Cielesność

Tym razem o seksie, ale nie psychologicznie w kategoriach terapii związków, lecz z poziomu duchowego nauczyciela i może nieco socjologicznie. My ciągle nie umiemy o tym mówić, ciągle się wstydzimy. Zaskakuje mnie, że nawet niektórzy duchowi nauczyciele zakładają jakieś dziwne maski i gorączkowo zmieniają temat. Najczęściej spotykam się z postawą: “wszystko jest cacy, niech sobie ten seks będzie, oczywiście, że jest OK, byle bym nie musiała o nim słyszeć ani go widzieć i żeby nikt mi nic nie pokazywał i do mnie nie mówił o tym”. W istocie nie jest to kwestia numer jeden i mamy wiele ciekawszych zajęć, ale jeśli już wypływa na wierzch na mocnej energetycznej fali, warto się nad nim z uwagą pochylić.

Temat ten domaga się uzdrowienia właśnie teraz u schyłku 2017 roku. Widać to, ponieważ jest nagłaśniany w mediach. Nagle cały świat zaczyna się tym interesować, ale inaczej niż w czasie seksualnej rewolucji w latach 50-tych. Trochę wygląda to tak, jakby chciano na powrót ustawić wąsko granice przesunięte szeroko w połowie ubiegłego wieku. Co chwilę słyszmy o molestowaniu przez znane osoby i jakimś zachowaniu seksualnym, którego akceptować nie chcemy. Zaczynamy zastanawiać się, co naprawdę wolno, a czego nie… Do tego powszechna akcja “metoo” i wszędzie wokół nas mniejsze i większe wydarzenia.

Żeby jednak była jasność, nie chcę wypowiadać się na temat gwałtów, przemocy, molestowania nieletnich czy rozmaitych dewiacji. To nie podlega dyskusji. Chcę tu napisać kilka słów o naturalnym seksie pomiędzy dorosłymi ludźmi, ponieważ uważam, że to całkiem zdrowe i naturalne zjawisko także dostaje po głowie. Trochę przypomina mi to wylewanie dziecka razem z kąpielą. Niektórzy ludzie wchodzą w dziwny proces bronienia się przed zagrożeniem poprzez całkowitą eliminację tematu. To tak, jakby przestać używać noży czy ognia, aby się nie skaleczyć i nie poparzyć. I to na co chcę zwrócić uwagę, to docenienie ważności dobra seksu w naszym życiu. Piszę o tym także tutaj i tutaj.

Jest dla mnie oczywiste, że mamy różne libido, a więc i zainteresowanie seksem może być odmienne. Rozumiem osoby, które mają już wnuki i zajęły się jakąś życiową pasją, dającą im o wiele więcej radości niż intymne pożycie. To zresztą nie zależy wcale od wieku, ale od indywidualnych preferencji. Nie każdy z nas musi stawiać przyjemność cielesną na pierwszym czy drugim miejscu. Wszystko jest w porządku, dopóki traktujemy seksualność normalnie i pozwalamy, by była ważna dla innych. Natomiast widzę wyraźnie, że sporo osób jest nadal osadzonych w patriarchalnym średniowieczu, w którym samo słowo „seks” budzi dreszcz obrzydzenia. W XXI wieku jest to dla mnie przejawem sporego zacofania.

Dlaczego? Zamknij oczy i wyobraź sobie, że stoisz nago na trawie, blisko rzeki lub jeziora, skąpana/skąpany w ciepłych promieniach słońca. Poczuj pod nogami miękkość ziemi i łagodność trawy. Poczuj na skórze dotyk słońca i powiew lekkiego wiatru. Poczuj, że jesteś. Kim jesteś? Częścią natury. Jesteś jednością z wiatrem, ciepłem słońca, wilgocią wody i ziemią pod stopami. Twoja seksualność jest częścią natury. Tak samo jak głód, pragnienie i wszystkie twoje zmysły.

Pogląd, że seks jest zły czy brudny ciągnie się za nami jak echo od czasów, kiedy przywódcy religijni próbowali narzucać nam wstrzemięźliwość cielesną. Co robili sami pod płaszczykiem rzekomego celibatu, mówić tutaj nie będę. Istotne jest to, że zbliżenie fizyczne nie jest niczym paskudnym, a wręcz przeciwnie: jest przede wszystkim uhonorowaniem miłości, między dwojgiem ludzi. Także w wolnych związkach jest przypieczętowaniem bliskości. Istnieją duchowe szkoły tantry, w której energia seksualna jest kierowana tak, by prowadziła do oświecenia. Jest to piękna i dobra energia. Dlatego też nawet jeśli ktoś sam ma inne priorytety i nie interesuje się cielesnością, powinien pozwolić  innym ludziom na to, by cieszyli się seksem, rozumiejąc, że to jest coś pięknego. A nie obrzydliwego.

A takie informacje do mnie docierają. O dorosłych kobietach, matkach, może babciach, które ze średniowieczną pruderią, mówią „a fe!”. Nasuwa się od razu i bez najmniejszej złośliwości myśl, że być może mają za sobą trudne doświadczenia albo wypełnia je gorycz niespełnienia. A może nieuświadomiona zazdrość, że im nie było dane? Że mąż nigdy nie umiał sprawić, by wiły się z rozkoszy, po której kobieta cały dzień uśmiecha się z rozmarzeniem sama do siebie? Tylko osoba traumatyczna i zakompleksiona może z obrzydzeniem mówić o tym, że ktoś za ścianą uprawiał seks – przecież to zwyczajna rzecz, robią to niemal wszyscy. I nie ma w uprawianiu seksu braku szacunku dla nikogo. Co ma seks wspólnego z szacunkiem?! Może w nim być miłość, tęsknota za bliskością lub zwyczajne fizyczne pożądanie. Może być też zdradą, ale to nadal nie ma nic wspólnego z szacunkiem do kogoś, kto przypadkiem takie odgłosy usłyszał, bo najpewniej winowajcy pojęcia nie mieli, że ktoś ich słyszy.

