Przyszłość

Żyjemy w Tu i Teraz, w takim magicznym i pełnym Mocy wymiarze, o którym mówią wszystkie duchowe pisma. Powtarzają też, że nic poza tym nie ma, a w iluzji czasoprzestrzeni liczy się tylko chwila obecna. Ta chwila, w której jesteśmy. W której patrzymy, słyszymy, myślimy, podejmujemy decyzję lub zastanawiamy się, co powinniśmy zrobić. Magia tego momentu zasadza się na świadomości, że właśnie teraz możemy wszystko, czego zapragniemy.

Tu i teraz to najważniejszy czas, w którym możemy uzdrawiać swoje życie i siebie. Możemy podejmować decyzje w istotnych sprawach. To ten punkt bytu, w którym dzieje się wszystko, co ma jakiekolwiek znaczenie, ponieważ to moment właściwego doświadczania. To moment kiedy nasze zmysły odczuwają, serce przeżywa i kocha, umysł ogarnia sytuację, a uczucia pulsują w nasz swoim silnym rytmem. Teraz.

Przeszłość odpłynęła w niebyt. Nie ma już znaczenia. Można z niej zaczerpnąć mądrości doświadczeń lub odszukać przyczynę jakiegoś wzorca. Można też otworzyć wszystkie miłe zakładki dobrych wspomnień, które zasilają nas pozytywna energią. Piękne chwile są pełne mocy i dla niektórych z nas stają się cudownym doładowaniem, które podnosi wibracje. To też zatrzymanie iluzji czasu, kiedy z ciepłym uśmiechem przeglądamy stare fotografie. To też piękna fala miłości, kiedy dotykamy spojrzeniem zdjęcia kogoś bardzo kochanego.

Błędem byłoby jednak tkwienie w przeszłości dłużej niż jedną minutę. Nie warto w nieskończoność odgrzebywać starych wydarzeń. Uzdrowienie nie zawsze wymaga wiedzy – skąd przyszedł wzorzec, który nam nie służy. Wymaga natomiast zmiany w chwili obecnej. Zmiany nastawienia, przekonania, myślenia. To jest ważniejsze, niż skupianie się na dawno zapomnianych bolesnych emocjach. Właśnie dlatego chwila obecna niesie w sobie wszystko, czego potrzebujemy.

Myślę też, że bez sensu jest tkwienie w starych, przebrzmiałych uczuciach. Chyba największym ludzkim problemem jest fakt, że nie umiemy zapomnieć przykrości. Kiedy ktoś nas zrani, oceni, skrytykuje, odrzuci to niesiemy w sobie przez długi czas żal, który zastyga jak skorupa odgradzająca szczelnie nasze serca od tego, co dobre. Bywa i tak, że po latach osoba, która nas zraniła, jest już całkiem innym człowiekiem: dojrzałym, mądrym, wrażliwym. Ale nawet nie jesteśmy w stanie tego zauważyć, ponieważ pozwalamy, by stara ocena zapuściła w nas mocne korzenie. A przecież warto czasem dać szansę jakiejś relacji i popatrzeć na kogoś wzrokiem nie zmąconym przez wydarzenia odległe od nas o całe kilometry czasu.

Świat wibruje i zmienia się z minuty na minutę. My też się zmieniamy jak kalejdoskopie i pokazujemy coraz to inną twarz. Testujemy rozmaite reakcje, szukamy szczęścia na tysiąc sposobów. Najczęściej w chwili obecnej jesteśmy kimś o niebo innym od tamtej osoby, która lata temu weszła w jakiś konflikt. Dobrze jest dostrzegać postęp i szukać dobra w sobie i w innych. A najcenniejszą umiejętnością jest dar stawiania grubej kreski, która odcina nas od tego, co było. I zaczynanie od nowa. Z czystym kontem.

To czyste konto daje mocne podstawy do tworzenia dobrego szczęśliwego życia. I jeśli przykre wspomnienia są jak śmieci wyspane na placu budowy, tak pozytywne nastawienie i wiara w siebie, to silny i piękny fundament. Przyszłość jest w tym aspekcie doskonałą motywacją do mądrego życia. Gdyby nie istniała, nie chcielibyśmy się starać. Nie byłoby ku temu powodów. Przekonanie, że istnieje jakieś jutro, jest siła napędową do tego, by zadbać o komfort dla siebie.

I wcale nie myślę tu o finansowym zabezpieczeniu. W Prospericie nie istnieje coś takiego jak „czarna godzina” czy „stare lata”. Jest tylko świetlana przyszłość, czyli wizja dobrego czasu, który możemy sami wykreować. Mocą chwili obecnej jest budowanie jutra. Każde słowo wypowiedziane w tym momencie, każda myśl przelatująca teraz przez głowę, każdy aktualnie wykonany gest – tworzą przyszłość. Naszą przyszłość, zgodną wibracyjnie z tym, co właśnie jest w nas.

Prawo Przyciągania wykorzystuje chwilę obecną do budowania tego, co będzie. W tym punkcie rzeczywistości iluzja czasu staje się realnym doświadczeniem tak samo, jak pojawiające się w kącikach oczu delikatne zmarszczki od ciągłego śmiechu. Prawo to bazuje na konsekwencji i podobnie jak osławiona Zasada Karmy mówi: „co zasiejesz – to zbierzesz”. Siejemy więc mniej lub bardziej nieświadomie każdego dnia różne myśli, a wszechświat cierpliwie odzwierciedla te wibracje. Beznamiętnie, nie dzieląc ich na dobre i złe. Cokolwiek wysyłamy dzisiaj – jutro wraca.

