauczyły nas tego media, które pokazują głównie trudne sytuacje, aby silnie uruchomić nasze emocje. A wszechświat daje nam wszystkie możliwości. To my decydujemy, co wybrać.

Wyobraźmy sobie taką sytuację, w której zabrakło nam pieniędzy na ważne rachunki. Zamiast się martwić i tracić tym samym zdrowie, pomyślmy, skąd je wziąć. Na pewno znajdzie się na to jakiś sposób. Zamiast nakręcać się smutkiem i wstydem, że tak się dzieje, poszukajmy czegoś dobrego w swoim życiu. Poczujmy wdzięczność za zdrowe oczy, piękne dzieci, ciepło słońca na policzku. Podnieśmy sobie energię dobrymi myślami i pięknymi elementami życia. Warto. Nie tylko po to, by poczuć się lepiej. Ale także dlatego, że kiedy poprawi nam się humor i nakręcimy się pozytywnymi myślami, mamy duża szansę na przyciągnięcie tego, czego potrzebujemy.

Wdzięczność to fenomenalny multiplikator. Im bardziej umiemy dziękować w sercu za wszystko, co mamy i czego doświadczamy, im mocniej doceniamy każde dobro w swoim życiu, tym więcej szczęśliwych zdarzeń przyciągamy. Takie uczucie przynosi niezwykłe efekty. Warto wyrobić sobie nawyk codziennego dziękowania za każdy pomyślny drobiazg, za każdy ciepły uśmiech, za każdy promień słońca. To najprostszy i zarazem bardzo energetyczny sposób na poprawę jakości życia – być wdzięcznym.

Zauważyłam, pracując z Dzienniczkiem Wdzięczności, że codzienne pisanie o tym, za co dziękuję, rozwija niesamowicie pozytywne myślenie. Im więcej wyrazów wdzięczności piszę, tym więcej dobra spostrzegam wokół siebie. Skupiając się na pomyślnych doświadczeniach, zaczynam doceniać swoje życie i spontanicznie wybieram optymizm. Wdzięczność jest zatem jakością nierozerwalnie związaną z miłością do siebie i świata, z Prawem Przyciągania, szczęściem i dobrobytem. Pomaga poczuć zadowolenie z tego, co jest – tu i teraz.

Doskonałym sposobem na podniesienie energii jest bycie w kontakcie z tym, co dobre i piękne. Można sprawić, aby mieć takie cuda zawsze pod ręką, nawet wtedy, kiedy pada deszcz lub przyjaciele nie mają dla nas czasu. Ja mam pewien magiczny folder w komputerze, w którym przechowuję swoją ulubioną muzykę, taką, która niesamowicie poprawia mi nastrój. Obok muzyki, mam w nim pozytywne filmy, które także pełnią swoja rolę wtedy, kiedy potrzebuję dawki optymizmu i radości. A wreszcie mam tam najpiękniejsze obrazy i zdjęcia. Kiedy je oglądam, buzia natychmiast mi się uśmiecha. Proponuję takie właśnie narzędzie, by moc pilnować swojego dobrego nastroju.

Zamiast folderu, może być specjalna „szczęśliwa półka” w domu. Niech znajda się na niej dobre, wartościowe książki, takie jak „Siła” Rhondy Byrne – pełna mocy i dobrej energii pozycja. Można do niej wracać wiele razy, by naładować mocą swój wewnętrzny akumulator. Obok książek możemy położyć tam pudełko ze zdjęciami, które utrwaliły chwile naszego największego szczęścia i buzie tych, których kochamy. Mogą się tam znaleźć płyty z dobrą muzyką, słonie z podniesiona trąbą i figurki Aniołów. Możemy tam umieścić drobiazgi, które dobrze nam się kojarzą i przynoszą pozytywne wspomnienia – nawet kamyczki podniesione z ziemi w czasie romantycznej wycieczki z ukochaną osobą. A wreszcie proponuję ułożyć tam wybrane specjalnie dla siebie minerały i olejki zapachowe lub preparaty Aura-Soma. Warto pamiętać, że mają one moc uzdrawiania naszych emocji. Są to więc nie tylko „pocieszajki”, ale konkretne narzędzia, które pomagają nam zachować dobry humor i pozytywne nastawienie do świata.