Można też wcale o tym nie mówić i udawać, że niczego się nie słyszało, by nie budzić skrępowania u innych. Ja tak właśnie robię. Pisałam już o tym – kiedy jeździłam na szkolenia, jako drugi wykładowca towarzyszył mi bardzo jurny kolega. Na każdym wyjeździe zapraszał kogoś do swojego łóżka, a w hotelu dzieliły nas cienkie ściany. Nauczyłam się wozić ze sobą stopery do uszu. Nigdy nie komentowałam jego przygód ani nie zwracałam mu uwagi. Był dorosły. Seks uprawiał z dorosłymi i nie słyszałam nigdy z jego pokoju krzyków wzywania na pomoc. Nie ukrywam, że czasem uśmiechałam się pod nosem, bo ludzie obok po prostu dobrze się bawili.

Człowiek pozytywnie myślący nie potępia nikogo za uprawianie seksu. Szczególnie jeśli sam jest w tej materii spełniony, a ja po szkoleniach wracałam do męża, który do dzisiaj jest dla mnie wspaniałym kochankiem. Kiedy mój kolega rytmicznie tłukł swoim łóżkiem o ścianę mojego pokoju, nie czułam ani złości, ani zazdrości, ani pogardy. Seks to seks i tyle. Wkładałam do uszu stopery, aby nie uczestniczyć w pornograficznej audycji i szłam spać. Myślę, że tak właśnie wygląda zarówno tolerancja, jak i prawdziwa akceptacja zjawiska seksualności.

Powtórzę raz jeszcze, że mówię tu o zgodnym współżyciu między dwiema dorosłymi osobami, a nie o gwałtach czy dewiacjach. Zdaję sobie też sprawę, że w tym obszarze, jak w każdym innym, dochodzi do rozmaitych nadużyć. Jednym z nich może być oczywiściezdrada małżeńska, ale takie zjawisko nie umniejsza wartości seksu samego w sobie. Pokazuje jedynie, że w relacjach mierzymy się z różnymi doświadczeniami.

Ciekawą rzeczą w tym temacie jest fala „metoo”, która przetoczyła się przez portale społecznościowe. Z założenia miała pokazać, że są ludzie, którzy przekraczają granice nietykalności seksualnej. Jasne, tylko ta granica nagle zaczęła się przesuwać. Czymś zupełnie innym jest dla mnie gwałt, a czymś innym to, że ktoś za mną na ulicy zagwiżdże. I chociaż bycie obiektem do gwizdania czy wołania „te lala!” niczym przyjemnym nie jest, to nie jest też zbrodnią. Ja po prostu nie zwracam na to uwagi i nie zasilam tego zjawiska niepotrzebnym robieniem dramatu z drobiazgów.

Nie utożsamiam się z tym ruchem, nie czuję go i nie popieram. Głównie dlatego, że swoją myślą tworzę swoją rzeczywistość. W moim świecie mężczyźni szanują kobiety i nie naruszają ich granic. W to wierzę i tego właśnie doświadczam. Myślę ponadto, że akcentowanie negatywnych doświadczeń może powodować ponowne przyciąganie takiego zdarzenia. Wielu duchowych nauczycieli pisze o tym w swoich publikacjach. Warto nie tylko zamieszczać wyszukane cytaty, ale także stosować w praktyce to, co się w mądrej książce wyczytało. Ruch „metoo” jest podświadomym wołaniem: „jestem ofiarą, chodź zboczeńcu i mnie puknij. Bo to mój ważny wzorzec, z którym nie chcę się rozstać.” Przepraszam za dosadność, ale to takie oczywiste, że muszę aż tupnąć nogą! Bo ile razy można tłumaczyć, na czym polega Prawo Przyciągania? Zawsze się znajdzie jakaś ofiara, która chce za wszelką cenę skupić na sobie uwagę i litość, bo się tym karmi. A inni idą za nią jak owce…

W tym klimacie pojawił się w sieci materiał młodej, ładnej kobiety, zawierający zdjęcia wszystkich obleśnych typków, którzy ją zaczepiali na ulicy. Żadna z nas tego sobie nie życzy, ale nie pomogą nam zdjęcia, jeśli nie stworzymy w sobie odpowiedniej energetyki. Jeśli mamy wysokie poczucie wartości i prawdziwy szacunek do siebie, to tacy ludzie nas po prostu nie zauważają. Wiem, sprawdziłam. Dzisiaj już jestem starszą panią, ale był czas, że za mną też leciały gwizdy i pokrzykiwania. Aby zmienił się otaczający nas świat, zmieniamy siebie i swoje wzorce.

Na koniec sparafrazowana przypowieść. Do mędrca buddyjskiego, który siedział w sali razem ze swoimi uczniami, wtargnął nieoczekiwanie jakiś człowiek i zaczął głośno proponować mu seks. Pogwizdywał, wysuwał język i wykonywał palcami jednoznaczne gesty. Rzucał w stronę mędrca obleśne propozycje, nazywał go tak, jak nazywają się intymne części ciała i nachalnie domagał się zbliżenia. Mędrzec spokojnie milczał. Kiedy znudzony prowokator machnął ręka i opuścił pomieszczenie, uczniowie jeden przez drugiego pytali nauczyciela:

– Mistrzu, dlaczego na to pozwoliłeś? Dlaczego go nie ukarałeś i nie przepędziłeś? Dlaczego go nie przekląłeś, tylko pozwoliłeś mu robić takie rzeczy?

– Jeśli ktoś przychodzi z prezentem, a ty go nie przyjmujesz, to do kogo należy prezent? – zapytał nauczyciel.

– Do darczyńcy – odpowiedzieli uczniowie.