Świadomość istnienia przyszłości może pomóc w doborze myśli i przekonań. Wiedząc, że lęk może wykreować to, czego się boimy, sięgamy po uzdrowienie i wyzwolenie z lęku. Bo wiemy, że to najskuteczniejszy sposób, by zapobiec temu, czego nie chcemy doświadczyć. Wiedząc, że narzekanie może wpędzić nas w stan braku, unikamy go i zastępujemy pozytywną afirmacją obfitości. Wiedząc, że brak wiary w siebie może zablokować planowany sukces, zawijamy rękawy, by popracować nad podniesieniem poczucia wartości. Bo tylko wtedy jutro będzie dobre.

Tu i Teraz tworzymy to, co nadejdzie, dlatego ta chwila jest taka ważna. Ktoś mógłby pomyśleć: „dzisiaj nie mam ochoty do pracy nad sobą, chcę ponarzekać i potupać, chcę komuś naurągać, a jutro może będzie lepsza pogoda, to pogadam sobie pozytywnie”. Tymczasem to jest inwestycja w przyszłość. Każda chwila jest inwestycją. Jeśli dzisiaj pomarudzimy i pokrzyczymy na kogoś, to jutro nie będzie lepszego dnia. Może wyjdzie słońce, może kwiaty będą pachnieć mocniej, ale w nas wzejdą pędy wczorajszych wibracji. Będzie w nas smutek, tupanie i marudzenie. I chociaż to zawsze można zmienić, to będzie wymagało od nas większego wysiłku.

W kontekście przyszłości często pojawiają się lęki. Mówimy wtedy: „martwię się, co będzie, czy załatwię, czy dostanę, czy się uda”. Każdy lęk jest zaprzeczeniem miłości, a tym samym największej stwórczej sile, która tworzy dla nas Dobro. Kiedy nauczyciele duchowi przekonują nas, że liczy się chwila obecna, a przyszłość nie ma znaczenia, próbują w ten sposób wyłączyć nasz strach o jutro, o tysiące spraw, które spędzają nam sen z powiek. Skupienie na chwili obecnej może teoretycznie uwolnić nas od ciągłego zamartwiania się tym, co przed nami.

Jest to jednak podobne do sytuacji, w której zamykamy oczy, aby nie widzieć stojącego przed nami „smoka”. A czy nie lepiej dokładnie zobaczyć smoka? Obłaskawić go? Uświadomić sobie, że w istocie wcale nie jest groźny? Mnóstwo ludzi boi się przyszłości zapominając, że sami rządzą swoim życiem, a w sercach i umysłach mają potężną moc kreowania rzeczywistości. Zeszliśmy tu na Ziemię, by tworzyć, a nie po to, by zastygać w lęku przed tym, czego pozornie nie znamy. Tylko pozornie, bo każda chwila została przez nas starannie wybudowana.

Jako Stwórcy Rzeczywistości możemy popadać w paranoję, która przejawia się lękiem przed własnym dziełem. Zasiewamy ziarna, a potem uciekamy z pola w strachu, że to co wyrośnie, zje nas. Albo co najmniej przerazi lub rozczaruje. A czy nie byłoby łatwiej przeczytać uważnie instrukcje na opakowaniu i wybrać dobre nasiona? Takie, z których wyrośnie bogactwo, miłość, zdrowie, zadowolenie, spełnienie marzeń? Są takie nasiona. Nazywają się dobrymi myślami, wiarą w siebie i pozytywnymi przekonaniami. Leżą na półce z napisem „prosperująca świadomość„. Są dostępne zawsze i wszędzie. Dla każdego. Z takim wyposażeniem przyszłość nie powinna przerażać.

Ale odwaga wymaga też znajomości i rozumienia Prawa Przyciągania. Wymaga postępowania zgodnie z zasadami Prosperity. Czasem pojawia się też konieczność pracy nad sobą, zmiany wzorców, otwarcia się na miłość do samego siebie. Człowiek jako Kreator bywa zapracowany, bo projektuje i stwarza nowe światy. To wymaga co najmniej skupienia i pilnowania własnych myśli. Wymaga też umiejętności odróżniania ziarna od plew i spontanicznego podążania za Światłem, do którego prowadzi serce. Jak dla mnie to wszystko brzmi niczym piękna przygoda i wiem doskonale, że w swej istocie jest bardzo przyjemne.

Świadomość przyszłości uczy nas starania o jutro. Dbania o swoje słowa i nastroje. Pilnowania wibracji. Bycia pełnymi dobra i radości. Kochania nade wszystko siebie, ale i tego, co nas otacza. Jesteśmy jak rzeźbiarze, którzy tworząc dzieło z jedynego kawałka drewna, pilnują każdego ruchu dłutem. Nie można dziś ciąć niedbale, bo jeśli utniemy za dużo, jeśli utniemy krzywo, to nikt i nic nie doklei za nas tego, co utracone. Mamy w sobie mnóstwo Światła po to, by wystarczająco oświetlić swoje życie i nie snuć się w mroku.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Przeszłość

Każdy z nas wie doskonale, że to przeszłość kształtuje nasze obecne zachowania i jakość naszych relacji. Nie trzeba być psychologiem, by wiedzieć, jak mocno dzieciństwo wpływa na postępowanie dorosłego człowieka. Nasze związki są zabarwiane doświadczeniem nabytym, kiedy dorastając patrzyliśmy na to, jak sobie radzą nasi rodzice. Nasze sukcesy w pracy zależą od poczucia własnej wartości budowanego niemal od urodzenia. Nasza wiara w siebie to także efekt słów i zachowania naszych rodziców, nauczycieli, kolegów i innych bliskich osób, które otaczały nas w młodości. Jest zatem całkiem zasadne, aby uzdrawiać traumy z przeszłości, a w ich miejsce wprowadzać nowe pozytywne wzorce. To proces niezbędny do szczęśliwego życia.