Dobrze jest położyć na takiej półce Karty Aniołów, które cudownie pomagają w czasie, kiedy spada nam energia. Pisałam o tym w innym miejscu, że rozmowa z Aniołami połączona z rozkładem dobrej energetycznie talii, świetnie działa na nasz nastrój i odradza nadzieję wtedy, kiedy najbardziej potrzebujemy wsparcia. Taka półka wówczas sama w sobie promieniuje pięknym światłem i korzystanie z niej ogólnie pomaga utrzymać w sobie radość życia.

A co przeszkadza? Przede wszystkim nieustanne porównywanie się z innymi. Mamy taki niedobry zwyczaj, że zamiast skupiać się na swoim życiu i jego zaletach, stale zaglądamy innym przez ramię, co też oni dostali. A bywają ludzie bogatsi od nas, którzy spędzają życie na podróżach lub imprezach czy twórczym działaniu. Patrzymy na nich i od razu chcemy mieć to samo lub tak samo, bo przecież nam też się należy. Natychmiast wchodzimy z niskie energie i zaczynamy pożądać tego, co ma ktoś inny. Zazdrość, to jedna z tych najpaskudniejszych emocji – największy bodaj wróg prosperującej świadomości.

Rzadko kiedy doświadczenie drugiej osoby nas inspiruje. A powinno. Bo po to powstała różnorodność. Jeśli oglądamy podróżnika, pomyślmy, jak zrealizować swoje marzenie o wędrówkach po świecie. Nie zawsze potrzebne są do tego nasze własne pieniądze, bo jest sporo zawodów, które wiążą się z podróżowaniem po świecie. Warto nauczyć się języków, skończyć odpowiednie szkolenia i realizować swoje pragnienie. Jeśli widzimy kobietę w pięknej sukni, warto pomyśleć, czy można taką uszyć. Jeśli widzimy kochająca się parę, postarajmy się nauczyć tego, co zapewni nam szczęśliwy związek.

Zazdrość popycha nas w ślepe uliczki, bo niejednokrotnie widząc u znajomych coś ładnego, chcemy to samo, ale jeszcze lepsze. Chcemy zabłysnąć i podnieść sztucznie poczucie wartości, popisując się tym, że zdobyliśmy coś większego – niech nam zazdroszczą! A po co? Czy rzeczywiście warto ponosić trud i tracić energię na wywołanie zawiści u drugiego człowieka? Aby być szczęśliwym trzeba dokonywać wyborów tylko dla siebie. Zdobywać tylko to, co nam przynosi szczęście, a nie to, czym możemy się popisać przed kimś innym. Jesteśmy doskonali tu i teraz – tacy, jacy jesteśmy. Nie potrzebujemy niczego, dokładnie niczego, by tę doskonałość naprawiać.

Każdy z nas dostaje w życiu swój kawałek tortu. Każdy inny, ale zawsze idealnie dopasowany do potrzeb duszy i planu naszego rozwoju. Kluczem do zadowolenia jest umiejętność cieszenia się tym, co mamy i twórcze wykorzystanie swoich zdolności i możliwości. Nie potrzebujemy niczego więcej ponad to, z czym przyszliśmy na świat. Jesteśmy w stanie nauczyć się tego, co nam pomoże w realizacji marzeń. Jesteśmy w stanie zarobić i zdobyć tyle majątku, by żyć dostatnio. Jesteśmy w stanie przyciągnąć do siebie ukochaną osobę i cieszyć się miłością. A to w zupełności wystarcza, by być szczęśliwym człowiekiem.

Bogusława M. Andrzejewska

Akceptacja

Chciałam napisać o sztuce cierpliwości, bo uważam, że to niezwykle ważna lekcja, której doświadcza wielu spośród nas. Jednak źródło tego słowa sięga “cierpienia”, więc zastąpiłam je słowem akceptacja. W gruncie rzeczy to chyba to samo, choć znaczenie jest tu o wiele szersze. Osoba, która umie zaakceptować otaczającą ją rzeczywistość, potrafi też cierpliwie czekać na to, co dla niej ważne. Sztuka czekania należy do kręgu lekcji związanych z umiejętnością spokojnego przyjmowania wszystkiego, co przynosi los.

Nie ukrywam, że długo uczyłam się cierpliwości. Moj Saturn w horoskopie bardzo wyraźnie pokazuje, że tej lekcji nigdzie wcześniej mi nie pokazano i dopiero w tym wcieleniu mam jej doświadczyć całą sobą. Doświadczyłam. Poznałam. Na poziomie każdej komórki. Do bólu i najgłębszego cierpienia – zgodnie z nazwą. Dramat się skończył, kiedy nauczyłam się akceptacji.