– To samo dotyczy obelg, obrzydliwości i obleśnych propozycji – odpowiedział Mistrz. – Jeśli ich nie przyjąłem, są własnością tego, który z nimi przyszedł. Niech je sobie trzyma.

Nic nie może nas obrazić, jeśli nie dajemy na to przyzwolenia. Osoba, która rozwija się duchowo, wychodzi poza urażone ego i umie dostrzec w zaczepiającym ułomnego człowieka, który w niewybredny sposób wyraża swoje potrzeby. Jest jednak świadoma, że wszyscy jesteśmy jednym – zaczepiany i zaczepiający, molestowany i molestujący. Za każdym razem dotykamy lekcji wybranej dla nas przez duszę.

W ten oto sposób można spojrzeć na temat seksualnych zaczepek z poziomu duchowego. Jednak powtórzę, że jeśli nam się to przydarza, warto jak najszybciej podnieść poczucie wartości i mocno osadzić w sobie szacunek do siebie. To najbardziej skuteczna metoda, aby nie doświadczać więcej takiego zjawiska.

Bogusława M. Andrzejewska

Advertisements

Kobiecość

Kobiecość nie jest ani lepsza ani ważniejsza od męskości. Jest po prostu inna. Jest jednak jakością, którą czuję doskonale, dlatego zdecydowałam się o niej napisać. Od zawsze mam wrażenie, że kobiety we mnie nie 100%, lecz wręcz 200% to oczywiście tylko żart, który dokładnie pokazuje, że ta cecha jest mi bardzo bliska. Utożsamiam się też z nią i lubię ją w sobie, co wcale nie jest standardem, bo wiele kobiet narzeka na swoją płeć, a niektóre uważają nawet, że łatwiej być mężczyzną.

Jako dziewczynka kojarzyłam kobiecość z delikatnością i słabością, być może dlatego, że w mojej rodzinie mężczyźni chronili kobiety i opiekowali się nimi. Noszę zatem w sobie taki wzorzec, który z mężczyzny czyni rycerza w lśniącej zbroi, a z kobiety subtelną “lady”. W ślad za zaprzyjaźnionym panem z taksówki powtarzam też czasem, że “prawdziwa dama powinna być wożona”. Dlatego bez żalu pozwalam prowadzić samochód mężowi. Czuję się wtedy pod jego opieką, bo jest zdecydowanie lepszym kierowcą ode mnie. Nie rwę się zatem do kierownicy i pozwalam sobie poczuć się prawdziwą damą. Pozwalam też celebrować w sobie wdzięk, czar i delikatność. Ale bez przerysowania. Będąc dzieckiem, wspinałam się z upodobaniem na drzewa, bawiłam w Indian lub w wojsko. Zawsze też podziwiałam sprawne fizycznie, zgrabne kobiety.

Jednak przyznaję, że nie popieram sytuacji, w której to kobieta dźwiga ciężary typu meble czy pralki. Od tego są moim zdaniem mężczyźni, ponieważ ich fizyczna konstrukcja bardziej temu sprzyja. I jest we mnie coś, co odrzuca bycie tzw. “chłopobabą”, która popisuje się siłą fizyczną lub co gorsza – uprawia kulturystykę. Żeby nie było wątpliwości: przedstawiam tu swoje wybory i tylko własne upodobania, nie oceniam innych i absolutnie nie traktuję nikogo z niechęcią czy pogardą. Każdy ma prawo być sobą w postaci, która mu odpowiada. Wśród znajomych mam sporo ludzi myślących inaczej ode mnie i bardzo ich lubię. Podkreślam jednak wyraźnie, że dla mnie prawdziwa kobieta jest zawsze elegancka i delikatna, pozostawiająca mężczyźnie prawo do wyręczania jej w sprawach wymagających siły fizycznej. Jest to zresztą zupełnie naturalny atawizm, ponieważ już w czasach jaskiniowych mężczyzna był tym, który bronił swojej rodziny przed wrogami i drapieżnikami.

Co ciekawe, doceniają to sami mężczyźni, którzy tak właśnie chcą być postrzegani  przez kobiety. Nie na darmo biegają na siłownię i prężą dumnie przed nami muskuły. Męska siła jest przez kobietę postrzegana jako swoisty afrodyzjak pragniemy i pożądamy takich partnerów, ponieważ i w nas drzemie pewien atawizm: szukamy dawcy zdrowego nasienia, który pozwoli nam urodzić silne dzieci. Bardzo to biologiczne, ale niestety działa w nas dosyć mocno. Dlatego wtedy, kiedy widzę kobietę dźwigającą na przykład pralkę, to jest ona dla mnie totalnie pozbawiona kobiecości. Staje się bliżej nieokreślonym androgynem…

A mężczyzna w tej roli wywołuje we mnie intrygujący dreszczyk… Cóż, lubię silnych panów, przyznaję. Uważam też, że kobiecość jest tym mocniejsza w nas, im lepiej wyczuwamy płeć przeciwną. Właśnie na zasadzie przeciwieństwa. Świadomość samej siebie i swojej unikalności pozwala na tworzenie jak najlepszych relacji partnerskich to oczywiste. Dlatego ze stuprocentowym mocnym mężczyzną dogada się tylko prawdziwa kobieta. Chociaż rzecz jasna wszystko tutaj jest umowne.

Natomiast moc psychiczna to coś zupełnie innego. Mój przyjaciel, znakomity psycholog powiedział kiedyś, że mój mąż najbardziej ceni we mnie siłę, a ja w nim dobroć. Bardzo mnie zaintrygowała ta analiza, ponieważ wydawało mi się, że to ja jestem ta dobra (ciepła, serdeczna, opiekuńcza), a mąż to ten silny (męski, odważny, wytrwały). Nie ujmując nam żadnych cech, przyjrzałam się uczciwie nam obojgu i musiałam przyznać koledze rację. Rzeczywiście, jestem bardzo silna i nawet silniejsza psychicznie od mojego partnera. Myślę też, że dotyczy to większości kobiet. To one są w swoich związkach tymi silniejszymi psychicznie.