Chcę zwrócić uwagę na jeden tylko szczegół – na prawdziwe domknięcie procesu, poprzez skasowanie go w swojej podświadomości. Nie mam na myśli wyparcia, tylko maksymalne umniejszenie znaczenia. Ponieważ dopóki istnieje pamięć o określonym wzorcu, dopóty wzorzec działa, wracając nieustannie poprzez naszą świadomość.

Wyobraźmy sobie sytuację, w której ktoś jest DDA, czyli Dorosłym Dzieckiem Alkoholika, które niesie w sobie koszmar trudnego dzieciństwa, rozmaite lęki i mechanizmy obronne, dzięki którym udało się przetrwać i dorosnąć. Podejmuje terapię i odpowiedzialnie uzdrawia krok po kroku wszystko, co uzdrowienia wymaga. W pewnym momencie może nawet kreować szczęśliwe życie, ale nie wszystko się udaje, ponieważ wraca po własnych śladach w niekorzystne matryce. Dzieje się tak, ponieważ ta osoba w kółko powtarza, że jest DDA. W ten sposób utrwala w swojej podświadomości określone jakości i mechanizmy, które miały zostać uzdrowione.

Myśl kreuje rzeczywistość – to podstawa zarządzania swoim życiem, a my często o tym zapominamy. Zapominamy też, że naszą realność tworzą przekonania, które w sobie nosimy. Nie wystarczy więc przelotnie rzucona afirmacja: „Jestem zdrowa, bogata i szczęśliwa”. Potrzebne jest odczuwanie tego, co wyrażamy słowami. Jeśli boli mnie głowa, to nie czuję się zdrowa. Jeśli zamartwiam się długami, to nie czuję się bogata. Jeśli czuję dzieckiem alkoholika, to niosę wszystko to, czego w czasie terapii chciałam się pozbyć. To ciągłe tkwienie w świadomości braku.

Zatem podstawą skuteczności każdego uzdrawiania jest zdecydowane wejście w przestrzeń energetyczną, która odpowiada pozytywnym efektom określonego procesu. Jeśli chcę się pozbyć niekorzystnych mechanizmów, to po ukończeniu określonej terapii, tworzę nowe ścieżki neuronowe w umyśle, które budują moją nową jakość życia. W miejsce „jestem DDA” wprowadzam „jestem szczęśliwa i spełniona” – na przykład. Może tu być oczywiście inna wersja, np. „jestem wolna od przeszłości”, „jestem niezależna i odważna”, „mam otwarte serce i w pełni ufam życiu”. Możliwości mamy wiele, ważne, by były pozytywne.

Ogromnie istotną decyzją jest, by jednoznacznie zamknąć to, co minęło i do czego wracać nie chcemy. W tym przypadku absolutnie wskazane jest, by spalić wszystkie mosty, które prowadzą nas z powrotem w ślepe uliczki przeszłości. Nie można utożsamiać się z tym, co tworzy niekorzystne połączenia i odtwarza w nas na powrót trudne wspomnienia. Podświadomość reaguje na nasze myśli i emocje, nie rozumiejąc liniowej wersji czasu. Dla podświadomości wszystko jest TU I TERAZ. Jeśli myślimy o sobie w kategoriach tego, co minęło, podświadomość traktuje to, jako coś istniejącego w obecnym momencie. Możemy ukończyć najlepsze terapie i przejść najbardziej magiczne oczyszczanie – dopóki myślimy o sobie, jak o człowieku z problemem, to problem żyje i ma się dobrze.

Pamiętajmy, że niezależnie od psychologicznych pojęć, mamy prawo myśleć w określony pozytywny sposób. Możemy zachować rozsądek i tworzyć energię w sposób korzystny dla własnego zdrowia. Jeśli ktoś uważa np., że DDA czy alkoholikiem jest się do końca życia, to trochę zamyka się na uzdrowienie. To jak przekonanie: „zawsze muszę pić” lub „zawsze muszę cierpieć”. Czym innym jest pojmowanie problemu w kategoriach: „ponieważ kiedyś byłem uzależniony, to mogę bardziej niż inni dążyć do picia”, a czym innym stwierdzenie: „jestem alkoholikiem”. Nie chodzi zatem o okłamywanie siebie, lecz tworzenie pozytywnych wibracji.

W praktyce prosperity często szukamy sposobów na zmianę wewnętrznych odczuć i przekonań, które odzwierciedlają rzeczywistość taką, jaka jest. Człowiek zadłużony, by przyciągnąć pieniądze, powinien stworzyć w sobie poczucie bogactwa. Nie jest to proste poczuć obfitość, kiedy w istocie czegoś nie posiadamy. Ale oczywiście jest możliwe i znamy na to sposoby, bez uciekania się do kłamstwa, na które nasza podświadomość nie da się nabrać.

Wracając do kwestii przeszłości, bywa i tak, że utożsamiamy się bardzo mocno z grupą terapeutyczną i powtarzanie w kółko psychologicznych nazw daje nam poczucie przynależności do innych podobnych nam „ofiar” przeszłości. Jest to troszkę pułapka. Ktoś kto był alkoholikiem lub dzieckiem alkoholika, czuje się „inny”, często „gorszy” od reszty społeczeństwa. Niepotrzebnie. Uzdrowienie to proces, który wymaga także podniesienia poczucia wartości i uświadomienia sobie, że jesteśmy zwycięzcą, a nie ofiarą. Przekuwamy minione cierpienie w dar mądrości i dojrzałości.

A przecież nie ma ludzi idealnych. Każdy niesie w sobie jakieś brzemię przeszłości. To oznacza, że nasza potrzeba izolowania się i czucia się gorszymi jest zupełnie zbędna. Każdy z nas jest dobrym sobą taki, jaki jest. Nie musimy ukrywać się w grupie nam podobnych. Możemy z podniesioną głową iść pomiędzy ludźmi, zmierzając do takiego celu, jaki nam się najbardziej podoba. Warto odciąć się od niekorzystnej przeszłości, iść do przodu, tworzyć nowe wzorce i najlepsze dla siebie ścieżki.