Wbrew pozorom to wcale nie jest trudne. To tylko zmiana programu. Spojrzenie z innego poziomu. W przypadku oczekiwania wystarczy przestać obsesyjnie myśleć o tym,  czego tak niecierpliwie wypatrujemy, przestępując z nóżki na nóżkę. Świat jest taki piękny i tak bardzo fascynujący! Otacza nas takie bogactwo doznań! Za każdym razem, kiedy czekam na coś, co się spóźnia, przyjmuję, że oto dostałam w darze dodatkowy czas na wykorzystanie według upodobania. To prawdziwa magia, która sprawia, że zamiast się martwić, jestem dodatkowo szczęśliwa.

Znakomitym przykładem może być przygoda, jaka spotkała mnie w Trójmieście, kiedy po trzech dniach szkolenia, spieszyłam się na pociąg do domu i okazało się, że nie ma wolnych miejsc, wszystkie bilety sprzedano. Następny pociąg, na który mogłam się załapać odjeżdżał dopiero za 8 godzin… Tyle czekania! Bardzo szybko zorganizowałam sobie czas: oddałam bagaż do przechowalni i ruszyłam na zwiedzanie gdańskiej Starówki. Przyznaję, że gdyby nie ten dar od losu w postaci wyprzedanych biletów, do dzisiaj nie trafiłabym w to piękne miejsce. Przeżyłam niezapomniane chwile, zobaczyłam niezwykłe rzeczy i w pewien sposób nie skupiałam się w ogóle na czekaniu. Ten czas nie był czekaniem, lecz doświadczaniem.

Niektórzy ludzie w ogóle nie lubią podróżować, bo uważają, że to wielka strata czasu. Natomiast inni czytają w pociągach książki, grają na laptopach w gry lub kończą projekty. Traktują podróż jak naturalną sytuację. To właśnie akceptacja. Każdy czas jest nam dany po to, by go wykorzystać. Człowiek szczęśliwy nie czuje upływu czasu i nie ma świadomości straty. Można patrzeć bezczynnie w okno lub medytować spoglądając na mijane drzewa i budynki. Lenistwo też jest nam potrzebne, choćby po to by odpocząć lub zrównoważyć twórcze siły.

Świat gra z nami w grę pod tytułem: „Bez względu na okoliczności, nie trać wiary i dobrego humoru”. Oznacza to przede wszystkim, by świadomie nie tworzyć negatywnych poglądów. Kontrolowanie własnych myśli wymaga od nas pogodnego usposobienia i traktowania różnych doświadczeń z przymrużeniem oka. To też kwestia naszego świadomego wyboru, bo jak już wiemy, powtarzające się sposoby reagowania, wytwarzają w mózgu nowe ścieżki neuronowe. Oznacza to, że jeśli zdecydujemy, by brać życie lekko, to po pewnym czasie śmiech i podejście z dystansem do rozmaitych spraw staje się po prostu nawykiem.

Ostatnio w moim domu administracja przeprowadza remont. Dzisiaj pan zastawił czymś drzwi mojego mieszkania tak, że nie mogłam ich otworzyć i wyjść do sklepu, a sam poszedł sobie gdzieś. Nie poczułam się uwięziona, bo mam silne poczucie wolności w sobie. Uśmiechnęłam się do sytuacji i uznałam ją za zabawną, tym bardziej, że próbowałam się bezskutecznie przecisnąć przez wąską szparę w uchylonych drzwiach… i potem wyobraziłam sobie, jak to musiało wyglądać. Zamknęłam drzwi, zdjęłam buty i zajęłam czymś innym. Po godzinie spokojnie wyszłam z domu. Nie widzę w tym żadnego problemu. A jednocześnie wyobrażam sobie, że są ludzie, którzy narobiliby niezłego zamieszania w takiej sytuacji.

Wiertarki pracują równolegle z obu stron mojego mieszkania przez wiele godzin dziennie. Jestem w centrum maksymalnego hałasu, jak w oku cyklonu. To trudne, nie ukrywam. Jednak zupełnie się tym nie zajmuję. Robię swoje rzeczy, rezygnując na ten czas z muzyki, rozmów telefonicznych i konsultacji przez Skype’a. Za to rozbawia mnie, kiedy włączę blender. Mam stary typ urządzenia, które zazwyczaj hałasuje okrutnie. W akompaniamencie wiertarek, od których drży podłoga, w ogóle go nie słyszę. Cóż za eksperyment dźwiękowy!