Tak mocarni fizycznie mężczyźni często nie umieją sobie radzić z emocjami. To znowu ogólnik, ale często spotykany. Panowie są wrażliwi, ale w przeciwieństwie do nas kobiet, nie bardzo wiedzą, jak to, co czują wyrażać. Najczęściej są emocjonalnie zamknięci. Nie chcą rozmawiać o tym, co się w ich wnętrzu dzieje, zamykają się w swoich “jaskiniach”. Często zresztą uważają, że bycie wrażliwym pozbawia ich męskości. Chociaż nie wszyscy, bo mamy przecież poetów płci męskiej, a to najbardziej “wrażliwy” zawód. W tym wszystkim najważniejsza jest zresztą nie sama wrażliwość, ale właśnie to, jak zarządzamy emocjami. I tutaj kobiety radzą sobie o wiele lepiej, dlatego właśnie kobiecość charakteryzuje głównie inteligencja emocjonalna. Na niej opiera się siła psychiczna.

Oczywiście kobiety bywają różne – bywają i zagubione w emocjach. Dlatego też warto podkreślić, że wysoka kobieca EQ charakteryzuje się otwartością i opanowaniem. Taka kobieta nikim nie manipuluje, nie poniża, nie próbuje wywierać presji łzami. Dobrze radzi sobie ze stresem, rozwiązuje spokojnie problemy, a często umie też rozładować gniew partnera. Potrafi realnie oceniać sytuację, nie bywa roszczeniowa i dostrzega słabości innych, nie oczekując więcej, niż mogą dać. Jest zmysłowa i świadoma swoich erotycznych potrzeb. Umie je wyartykułować i dba o jakość swojego życia intymnego.

To, co podoba mi się w kobietach najbardziej, to wielka otwartość na rozwój i pracę nad sobą. Mnóstwo kobiet zgłasza się na szkolenia i warsztaty, prosi o konsultacje, bo chce poprawić jakość swojego życia. Przyznaję, że wśród moich klientów są także panowie zazwyczaj bardzo inteligentni i ciekawi świata. Niemniej jednak kobiet jest zdecydowanie więcej. A takie zainteresowanie oznacza też większą życiową mądrość. Kobiecość jest bardzo kreatywna, chce ulepszać także siebie, właśnie dlatego dba o własny rozwój. Panowie czasem wolą wyśmiać horoskop karmiczny, niż poznać swoje życiowe lekcje. (Nie wszyscy, a więc to też tylko ogólnik). Tymczasem panie z ciekawością słuchają o swoim programie, aby sprawnie wszystko odrobić, co jest do odrobienia. Panowie nie wierzą w pozytywne myślenie, a panie próbują i testują na sobie inny rodzaj tworzenia poglądów. Panowie kpią sobie z Kart Aniołów, a panie chętnie korzystają z ich dobroczynnego wsparcia. No cóż… nie wymaga to chyba komentarza.

Jestem dumna z tego, że jestem mądrą kobietą, która z radością sięga po te wspaniałe narzędzia. Nie dziwię się przesłaniom, które zapowiadają, że w Nowej Erze dominować będzie energia kobieca, ponieważ to ona wybiera mądrość oraz dąży do miłości i zgody. W przeciwieństwie do panów, dla których kluczowa bywa rywalizacja i potrzeba udowodnienia swojej przewagi. Współpraca zakłada, że nikt nie jest lepszy czy gorszy i w Nowej Erze położymy nacisk na fakt, że wszyscy jesteśmy Jednością. Dlatego kobieca energia jest bardziej adekwatna do nowych zasad. Co nie oznacza powtórzę jeszcze raz że kobiecość jest lepsza. Żadna z płci nie jest gorsza od drugiej, są po prostu różne.

Zawsze bardziej lubiłam mężczyzn to oczywiste: jestem przecież kobietą. Z panami zawsze dogadywałam się bez problemu. Głównie dlatego, że mam duże poczucie humoru i kocham się śmiać z całego serca, a to cecha bardzo męska. Uwielbiam mężczyzn, ponieważ są bardziej radośni niż kobiety. To właśnie oni uczą nas dystansu do świata i lekkości, nie przejmowania się drobiazgami. Standardowo kobieta lubi się zamartwiać wszystkim dookoła, a męski humor traktuje jako nieodpowiedzialność. Ja ten humor bardzo lubię i wiem doskonale, że szczypta radości jest lepsza i zdrowsza od przejmowania się różnymi sprawami. Jak zawsze, najlepszy jest moim zdaniem złoty środek. Warto od panów uczyć się radości i dzięki niej tworzyć jeszcze piękniejszą rzeczywistość.

Kobiecość, która jest mi najbliższa, to piękno i elegancja. Nie wyjdę nawet do sklepu bez lekkiego makijażu i staram się zawsze być zadbana. Ubieram się i perfumuję dla siebie, bo jestem tego warta. Dekoruję swój dom, stawiam na stole kwiaty, zapalam pachnące świeczki, a na spacerze zachwycam się każdym ładnym widokiem. Otaczam się cudownymi zapachami, kolorami i obrazami. Lubię przejawiać zachwyt i przyciągać tym piękno do swojego życia. Myślę zresztą, że to bardzo ważna misja każdej z nas – odkrywać i tworzyć piękno, udostępniać je światu i i właśnie tego uczyć mężczyzn. Panowie lgną do tych kobiet, które dbają o harmonię. Oni chcą piękna koło siebie. I nie tylko w postaci ładnej buzi, bardziej nawet w postaci zadbanego domu, uroczych drobiazgów i eleganckiego wyglądu. Bo piękno jest pozytywne, podnosi energię i czuje to każdy.