Bogusława M. Andrzejewska

Racja

Bardzo często spotykam się z sytuacją, w której ktoś koniecznie chce mieć rację. I nie odpuści za żadne skarby, bo racja to dla niego rzecz święta. Zjawisko tak powszechne i dziwaczne, że doczekało się przysłów i anegdot. A nawet charakterystycznych komediowych scen, które po wielu latach powtarzamy z rozbawieniem: „sąd sądem, a racja musi być po naszej stronie”. Takie śmieszne przerysowanie obnaża całą absurdalność uporu i zamknięcia na to wszystko, co można zyskać otwierając zasklepiony umysł. A przecież po drugiej stronie naszych przekonań leży cały wszechświat ogromnych możliwości. W tym często o wiele bardziej korzystnych niż to, co trzymamy w zaciśniętej pięści.

Zacięta obrona swojej racji zwykle mnie śmieszy, ponieważ upór u człowieka sprawia, że natychmiast widzę malutką dziewczynkę czy chłopczyka na poziomie piaskownicy. Nikt dojrzały się nie upiera, przecież idąc na kompromis można swoje przekonania zachować, nie są czymś do odebrania. W elastycznym podejściu chodzi tylko o dopuszczenie innej możliwości. O uchylenie drzwi i sprawdzenie, czy to, co jest za nimi, nie jest przypadkiem lepsze i milsze niż to, czego kurczowo się trzymamy.

Dorosły człowiek powinien wiedzieć, że postęp to zmiana. Gdyby wszyscy byli tak uparci, to nadal mieszkalibyśmy w jaskiniach i polowali na mamuty. Prawdziwy rozwój polega na przyjęciu możliwości, że to co wiemy, nie jest wszystkim, że może być coś więcej. Koło wynaleziono tylko dlatego, że ktoś odpuścił uparte przekonanie, że przemieszczać możemy się wyłącznie z pomocą nóg. Otworzył się na inną możliwość i zadał kwantowe pytanie: „jak może być jeszcze lepiej?”

Przesadne bronienie swojej racji jest też pułapką, która osadza człowieka w świadomości ubóstwa. Niewiele się o tym mówi, a przecież pozytywne myślenie, będące esencją Prawa Przyciągania wymaga zmiany poglądów. Kiedy zaczynamy świadomie pracować z budowaniem dobrobytu, powinniśmy otworzyć się na coś, czego wcześniej nie chcieliśmy widzieć i akceptować. W miejsce zamartwiania się o jutro wprowadzamy wiarę z szczęśliwy los. W miejsce braku  poczucie obfitości. W miejsce przekonania o pechu  planowanie pomyślnych wydarzeń. W pewien sposób prosperująca świadomość wymaga na samym początku odrzucenia starych wzorców i powiedzenia sobie wyraźnie: „nie miałem racji  wszechświat jest dobry, a człowiek może być naprawdę szczęśliwy”.

Warto w tym miejscu dokładnie przyjrzeć się swoim przekonaniom i odnaleźć te wszystkie, które nam nie służą, aby je zmienić na korzystne wzorce. Problem jednak w tym, że w głębi duszy możemy nie dawać na to przyzwolenia. Możemy kurczowo trzymać się przestarzałego poglądu, że nie można być bogatym bez ciężkiej pracy albo że pozytywne myślenie nie działa. Czasem odkrywamy, że tkwimy w takim właśnie impasie  z jednej strony pozytywne afirmacje, a z drugiej brak wiary, że to cokolwiek da. Efekt  do przewidzenia. Nic dobrego z tego nie wyjdzie.

Aby stać się Świadomością Prosperującą trzeba zrezygnować z uporu i nauczyć się otwierać na inne poglądy, stworzone  wymyślone przez innych ludzi. Trzeba też czasem umieć zadać sobie pytanie: „a co jeśli nie mam racji?”. Są ludzie, którzy wszystko robią w taki sposób, by udowodnić całemu światu, że to oni się nie mylą. Wyobraźmy sobie przez chwilę takiego człowieka. Jest smutny, nieszczęśliwy i uważa, że życie jest złe, a Ziemia to padół łez. Zapraszamy go na szkolenie, uczymy metod, robimy z nim ćwiczenia i wspierany naszą silną energią wychodzi od nas pełen wiary w to, że teraz będzie lepiej. Jednak ta wiara jest na wierzchu, a pod spodem wibruje aktywny wzorzec: „to wszystko bzdury, świat jest okropny”. Jest to wzorzec pierwotny, silniejszy od nowych ćwiczeń i sprawi, że taki człowiek będzie nieświadomie wszystko robił w taki sposób, by móc nam udowodnić, że nie mamy racji. I że to on ma rację. Będzie swoim przekonaniem przyciągał zdarzenia potwierdzające jego wersję. Wszystko po to, by powiedzieć: „ha, miałem rację”. Taka maleńka satysfakcja opłacona wygórowaną ceną smutnego życia.

W ten sposób taki człowiek zamyka się na szczęście. Aby doświadczać cudów, trzeba się na nie otworzyć, czyli zbudować w sobie przekonanie, że cuda istnieją. Jeśli z góry zakładamy, że to bzdura, to jak możemy je wykreować? No, nie możemy. Dlatego jakąkolwiek pracę nad sobą warto zacząć od przekonania, że nie ma jednej prawdy, a na świecie istnieją rzeczy i zasady, o których nam się nawet nie śniło. Trzeba z ciekawością otworzyć drzwi i patrzeć, co fascynującego można za nimi zobaczyć. Trzeba przyjąć, że możemy nie mieć o czymś pojęcia i że do końca życia możemy się uczyć. A ta nauka nikomu ujmy nie przyniesie.