Moja znajoma mieszka w domku z ogródkiem. Często uskarża się na szczękającego psa sąsiadów, czasem na jakieś remontowe odgłosy z pobliskich domów. Myślę, że powinna przez tydzień pomieszkać u mnie i poznać prawdziwe pojęcie hałasu. Zakładam, że wówczas pokochałaby swój dom, poszczekiwanie psa i różne odgłosy, które nazywa hałasowaniem. Być może nawet poczułaby się szczęśliwa? Nie mam na myśli żadnej złośliwości czy licytowania się, u kogo gorzej. Uważam, że często nie doceniamy tego, co mamy, czepiając się nieistotnych drobnych niedogodności. Zamiast czerpać z życia jego piękno i szczęście, cierpimy, bo dopatrujemy się nieszczęść w zupełnie błahych kawałkach rzeczywistości.

Sztuka akceptacji przynosi prawdziwe ukojenie. Pozwala na spokojne przyjmowanie różnych losowych wydarzeń. Uwalnia od niechcianych emocji. Jest pięknem samym w sobie, ponieważ tworzy w naszej duszy harmonię. Jest to naturalna odpowiedź w dyskusji z Wszechświatem. Rzeczywistość jest zawsze pełna harmonii, tylko nasza reakcja na nią bywa sterowana przez nasze rozbrykane ego. To my stawiamy opór temu, co się dzieje, złoszcząc się, denerwując i narzekając. Im więcej w nas negatywnych emocji, tym mniej harmonii. Dopiero, kiedy w pełni przyjmiemy to, co się wydarza, wchodzimy na tę sama falę, na której nadaje Najwyższe Źródło.

Akceptacja jest odmianą miłości. Aby jej doświadczyć, trzeba uświadomić sobie, że często rozdrażnienie, złość lub niepokój biorą się z roszczeniowego podejścia do życia. Czasy mamy przebogate. Mnóstwo doznań atakuje nas z każdej strony. Internet i video pozwalają nam zobaczyć inne światy, w których ludzie mają jeszcze więcej i doświadczają jeszcze wspanialszej rozkoszy. Chcemy tego wszystkiego. Pragniemy więcej i więcej, nie zastanawiając się nawet nad tym, co jest prawdziwym sensem życia. Dążymy do nowych przyjemności, zanim ochłoniemy po poprzednich, wpędzając sami siebie w niepokój, niecierpliwość, niezadowolenie, czasem nawet zazdrość o to, że ktoś ma coś…

Z akceptacją drugiego człowieka mamy najwięcej problemu. Zapominamy całkiem, że każdy człowiek nosi w sobie boską cząstkę. Nawet ci z nas, którzy powtarzają piękne słowo “namaste” (pozdrawiam Boga w Tobie), nie umieją pogodzić się z tym, że drugi człowiek postępuje niezgodnie z ich oczekiwaniami. I znowu najważniejsze słowo-klucz to “oczekiwanie”. Chcemy, by ludzie byli tacy i tacy, postępowali tak i tak… Bo już podzieliliśmy dualnie świata na dobro i zło, poukładaliśmy szufladki i teraz układamy w nich poznane osoby. Nie rozumiemy, że to, co z naszego punktu widzenia wydaje się być “złe” czy “nieetyczne” wcale takim być nie musi z punktu widzenia duchowego rozwoju.

Jakże często brakuje nam tolerancji, która nie jest niczym więcej, jak spokojnym akceptowaniem drugiej osoby, z cała gamą jej różnych zachowań. Daje to prawo ludziom do tego, by byli dokładnie tacy, jacy chcą. Nie lubimy dawać tego prawa. Oczekujemy. Pożądamy. Narzucamy. Chcemy, by inni postępowali tak, jak nam się podoba. Co jest tylko fikcją rzecz jasna, bo gdyby dany człowiek zrobił to, co – jak nam się wydaje – powinien zrobić, chcielibyśmy czegoś zupełnie innego. W naszych szufladkach i naszej krytyce sensem jest potrzeba oceny, dowartościowania siebie i zarządzania rzeczywistością. Warto na to zwrócić uwagę, bo osądzanie innych odbiera nam spokój. Często cierpimy z powodu czyjegoś zachowania. A w istocie cierpimy wyłącznie z powodu naszych negatywnych myśli o tej osobie…