Kobieca misja nie ogranicza się jednak wcale do “wabienia” mężczyzn. To nasza rola na Ziemi – szerzyć piękno, ponieważ ono prowadzi do zachwytu i do Światła. My kobiety czujemy i rozumiemy piękno, dlatego możemy je wprowadzać do każdego aspektu życia i w każdym aspekcie je przejawiać. Także w słowach. Słowa jako nośniki energii tworzą rzeczywistość, w której istniejemy. Nigdy nie służy nam wulgarność i prostactwo. Naszą kobiecą rolą jest zadbać o to, by łagodzić i równoważyć ciężkie męskie energie, które faceci wysypują z siebie przy piwie, napełniając tym otaczającą nas przestrzeń. Im bardziej mężczyzna klnie, tym częściej kobieta może śpiewać o miłości.

Nie bez powodu nazywa się nas kapłankami domowego ogniska, ponieważ to my wypełniamy dom energiami miłości i piękna. Dzięki temu dzieje się dobro. Nie tylko dlatego, że do takiego domu mężczyzna chce wracać i nie tylko dlatego, że to od nas panowie uczą się kochania i okazywania miłości. To w domu rosną nasze dzieci i nasiąkają tym, co je otacza. Im więcej piękna i miłości wokół nich, tym wspanialsze istoty z nich wyrastają. Tym lepiej w dorosłym życiu poruszają się w subtelnych energiach. Tym piękniejszy świat stwarzają.

Bogusława M. Andrzejewska

Liczby kobiecości

Archetypowa kobieta to istota emocjonalna, delikatna i wrażliwa. Cechuje ją takt, czułość, uczuciowość, a bardzo często także opiekuńczość i potrzeba zatroszczenia się o słabszych czy mniejszych. Charakterystyczne jest dla niej otwieranie się na potrzeby innych, symbolizuje zatem także wsparcie, przyjaźń, współpracę i budowanie relacji. Dla płci pięknej ważne są uczucia. Zazwyczaj stawia je na pierwszym miejscu i przede wszystkim szuka swojej drugiej połówki, by założyć rodzinę. Jej negatywne cechy to często bierność, chwiejność, wycofanie, zależność, lenistwo, tchórzostwo, ale i nadopiekuńczość wobec innych.

W numerologii tym jakościom odpowiadają liczby dwa i sześć. Dwójka, nawet w wersji dużo silniejszej Jedenastki, nasycona jest emocjami, które niejednokrotnie przesądzają o wielu podejmowanych przez nią decyzjach. Liczba mistrzowska ma co prawda ogromną siłę wewnętrzną i w charakterystyczny sposób promieniuje na innych, ale jest też bardziej wrażliwa i pełna ekspresji. Rozwinięta intuicja pozwala jej dostrzegać niedostrzegalne i radzić sobie z prekognicją, ale również sprzyja ciągłemu zamartwianiu się o wszystko. Czasami Jedenastka perfekcyjnie rozwiązuje różne skomplikowane problemy i potrafi skutecznie pomagać innym, jednak może przy tym zupełnie zagubić się we własnych emocjach.

Osoby, które mają w portrecie Dwójki w ważnych punktach lub dysponują sporą ich ilością w potencjale, będą bardziej podatne na stres. Mogą być nadwrażliwe, delikatne i niezdecydowane. Z drugiej jednak strony są taktowne, czułe i opiekuńcze. Brak Dwójek natomiast może powodować agresję, nietolerancję, obojętność, chłód emocjonalny i oziębłość. Takie osoby są odbierane przez nas jako gburowate i niesympatyczne. Dlatego i mężczyźni powinni posiadać w portrecie tę wibrację. Dzięki niej są łagodniejsi, bardziej czuli i wielkoduszni.

Szóstka symbolizuje miłość, harmonię, odpowiedzialność. Jest zbliżona do archetypu kobiety-matki, która chce troszczyć się o każdego. Niemniej jest też kwintesencją miłości damsko-męskiej w jej najgłębszych przejawach. Niedobór tej wibracji w potencjale może zaowocować trudnością w ułożeniu sobie życia osobistego. Działa to w ten sposób, jakbyśmy podświadomie blokowali uczucia i  przyciąganie odpowiedniego partnera poprzez brak odpowiedniego wzorca. U mężczyzn brak Szóstki powoduje często nieodpowiedzialność, uciekanie od rodziny i domowych obowiązków.

Szóstka to także piękno i talenty. W połączeniu z Trójką i Dziewiątką tworzy triadę zdolności artystycznych. Będzie sprzyjać twórcom, muzykom, pisarzom, poetom, malarzom, grafikom. Nasyca nasze działania harmonią, estetyką, urokiem, fantazją i kolorytem. Symbolika tej wibracji wydawać by się mogła szczególnie cudowna.

Jednak nadmiar Szóstek ujawnia ich wyjątkowo niemiłe oblicze. Po pierwsze apodyktyczność, która przejawiać się może chorobliwą potrzebą kontrolowania cudzego życia poprzez wszelkiego rodzaju manipulacje i emocjonalny szantaż. Po drugie może prowokować notoryczne zamartwianie się własnymi i cudzymi sprawami, gwarantując wykreowanie świadomości ubóstwa, a w następstwie rozwój różnych chorób o psychosomatycznym podłożu. Po trzecie – wsparte Siódemkami – sprzyjają  depresjom i załamaniom nerwowym. Zatem pomimo ich ślicznej symboliki, lepiej nie mieć ich za dużo w swoim portrecie. Być może jest  to kolejne potwierdzenie znanej prawdy, że każdy nadmiar bywa szkodliwy.

Zbyt duża ilość Dwójek i Szóstek to spora dawka kobiecych cech archetypowych, które zamiast łagodności, taktu, czułości mogą obdarzyć nas nadwrażliwością i emocjonalnymi problemami. Jednym z negatywów jest także zależność od innych, brak samodzielności i niedowartościowanie. Stad blisko do uzależnień, które również pokazują te właśnie wibracje. Dwójka nasila skłonność do nałogów poprzez nadmierną emocjonalność, bezradność i chwiejność, Szóstka poprzez tendencję do przywiązywania się. Pamiętajmy, że można uzależnić się nie tylko od alkoholu, ale też od innej osoby.