To, co absolutnie nas może zablokować, to trzymanie się jednej prawdy, jednej racji. To jak chodzenie po ruchliwej ulicy z zawiązanymi oczami. To jak przyjmowanie, że Ziemia jest płaska i brak zgody na zmianę poglądu. Warto też pamiętać, że syndrom „niewiernego Tomasza” nie służy naszemu rozwojowi. Nie można przyjmować, że istnieje tylko to, co możemy zobaczyć i że uwierzymy dopiero wtedy, jak się coś stanie. Tak się bowiem składa, że Prawo Przyciągania działa odwrotnie  materializuje to, co widzimy wewnętrznym okiem, to w co wierzymy. Jesteśmy Stwórcami, którzy mogą wymyślać nowe światy i stratą energii jest czekanie, aż coś się samo wymyśli i stanie.

Na koniec jeszcze jedna informacja. Nie należy nikogo do swoich poglądów nawracać  często o tym mówię. Przede wszystkim dlatego, że zasada wolności, w tym wolności przemyśleń, jest niezbywalnym prawem każdego człowieka. Jeśli chcemy, by nam przysługiwała niezależność myślenia, musimy zaakceptować odmienne zdanie u innych. Poza tym przekonywanie kogoś do tego, w co my wierzymy, jest ogromną stratą energii. Również dlatego, że każda próba wywierania nacisku mentalnego jest dysharmonią. Taką samą jak każda inna przemoc. A dysharmonia to zawsze ogromna utrata energii i szkodliwe wzorce. Możemy tylko dyskutować i pokazywać sobie wzajemnie różne aspekty tego, co uważamy za wartościowe.

Osoba, która wchodzi w silne emocje gniewu czy nawet agresji, kiedy ktoś ma inne zdanie, to człowiek o niskim poczuciu wartości. To ktoś, kto swoją moc postrzega wyłącznie poprzez pryzmat bycia nieomylnym. Bywa, że inne poglądy przyjmuje jako brak szacunku do siebie. To absurdalne, ale spotkałam się z sytuacją, w której szacunek był dla pewnej osoby równoważny z przytakiwaniem jej niezależnie od wszystkiego. A to tak nie działa. Mamy prawo do swoich przekonań i możemy z sympatią traktować ludzi, którzy myślą w pewnych kwestiach zupełnie inaczej.

To jeden z tych tematów, w którym jestem jedynie obserwatorem. Co prawda mam swoje poglądy osadzone dość mocno i umiem ich asertywnie bronić, ale nie miewam problemu, by pójść na kompromis. Nie oceniam też ludzi, nawet wtedy, kiedy porażają mnie ich szokujące poglądy. To zawsze ich wybór i ich życie cokolwiek mówią, w cokolwiek wierzą. W dzieciństwie uczono mnie, że mądrzejszy zawsze ustępuje. To bardzo korzystny program, który dziś procentuje, obdarzając mnie dużą dozą tolerancji. Mam też drugi ciekawy wzorzec, którego mocno się trzymam: chcę być szczęśliwa, a to, czy mam rację, jest zawsze na drugim miejscu.

Bogusława M. Andrzejewska

 

Wzorce

O wzorcach w kontekście rozwoju osobistego mówimy stale i piszę o tym niemal w każdym artykule, tu więc tylko pewne podsumowanie. To niezbyt dobrane słowo oznacza taką wewnętrzną matrycę, która zakorzeniona w podświadomości przyciąga do nas określone wydarzenia. Jeśli ten wzorzec brzmi np. „jestem niemądra”, to życie przynosi doświadczenia, które to potwierdzają. Wzorzec jest jak kapelusz założony na głowę, kiedy przeglądamy się w lustrze, a owym lustrem jest życie. To mogą być ludzie, którzy tak do mnie powiedzą. Nawet bardziej dosadnie, np. :”jesteś głupia, jesteś idiotką”, a mnie to zaboli, bo to osoby dla mnie ważne. Ta emocja, ten ból jest wskazówką, że wzorzec jest dla mnie aktywny. Jeśli ktoś mnie wyzwie, a po mnie to spłynie, jak po gęsi, to oznacza, że takiego akurat wzorca nie posiadam. Kluczowe zatem są emocje. Po to właśnie przychodzą.

Wzorce można nazywać także kodem lub przekonaniem czy poglądem, ponieważ rzecz jasna nie są zwykłą przelotną myślą, lecz właśnie czymś, w co wierzymy. Słowo „przekonanie” wydaje mi się najbardziej trafione. Z tym wszakże zastrzeżeniem, że przekonania kojarzą nam się z czymś ułożonym logicznie w świadomości, a wzorce często są głęboko schowane w warstwach podświadomych i nie mamy do nich dostępu na poziomie umysłu. Wzorce to także rozmaite nawyki, które weszły na stałe do naszego funkcjonowania. Dlatego tymczasem nazywajmy to zjawisko nadal wzorcem.

Wzorce najczęściej powstają bez udziału naszej świadomości w różnych powtarzających się sytuacjach, ponieważ nasz umysł uczy się przez ponawianie zdarzeń i czynności. Jeśli jako małe dziecko za każdy razem po rozbiciu kolanka dostajemy czekoladkę na pociechę, to wytwarza się wzorzec: „ból jest nagradzany”. Podaję go w dużym uproszczeniu, ale łatwo się domyślić, że taki wzorzec prowokuje świadomość do przyciągania bólu (pechowych wydarzeń), aby dostać nagrodę.