Aby odnaleźć swój dobrostan, warto zacząć od akceptacji drugiego człowieka takim, jakim jest. Bez oceniania i krytykowania. Pierwsze, co wówczas zauważymy to fakt, że świat jest pełen dobrych ludzi. Dobrze jest żyć w takim świecie! Szczęście jest tam, gdzie my jesteśmy i dokładnie w tym, co już mamy, czym i kim jesteśmy. Jest nam ono dane od urodzenia i na zawsze. Aby go dotknąć, trzeba jednak całkiem wyłączyć niecierpliwe oczekiwanie na cokolwiek. Szczęście wyrasta bowiem z akceptacji TU i TERAZ. Bez rozpaczliwego pożądania rzeczy, pieniędzy, miłości, władzy czy doceniania przez innych. Akceptacja jest bezwarunkową miłością chwili obecnej i aktualnego stanu – jakikolwiek by on nie był. Jest totalna zgodą na wszystko, co jest.

Bogusława M. Andrzejewska

Łagodność

Jedna z moich ulubionych opowieści mówi o nieustraszonej sarnie, która dzięki łagodności przekonuje groźnego potwora broniącego dostępu do Wielkiego Ducha i bezpiecznie dostaje się przed tron Władcy Świata. Od lat wiem, że w tej baśni znajduje się wyjątkowo duże ziarno prawdy. To właśnie łagodność toruje nam drogę do prawdziwego sukcesu.

Ten przymiotnik jest tutaj niezbędny, bo każdy z nas definiuje sukces po swojemu. Dla ludzi, którzy wartość życia mierzą ilością posiadanych dóbr lub spektakularną sławą, najlepszym sposobem jest przebojowość, rozpychanie się łokciami, walka wszelkiego rodzaju. W wszechobecnym wyścigu szczurów liczy się rywalizacja i pokonanie przeciwników. Mnie to absolutnie nie cieszy. Ale też rozumiem, że takie zachowania mają podłoże w braku wiedzy o własnej wspaniałości. Człowiek, duchowo świadomy kocha siebie, a zatem nie chce i nie potrzebuje rywalizować, ponieważ wie, że wszyscy jesteśmy Jednością. Wie, że wszyscy jesteśmy doskonali, a różnice między nami są jedynie po to, by tworzyć wielobarwną mozaikę życia i dać podstawy do rozwoju poprzez doświadczanie różnorodności.

Rywalizacja jest próbą udowodnienia sobie i innym rzeczy oczywistej: własnej doskonałości. Po cóż udowadniać coś, co jest faktem? Po cóż dyskredytować innych? Kolejna piękna opowieść mówi o pewnym afrykańskim plemieniu, w którym dzieci nigdy ze sobą nie rywalizują. Wyścig polega u nich na tym, że biorą się za ręce i razem biegną do celu. Oto największa mądrość świata: wszyscy jesteśmy Jednym, wszyscy pragniemy tego samego. Moja wygrana, to czyjaś klęska. Jakże mogłabym zatem wygrać i nie mieć poczucia winy? Odkąd sięgam pamięcią, zawsze ustępowałam innym. Nie ze strachu, lecz z miłości. Jeśli komuś tak bardzo zależy na czymś – niech ma i będzie szczęśliwy. Ja mam wszystko w sobie i wiedząc o tym, umiem cieszyć się życiem bez żadnych zewnętrznych gratisów. Kiedy to zrozumiałam, pojęłam, że moja wrodzona łagodność jest wielkim duchowym darem i przejawem świadomości Kim w Istocie Jestem. Nie każdy ten dar posiada, a jeśli nie rozumie swojej boskiej natury, to ściga się i walczy z innymi jemu podobnymi.

Kiedyś uczono mnie asertywności, przebojowości i powtarzano, abym nauczyła się rozpychać łokciami. Ale to wbrew mojej naturze. Nie umiem szturchać innych, nie lubię zaczepiać i krytykować. W każdym szukam dobrych cech i wówczas czuję w sobie spokój i harmonię. Nie dlatego, że świat jest idealny – bo nie jest. Ale dlatego, że dostrzegając negatywy, traktuję je jako coś normalnego. Kiedy natomiast ogniskuję uwagę na dobrych cechach, odnajduję i podkreślam boskość w każdym człowieku. Także w sobie. Wszyscy nosimy w sercu doskonałość. Agresja, napastliwość, krytykanctwo to przejaw strachu przed odrzuceniem. Pięściami wybijają sobie drogę tylko ci ludzie, którzy nie widzą prawdy o samych sobie, którzy boją się braku akceptacji. Chcą strachem i siłą wymusić u innych szacunek. Jaki jest tego efekt – wiemy. Nikt nie lubi ludzi agresywnych, ale wielu się ich boi i potulnie udaje sympatię. To iluzja, która nikomu nie służy.