Jednym z oczywistych kluczy do szczęścia jest równowaga. Widać to także w numerologii. Odpowiednia ilość danej wibracji obdarza nas pięknymi cechami, które są do niej przypisane. Niedobory pozbawiają nas narzędzi potrzebnych do życia. Nadmiary przekrzywiają wibracje, eksponując ich negatywy. Oczywiście możemy zarówno uzupełniać braki, jak i równoważyć nadwyżki innymi wibracjami.

Kobiece Dwójki i Szóstki harmonizuje głównie męska Jedynka. Obdarza siłą, pewnością siebie, odwagą, dynamiką, entuzjazmem, zdecydowaniem. Nie mam wątpliwości, że każda pani powinna posiadać wystarczającą liczbę Jedynek w portrecie, aby rozwijać poczucie wartości, samodzielność i niezależność. Nadmierną emocjonalność stabilizować może ziemska i konkretna wibracja Cztery. Natomiast najlepszym antidotum na depresje, smutki i lęki są dynamiczne wibracje nieparzyste, czyli – oprócz energicznej Jedynki – radosna Trójka, zmysłowa Piątka i niezależna Dziewiątka.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Udawanie rozkoszy

Zachowanie to bardzo dziwne i niekorzystne dla nikogo. Właściwie jest to rzecz tak oczywista, że trudno pojąć, dlaczego kobiety nadal to robią. A jednak robią. Współczesne badania dowodzą, że w sytuacji intymnej niektóre panie wolą udawać orgazm, niż być naprawdę sobą. Pozornie nie sprzyja to niczemu, a najmniej związkowi, dlaczego zatem takie sytuacje mają w ogóle miejsce?

Jedną z często spotykanych przyczyn jest prozaiczna potrzeba przyspieszenia całej akcji. Kobiety wiedzą, że ich partner reaguje silnym podnieceniem, kiedy one umiejętnie udają szczytowanie, więc tym sposobem chcą skłonić mężczyznę do jak najszybszego zakończenia całej zabawy. W tym miejscu warto zadać sobie pytanie: po co nam akt seksualny, jeśli czujemy się do niego zmuszane i zależy nam głównie na tym, by trwał jak najkrócej?

Jedną z podstawowych zasad szczęśliwego związku jest prawo do odmowy, jeśli nie mamy ochoty się kochać. Godzenie się na współżycie w chwili, kiedy zupełnie nam to nie odpowiada, jest nadużyciem wobec siebie. Jeśli podejmujemy taką decyzję „dla świętego spokoju”, to od razu trafiamy w ślepą uliczkę. Seks jest radosną zabawą we dwoje – jak mawiał nasz największy autorytet od spraw intymnych dr Michalina Wisłocka. Jeśli chcemy się poświęcić, zagryzając zęby i odliczając: „kiedyż on wreszcie skończy”, to krzywdzimy same siebie. Chciałoby się wręcz powiedzieć, że same dopuszczamy się gwałtu na sobie. Ale oszukujemy również partnera, któremu wraz ze zgodą na seks należy się nasze pogodne uczestnictwo w tym akcie, a nie jedynie niechętne: „bierz i spadaj”.

A przecież nie mamy obowiązku mieć zawsze ochoty. Ponadto odmowa seksu nie jest równoznaczna z odrzuceniem. Zbliżenie można zastąpić inną formą czułości i bliskości. Pospieszny niechętny akt, okraszony udawanymi oznakami przyjemności może na dłuższą metę okazać się najgorszym wyborem, a nawet zniszczyć związek.

Do udawania orgazmu dochodzi również wtedy, kiedy za wszelką cenę chcemy zadowolić partnera. Celują w tym kobiety, które mają problem ze swoją seksualnością. Zamiast cierpliwie uczyć swoje ciało odczuwania przyjemności, odkładają to na bok, jako rzecz mało ważną. Podświadomie odmawiają sobie prawa do rozkoszy i traktują siebie jako ofiarę składaną na ołtarzu miłości. Odgrywanie namiętnych przeżyć ma służyć dowartościowaniu mężczyzny, ponieważ to jego satysfakcja i poczucie bycia sprawnym kochankiem jest priorytetem. Taka partnerka zapomina całkiem o sobie i swoich potrzebach, starając się wyłącznie o jego dobro. Bywa, że myśli o sobie na zasadzie: „moja przyjemność wymaga od niego zbyt wiele czasu i wysiłku, to lepiej zajmiemy się tym  innym razem, niech tylko on ma teraz rozkosz”.

Takie oszustwo zazwyczaj obraca się przeciwko kobiecie, ponieważ jej partner uczy się egoizmu. Często nawet bez złej woli, a jedynie bazując na ślepym zaufaniu. Skoro on wierzy, że ona szczytuje, to uczy się takich właśnie określonych zachowań, aby ją zadowolić. I wcale nie wie, że jej nie sprawia przyjemności. Przecież włożyła wiele starań, by go w tym błędnym przekonaniu utrzymać. Niezwykle trudno będzie powiedzieć mu wreszcie prawdę i nakłonić do tego, aby zupełnie nowymi, cierpliwymi pieszczotami uczył swoją partnerkę rozkoszy. Czasem ujawnienie prawdy typu: „wszystkie moje orgazmy były udawane”, może być ciosem, który rozbije związek. Bo jak zaufać kobiecie, która w tak ważnej intymnej sferze okazała się okropną oszustką? Zapewne oszukuje też w innych obszarach życia.