Innym przykładem może być czuła obecność mamy w czasie chorowania. Mamy, która na co dzień jest bardzo zapracowana i nie ma dla nas czasu. Podświadomość może wywoływać choroby, aby doświadczyć troski, miłości i czułej obecności. Prawdę mówiąc bardzo często w procesie uzdrawiania odnajdujemy u człowieka opór przed zdrowiem. Taki opór nie bywa logiczny i taka osoba powtarza głośno, że ma już dość chorowania, chce stanąć na nogi. Tymczasem wewnątrz, w podświadomości tkwi taki właśnie kod: „choruj, będą cię przytulać i okazywać ci miłość”. Taki wzorzec mógł powstać w dzieciństwie, ale wzorce tworzymy na bieżąco na każdym etapie życia. Starsza samotna osoba może w ten sam sposób przyciągać uwagę swoich dorosłych dzieci, które na co dzień nie mają dla niej czasu.

Wzorce można umownie podzielić na podstawowe i wtórne. U takiej starszej osoby wzorcem wtórnym może być poczucie zmęczenia i potrzeba odpoczynku albo gniew na kogoś z rodziny. Uzdrowiciel oczyści ten wzorzec i oczekujemy, że chory poczuje się lepiej. Tymczasem okazuje się, że nie ma efektu lub poprawa samopoczucia pojawia się tylko na chwilę. Aktywny jest bowiem wzorzec podstawowy, schowany głęboko i niewidoczny – przekonanie, że jeśli chorujemy, to dzieci okazują nam miłość. Potrzeba miłości jest tu silniejsza niż uzdrowienie gniewu albo zmęczenia.

Innym przykładem może być praca z odkrytym wzorcem dotyczącym pieniędzy. Może być tak, że zauważamy lęk przez biedą i zaczynamy aktywnie uzdrawiać ten wzorzec, zastępując go poczuciem obfitości. Pomimo tego jednak sytuacja finansowa wcale się nie poprawia albo (co jest dość częstym zjawiskiem) poprawia się na krótki czas, a potem wracamy do punktu wyjścia. Okazuje się, że ten wzorzec jest wtórny, a pod spodem jest silniejsza blokada – wzorzec pierwotny. Wzorcem pierwotnym może być np. niskie poczucie wartości i przekonanie, że nie zasługujemy na żadne luksusy.

Bardzo wyraźnie widać to w przypadku odchudzania, kiedy wzorcem wtórnym staje się poczucie winy, że przejadamy się słodyczami. Nawiasem mówiąc nie rozumiem zupełnie, jak można mieć sobie za złe, że lubi się słodycze? A gdzie jest napisane, że trzeba odżywiać się tylko zieleniną? Przecież kakaowiec, z którego robi się czekoladki to też roślinka. Jednak poważnie rzecz biorąc mnóstwo ludzi obciąża się wyrzutami, że nie je tak, jak zalecają dietetycy. Po zastosowaniu diety na jakiś czas waga spada. Potem jednak pojawia się powrót do stan wyjściowego – tzw. „efekt jo-jo”. Jest to standard, ponieważ do głosu dochodzi wzorzec pierwotny, czyli ten, który spowodował przytycie. Najczęściej jest to lęk – lęk przed ośmieszeniem, lęk przed odrzuceniem, lęk przed popełnieniem błędu, lęk przed brakiem… Warstwa tłuszczu to obrazowo mówiąc wały obronne, którymi chronimy się przed światem. Warto wziąć to pod uwagę, zanim zaczniemy katować się dietami lub wydawać ogromne sumy na preparaty odchudzające.

Jak zatem zmieniać te wzorce, które nam nie służą? Metod jest mnóstwo. Najstarsze i najbardziej znane są afirmacje. Szybkie i łatwe jestdekodowanie. Nowe i bardzo skuteczne jest Pure Art – zachwyca mnie efektywność tej metody. A po drodze setki innych sposobów, bo każda nowopowstała metoda rozwoju musi zawierać w sobie taki myk, który pozwoli zmienić niekorzystny wzorzec. Wszystko się na nim przecież opiera. Nie ruszymy do przodu bez ogarnięcia pracy z matrycą. Dopiero uwolnienie (skasowanie, zdekodowanie, wypchnięcie, pozbycie się) negatywnego wzorca otwiera nam drzwi do zmiany na lepsze.

Dla porządku dodam, że nazwa „negatywny” jest dość umowna. Jak wszystko w dualnym świecie. Bardziej odpowiednie jest powiedzenie: „wzorzec, który obecnie mi nie służy”. Bo niektóre z tych nie odpowiadających nam teraz wzorców kiedyś były potrzebne i dobre. Każdy kod powstaje z jakiegoś powodu i czemuś służy. Wiedzą o tym doskonale osoby DDA, które do perfekcji opanowały dyplomację, uniki i odwracanie uwagi. Potrzebowały tego do przeżycia. Na tamtą chwilę wykształcone nawyki ratowały bardzo wiele. Być może dzisiaj zaczynają przeszkadzać w obrębie relacji, ale nie warto myśleć o tych kodach ze złością. Sugerowałabym wdzięczność i szacunek dla siebie samej, że umieliśmy funkcjonować w takim survivalu, jaki był naszym udziałem. Wszystko ma swój sens.

Wzorce wbrew pozorom bywają także przydatne. Takim wzorcem jest nawyk porannej gimnastyki czy biegania, po którym dobrze się czujemy. Muzyka, która automatycznie powoduje radość, ładne afirmacje, nawyk codziennego dziękowania za dobro, które nas spotyka, roześmiana zabawa z kotem, która podnosi nastrój, śmiech o poranku – jest tysiące wspaniałych rzeczy, które stają się pozytywnymi wzorcami. Nasz umysł uczy się powtarzając i warto jak najczęściej wymyślać i powtarzać dobre rzeczy. W ten sposób tworzymy nawyki, które nam potem doskonale służą. Na przykład można codziennie po umyciu zębów przez pięć minut mówić do swojego odbicia w lustrze piękne słowa o sobie i nadchodzącym dniu. Po dwóch lub trzech tygodniach to stanie się wzorcem układającym nam pozytywnie dzień i pilnującym naszego poczucia wartości.