Prawdziwa, naturalna łagodność to zgoda na wszystko, co się wydarza. Nie szarpiemy się, nie miotamy i nie kłócimy. Po co? Wszystko jest dokładnie takie, jakie być powinno. Harmonia Wszechświata zapewnia nam szczęśliwe wydarzenia i mądre lekcje. Czerpiemy z oceanu mądrości tyle, ile potrzebujemy, by wzbogacić własną duszę. Wszystko tu na Ziemi jest dla nas i dla naszego rozwoju.

Jeśli wiemy i rozumiemy, że sami kreujemy swoje życie, wówczas bierzemy odpowiedzialność za wszystko, co się wydarza. Jakże mamy walczyć z kimś, kto nas oszukał, jeśli rozsądek i duchowa wiedza nakazują zadać sobie pytanie: czym przyciągnęłaś taką sytuację? Prawdziwa asertywność polega wówczas nie na tym, by walczyć i szarpać się z kimś nieuczciwym, ale by w sobie uzdrowić wzorce, które są za to odpowiedzialne. W gruncie rzeczy nie jest przecież ważne to, co się wydarzyło, ale to, jak na tę sprawę reagujemy. To my kreujemy siebie w każdej minucie istnienia poprzez nasze reakcje. Jeśli zrobimy awanturę oszustowi, naubliżamy mu, wówczas nie będziemy wcale od niego lepsi. Zejdziemy do tego samego duchowego poziomu, który zapowiada bardzo długą drogę rozwoju. Czy warto tworzyć taki karmiczny zapis?

Można też z sarnią łagodnością zrobić wykład o konsekwencjach nieuczciwości, odwołać się do sumienia oszusta. Można, ale najpierw trzeba ocenić, czy warto tracić czas i energię. Nie każdy da się nawrócić. Moje doświadczenie uczy, że najlepsze efekty przynosi pojęcie lekcji i odrobienie zadania domowego. Jeśli stracimy sto tysięcy, to po zrozumieniu i uzdrowieniu wzorca wykreujemy trzysta lub więcej. W każdej chwili istnienia stwarzamy swoje światy i dowolną rzeczywistość. Im więcej w nas łagodności i akceptacji, tym piękniejsze mamy efekty.

Łagodność nie oznacza poddawania się ani bierności. Nie bierze się z lenistwa, lecz ze zrozumienia. Jest w moim odczuciu jakością, której nie można się nauczyć. Jedni się z nią rodzą – jest darem wypracowanym w poprzednich wcieleniach. Inni zaczynają ją przejawiać w wyniku pracy nad sobą. Kiedy rozwijamy się duchowo, a nasza świadomość się pogłębia, pewne rzeczy staja się oczywiste. Między innymi poczucie własnej doskonałości. Poczucie harmonii. Poczucie dobrostanu w każdej życiowej sytuacji. Wówczas łagodność bywa naturalną reakcją na wszystkie zjawiska. Dostrzegam ją u mądrych lamów buddyjskich i tych najprostszych ludzi, żyjących w harmonii z naturą – ludzi, którzy często są analfabetami, ale z miłością przytulają do serca każde żyjątko i całują okruch chleba, który spadł im na podłogę. Wyciszeni, świetliści, nigdy nie podnoszą głosu i nie czują najmniejszej potrzeby, by z kimś lub czymś walczyć.

Prawdziwa łagodność nie jest naiwnością ani „frajerstwem”. Wyrasta z bezwarunkowej miłości do Wszystkiego Co Jest. Opiera się na mądrej akceptacji pojawiających się wydarzeń i rozumieniu sensu naszego życia. Jest wewnętrzną ciszą, wolną od niechcianych emocji, w której cierpliwie pracujemy nad wzorcami, aż ich więzy zsuną się z naszej duszy. Analogicznie: manifestowanie siły jest bezmyślnym szarpaniem się w łańcuchach, które z każdym ruchem mocniej wbijają się w ciało i zaciskają na szyi, pozbawiając oddechu. Dlatego wybieram łagodność.

Bogusława M. Andrzejewska