Jest jeszcze jeden typ kobiet, które udają przyjemność. Taki z zaniżoną samooceną w sferze kobiecości. Najczęściej są to osoby, czujące się gorszymi i brzydszymi od innych, bądź takie, które rozpaczliwie rywalizują z innymi partnerkami swojego mężczyzny. Dobrym przykładem będzie tu kochanka żonatego pana, który nie tylko nie przejawia chęci odejścia od żony, ale wręcz wysyła sygnały, że chce zakończyć romans. Symulowanie rozkoszy jest w takiej sytuacji aktorskim popisem, mającym na celu zaimponowanie partnerowi i przekonanie go do siebie.

Z jednej strony – jak pisałam wyżej – kobieta taka wie, że jej (udawane) szczytowanie dowartościuje mężczyznę i sprawi, że poczuje się przy niej spełniony. W ten sposób zapunktuje u niego. Z drugiej strony – priorytetem jest tutaj zaspokojenie potrzeb własnego ego. Misternie dopracowana scena, pełna namiętnych jęków i wymyślnych pozycji ma za zadanie sprawić, by to właśnie ona poczuła się choć trochę wartościowa. Tą drogą chce bodaj przez chwilę dotknąć tego, co jest istotą kobiecości. Nietrudno się domyślić, że takie samooszukiwanie jest najgorszym wyborem. Po wszystkim można sobie powiedzieć: „jestem świetną aktorką”, ale nie można niestety poczuć się kobietą. Śmiem twierdzić, że po takim aktorskim popisie, kobieta może poczuć się jeszcze gorzej niż przed: „nie dość, że jestem oziębła, to jeszcze oszukuję”.

Dużym paradoksem w tej całej mistyfikacji jest fakt, że mężczyzna doskonale wie, kiedy się go oszukuje. Szczególnie ten troszkę doświadczony, który próbował już seksu z innymi kobietami i umie rozpoznać oznaki rozkoszy u swojej partnerki. Są one zresztą w każdym podręczniku na ten temat. Pewnych rzeczy niestety nie podrobimy, a same “jęki” niczego nie załatwią. Z tego punktu widzenia całe to udawanie wydaje się być całkiem anachroniczną głupotą.

Jedyną drogą jest akceptacja własnej seksualności, własnego ciała i cierpliwe szukanie swojej unikalnej drogi do rozkoszy. Warto poświęcić temu czas i uwagę. Moim zdaniem dobrze jest szukać tej drogi także wspólnie z partnerem. Tym bardziej, że dla kochającego mężczyzny każdy sukces w tej sferze będzie znaczył o niebo więcej, niż wszystkie udawane orgazmy razem wzięte. A nie zapominajmy, że seks to przede wszystkim bliskość i radość z wzajemnych pieszczot, a nie obowiązkowe zaliczenie orgazmu. Można czerpać szczęście z aktu, w którym nie dochodzi do szczytowania.

Podsumowując, pamiętajmy, że symulowanie rozkoszy niczemu nie służy. Odbieramy sobie w ten sposób prawo do czerpania przyjemności z seksualnego zbliżenia. Trudno będzie potem nakłonić partnera, by od nowa uczył się naszego ciała i szukał sposobów na obudzenie w nas prawdziwej namiętności. Ponadto oszukiwanie w sferze intymnej jest takim samym kłamstwem, jak to dotyczące pieniędzy, zdrowia, pracy czy dzieci. Nie ma tu naprawdę żadnego wytłumaczenia, bo jeśli kogoś kochamy, to go nie oszukujemy. Chociaż prawda jest taka, że ktoś, kto oszukuje w jednym temacie, zapewne będzie także kłamał w innym. A zatem osoba szczera i uczciwa nie udaje nawet w łóżku.

Bogusława M. Andrzejewska

Piękno po czterdziestce

Kiedy mija ta magiczna granica, stajemy przed lustrem, liczymy zmarszczki i zastanawiamy się, na ile jeszcze możemy sobie pozwolić. Nieuchronny upływ czasu zgina do ziemi, jakby chciał powiedzieć, że wszystko co ważne, mamy już za sobą. Gdzieś w głębi duszy surowy krytyk szepcze do ucha, że czas przebrać się w ciemne dostojne kolory i spoważnieć. Może zrezygnować z ulubionych cieni do powiek, bo postarzają, akcentując drobniutkie kurze łapki wokół oczu? Może zdecydować się na lifting?

Czasy się zmieniają i dzisiaj czterdziestolatka nadal może być piękną, elegancką i atrakcyjną kobietą. Warto o tym pamiętać i spojrzeć z dystansem na metrykę. Kobiety są aktywne zawodowo bardzo długo, a skoro chodzą do pracy, to nie tylko mogą, ale i powinny nadal być intrygujące pod każdym względem. Być może wraz z pierwszą zmarszczką warto zmienić kosmetyk na bardziej zaawansowany. Być może trzeba poświęcić jedno niedzielne przedpołudnie na poeksperymentowanie z makijażem i fryzurką, by dopasować te, w których wyglądamy młodziej. Z pewnością można wyzłocić twarz delikatna opalenizną, która doda nam blasku. Zdecydowanie należy wybierać jasne kolory odzieży, takie w których dobrze się czujemy, ponieważ czernie i szarości postarzają i przygnębiają. Jednak to tylko techniczne drobiazgi.

Prawdziwa młodość jest w duszy kobiety. Nade wszystko to dziewczęca radość życia. Pozytywne spojrzenia na świat i codzienny optymizm sprawiają, że człowiek świeci wewnętrznym blaskiem. To wirtualne światło, które wydobywa się z pogodnego spojrzenia, rozjaśnia bardziej niż niejeden zaawansowanym kosmetyk na bazie sproszkowanego diamentu lub kawioru. Radosny uśmiech odmładza. Również w ten sposób, że działa jak najlepszy lifting, podciągając wiotczejąca skórę twarzy.