To nie mój wymysł ani pobożne życzenie. Na tej samej zasadzie działają pytania kwantowe, czyli otwarte pytania do wszechświata, które układają naszą energetykę w pozytywny sposób. Jeśli powtarzamy je codziennie stają się wzorcem. Jak wszystko inne. Bo już tacy jesteśmy, że szybko się uczymy. Doskonałym przykładem może być choćby prowadzenie samochodu. Nikt nie urodził się z tą umiejętnością i pierwsze próby zmiany biegów powodują zgrzytanie zębami. A z czasem jedziemy drogą słuchając radia, rozmawiając i nasza ręka automatycznie wrzuca biegi, a stopy spontanicznie przechodzą z gazu na sprzęgło. Taka to cudowna zdolność naszego mózgu

Świadomość, że wzorce możemy sami tworzyć bardzo się przydaje w życiu. Przetestowałam to w moim jakże zatłoczonym stale sklepie. Zdarzyło się „przypadkiem”, że kiedy stałam w baaardzo długiej kolejce do kasy, otworzono nową i po dwóch minutach wyszłam ze sklepu z zakupami. Mam szczęście” – powiedziałam do siebie kilka razy – „Jak tylko stanę w kolejce, otwierają nową kasę”. Zbudowałam z tego przekonanie, bo nowe programy umiem wpisywać w swój wewnętrzny komputer z łatwością. Od tamtej pory stale to powtarzam i moja podświadomość sprawia, że ilekroć utknę w dłuuugiej kolejce, otwierają obok mnie nową kasę. Moc umysłu? Nie, zwykłe zasady wszechświata i rozumienie, czym jest wzorzec i jak go stworzyć.

Bogusława M. Andrzejewska

W głębi

Każdy z nas nosi w sobie nieuświadomionego sabotażystę, który na poczekaniu produkuje rozmaite blokady. Trudny temat. Nieuchwytny. Szczególnie wtedy, kiedy uczymy się psychologii albo czytamy książki o rozwoju i usilnie pracujemy nad sobą, aby uzdrowić wszystkie niekorzystne wzorce. Zauważamy go przypadkiem, kiedy sprawdzone metody zawodzą i przestajemy rozumieć, dlaczego nic nie działa, chociaż autorzy poczytnych poradników obiecywali złote góry.

Mamy co najmniej dwa głosy w sobie. Jeden to nasze świadome myśli, a drugi to myśli ukryte w głębi. I wcale nie mówię o wewnętrznym krytyku. Mówię o wewnętrznych mocno zakorzenionych przekonaniach, które umieją schować się tak sprytnie, że po prostu zapominamy o ich istnieniu. Kiedy je odkryjemy, możemy je przekodować, zmienić, uzdrowić, ale wbrew pozorom nie zawsze chcemy. Przekonania, o których tu mówię są integralną częścią tego, kim jesteśmy. Nie chcemy rezygnować z czegoś, co stanowi o nas samych i naszej dla siebie wartości.

Pięknym przykładem może być zwykła życzliwość. Kiedy człowiek ma dobre serce i został wychowany w domu, w którym serdeczność była normą, wówczas wspieranie innych staje się jego drugą naturą. Osoba, która bezinteresownie pochyla się nad cierpieniem innych, rzadko kiedy umie być spontanicznie asertywna. A ta asertywność jest przecież czasem niezbędna. I taki człowiek może na siłę przyswoić sobie pewne nauki, może rozumieć i chcieć chronić siebie, ale w kluczowym momencie ścierają się dwie energie: ta ze świadomego umysłu i ta z głębi duszy.

Z mojej obserwacji wynika, że częściej wygrywa ta druga. Czasem wydaje nam się, że nawet nie ma to wielkiego znaczenia, ponieważ zapominamy, że wszystko jest jednym, a wszechświat przejawia się w każdym człowieku i w każdej sytuacji. Oto na przykład machniemy ręką na to, że coś nam przeszło koło nosa, że ktoś nam nie zapłacił za usługę. To „tylko” niewielka kwota. A przecież w ten sposób pokazujemy wszechświatowi, że nie musi być adekwatny i obdarzać nas dobrymi rzeczami. Kiedy przychodzi moment, że czegoś zapragniemy: miłości, zdrowia, dziecka, dobrej pracy, wyciągamy ręce i dziwimy się niepomiernie, że nic nie dostajemy. Przecież jesteśmy tacy dobrzy, nigdy niczego nie chcieliśmy, więc teraz nam się należy, a tu… pustka. Tymczasem nauczyliśmy wszechświat machania ręką. Machnął za nas  a co tam jakaś miłość, dziecko, zdrowie. Przecież nic nie potrzebujemy.

Paradoksem jest tu fakt, że gdyby cofnąć czas, postąpilibyśmy tak samo. Nie chcemy być chciwi. Nie chcemy być małostkowi. Nie chcemy być nieżyczliwi. My ludzie starannie posegregowaliśmy i ponazywaliśmy wszystkie zachowania. To jest dobre, a to paskudne. Nie chcemy być po tej drugiej stronie. I chociaż podręczniki rozwoju uczą nas pracy nad sobą, to w głębi duszy kryje się taki głos, który zawsze z pokorą pochyli głowę i powie: trzeba być dobrym, choćby i swoim kosztem.