Optymizm, to nie tylko pozytywne myślenie. To także styl życia i pewien nawyk codziennego funkcjonowania. To umiejętność dostrzegania rzeczy dobrych i cieszenia się najmniejszym nawet drobiazgiem. To wręcz swoista filozofia, która nie pozwala na przygnębienie i poczucie przegranej. Włączmy w to nasze przekonania o tym, co rzeczywiście ważne i umiejętność nie zadręczania siebie i innych. To wszystko zabezpiecza nas przez ponura miną, zapuchniętymi od płaczu powiekami, szarą od stresu twarzą i mrocznym z niewyspania lub złości spojrzeniem.

Często, gdy przekroczymy magiczny próg czterdziestu lat, ogarnia nas przerażenie. Bo właśnie minęliśmy jakiś zakręt, poza którym droga prowadzi już z góry. Czy zatem zdążyłam ze wszystkim, co ważne? Czy nadałam mojemu życiu jakiś sens? I tu stajemy przed ciężarem odpowiedzialności za własne istnienie. Na ile zabarwiliśmy je odpowiednio starannie. Odpowiedzią na te trudne pytania jest uświadomienie sobie, że nasze życie ma dokładnie taki sens, jaki my go życiu nadamy. Nigdzie nie jest powiedziane, że każdy ma zostać sławnym celebrytą lub przejść do pamięci potomnych jako aktor, pisarz, odkrywca czy wynalazca.  Wystarczy żyć szczęśliwie. Żyć tak, by każdy dzień wypełniać radością i dzielić się dobrem z innymi. Doświadczać każdego dnia czegoś nowego, poznawać nowych ludzi i chłonąć wszystko, co świat ma nam do zaoferowania. Ważne by spełniać swoje marzenia, przynajmniej te, które mamy w zasięgu ręki. Być może nie uda się nam lot na Księżyc, ale już wyjazd na Borneo jest do zrealizowania.

To, co pozostawiamy po sobie, to miłość w sercach innych. Warto mieć przyjaciół, warto cieszyć się bliskością, kochać i być kochanym. Warto mieć czas dla ludzi i dzielić się z nimi tym, co najpiękniejsze. Szczęście dzielone między innych, powiela się w magiczny sposób i napełnia nas dużą dawką satysfakcji. Zatem najlepszą podpowiedzią niech będzie przysłowie: „żyj tak, by innym było nudno, gdy ciebie zabraknie”.

Dobrze jest mieć swoją pasję. Coś, co zabarwia nasze życie, intryguje, zachwyca i nakręca pozytywnie na cały dzień. Pasja jest antidotum na wszystkie smutki i depresje, ponieważ pozwala się wyłączyć z codziennych trosk i twórczo zaangażować . A to daje nam siłę i poczucie spełniania, ponieważ realizujemy coś niesłychanie ważnego. Każdy człowiek w swej istocie jest twórczy i możliwość takiej realizacji sprawia, że życie nabiera sensu. Dorosłe czy dorastające dzieci dają nam więcej swobody i czas potrzebny do realizowania własnych marzeń. Czy może być lepszy moment  dla kobiety?

Ideałem jest stan, w którym traktujemy naszą dojrzałość, jako podkładkę do autorytetu w dziedzinie, która jest dla nas ważna. Bo przecież czterdziestka na karku, to nie tylko inny wygląd, to także – a może przede wszystkim – doświadczenie i wiedza.  To czas, w którym możemy odważnie wypowiadać swoje zdanie, możemy publikować i realizować się twórczo, bo wiemy już, że mamy coś sensownego do przekazania innym. Również w sferze osobistej wiemy i umiemy więcej. Jesteśmy gotowe, by tworzyć piękne i mądre relacje. W tym wieku łatwiej jest podnieść samoocenę do punktu, w którym mamy szacunek do samych siebie, a to z kolei otwiera przed nami drzwi, które dotąd były zamknięte.  Zaczynamy cenić same siebie, tworząc pozytywna aurę, która pozwala innym odkrywać nasze rozmaite talenty.

Dojrzałość psychologiczna to także umiejętność radzenia sobie ze stresem. W tym obszarze także odnosimy sukcesy, bo coraz trudniej wyprowadzić nas z równowago, coraz trudniej zaskoczyć,  a na życie zaczynamy patrzeć z pewnym dystansem. Wiemy już z cała pewnością, że nie warto kruszyć kopii o drobiazgi. Jesteśmy świadome, że gniewne marszczenie brwi i złość rysują swoje piętno na naszych twarzach, więc rezygnujemy z tych uczuć, zastępując je pobłażliwym uśmiechem. Z dnia na dzień stajemy się piękniejsze i bardziej świadome siebie i swoich możliwości.

W pewnym momencie stajemy się na tyle dojrzałe, że nie potrzebujemy żadnych plastycznych operacji. Zaczynamy akceptować zmieniające się z wiekiem ciało i rozumiemy, że te zmiany niczego nam nie odbierają. Nadal jesteśmy sobą, młodą roześmianą dziewczyną, która kocha życie w każdym jego przejawie. Nadal zachwycamy otoczenie, choć okres bardzo krótkich spódniczek mamy już  za sobą. Jednak zachowałyśmy to, co najważniejsze: wdzięk, czar i kobiecość, a to są aspekty, które decydują o naszej atrakcyjności bardziej niż gładka skóra.

To sposób myślenia, który zapewnia nam wieczną młodość, niezależnie od wieku naszego ciała. Pogodne nastawienie do życia wpływa również na nasz organizm, sprawiając, że jest on zdrowszy i silniejszy. System immunologiczny osoby pełnej radości, wolnej od żalów, pretensji i kompleksów działa sprawniej i skuteczniej chroni przed wszelkimi chorobami. Zatem zgodnie z psychosomatyką i od tej strony – czysto fizycznej – pozytywne funkcjonowanie sprzyja młodości. A młodość w sercu wypromieniuje na zewnątrz, zasłaniając zmarszczki i rozjaśniając buzię.

Bogusława M. Andrzejewska