Dobroć jest niekwestionowana, ale czasem tylko nadrabiamy miną nazywając tak własną naiwność. Bywa, że nikomu nie pomogliśmy, a jedynie daliśmy się wykorzystać, bo złote serca zwykle myślą, że inni są tak samo uczciwi jak my. A wszechświat cierpliwie próbuje nas nauczyć kochania samych siebie, stawiając nam na drodze oszustów, złodziei i kłamców. Naszym zadaniem jest odnaleźć dobroć dla samych siebie i stworzyć taką energetyczną przestrzeń, w której żadne oszustwo nie znajdzie miejsca. Zawsze powinniśmy zaczynać od obdarowania siebie, a dopiero później dzielimy się z innymi zbudowanym w sercu bogactwem.

Granice są cienkie i nieuchwytne. Sama wielokrotnie doświadczyłam poczucia słuszności, kiedy zrobiłam coś z dobrego serca, a doznałam niemiłej odpłaty. Mówiłam sobie, że działałam w zgodzie z tym, co czułam, że to właściwe, a podłe zachowania takiej osoby są jej problemem. Jednak to nieprawda. To moja lekcja, to mój drogowskaz, który prowadził mnie do pokochania siebie tak, by nikt nigdy mnie nie skrzywdził i nie wykorzystał. Tymczasem moje reakcje nie płynęły z głębi duszy, lecz słuchały tego ukrytego głosu, który dobrotliwym tonem mówił: „bądź życzliwa, pomóż”. Nabrałam się na to, bo chciałam być pozytywnym człowiekiem i takie działanie było spójne ze mną, z tym, Kim Jestem. I chociaż nie musimy żałować uczynionego dobra, to warto nauczyć się słuchać swojego serca i dawać dobro we właściwy sposób i we właściwym czasie.

Inny przykład to setki i tysiące zasad. To trzeba, a tamto wypada. I niezależnie od całej psychologicznej wiedzy zawsze wracamy w stare koleiny. Oto przeczytaliśmy, że umarłemu ani kwiaty ani kadzidła nie są potrzebne. Wierzymy szczerze, że ważniejsza jest świeca zapalona z miłością. Ale ciągniemy z tłumem na Wszystkich Świętych, żeby położyć wieniec na płycie. Dla obcych ludzi, bo tak wypada. I nie ma to wielkiego znaczenia oczywiście, poza stratą czasu. I dysharmonią, którą tworzymy w sobie, kiedy postępujemy sprzecznie z tym, co czujemy. A dysharmonia ta przekłada się na inne obszary naszego życia, tworząc niekorzystne wzorce.

Jeszcze inny przykład  matczyna miłość. Niekoniecznie ta zaborcza, która jest widoczna przez wszystkich dookoła. Taka zwykła, która tęskni, kiedy dziecko dorasta i wylatuje z gniazda. Ileż to razy zatrzymujemy to dorosłe dziecko u siebie, ileż razy ściągamy do siebie bez potrzeby. Bo przecież kochamy i głos z głębi powtarza: „kochaj, kochanie jest właściwe, chcesz tylko jego dobra”. I choćby sto podręczników uczyło nas dawania dziecku wolności i tak większość z nas podąży za macierzyńskim instynktem, zapominając o jakimkolwiek obiektywizmie. To przecież normalne  słyszymy z głębi.

Ten drugi głos nie jest głosem duszy. Czasem tak nam się wydaje i powtarzamy: „tak czuję, robię to, co czuję”. Ale jest to tylko mocno wpisany wzorzec, który czasem niestety wymaga uzdrowienia. Problemem bywa fakt, że jest niejednoznaczny. Gdyby ów głos powiedział: „kopnij go w kostkę”, nie mielibyśmy wątpliwości. Nasz wewnętrzny kompas wyłapuje niewłaściwe pomysły, a jeśli go nie posłuchamy, obdarzy nas wyrzutami sumienia. W tym względzie wszyscy doskonale wiemy, co należy. Czasem tylko coś innego bardziej się opłaca i dokonujemy decyzji niezgodnej z tym, w co naprawdę wierzymy.

Jak zatem odróżnić głos duszy od fałszywego wzorca, który pozorną dobrocią i mądrością wiedzie nas na manowce? Najprościej wejść w Pole Serca. Dzisiaj potrafi to chyba każdy. W Polu Serca, w wysokiej energii, kiedy jesteśmy połączeni ze wszystkim co jest, odnajdujemy prawdziwą klarowność. Podobnie działa wejście w przepływ Reiki. Pomaga poczuć, co jest prawdziwe. Nasz wewnętrzny kompas staje się maksymalnie czytelny i pokazuje nam najlepszą dla nas drogę.

Bogusława M. Andrzejewska

Stereotypy

Stale przychodzą mi do głowy nowe pomysły. Prawdę mówiąc wena rzadko mnie opuszcza, więc ciągle piszę coś nowego, obejmując nowe tematy i zagadnienia. Staram się pokazywać problem z każdej strony, dając Czytelnikowi przestrzeń do samodzielnych przemyśleń. I właśnie dzisiaj ponownie uświadomiłam sobie, że nic nie jest jednoznaczne i nikt nie ma monopolu na słuszność. Nie ma nawet jednej prawdy, ponieważ w obszarze psychologii wszystko jest względne. Każdy z nas może odczuwać inne emocje w związku z tą samą sytuacją, a przecież one nie są złudzeniem.

Kiedy poruszamy się w obrębie ludzkich odczuć i przekonań, wszystko jest prawdą. Nawet wtedy, kiedy każdy ma inne zdanie. Ot, choćby popularny temat zdrady małżeńskiej. Stereotyp głosi jednoznacznie: wiarołomca zły i precz z nim. Nawet beletrystyka powiela nudne schematy, nie dając ludziom innego wyboru. I tutaj wychodzę poza stereotypy i piszę obyczajowe powieści o tym, czego ludzie nie widzą. O odmiennych od standardu decyzjach, które prowadzą do szczęścia i spełnienia. O odwadze wybrania tego, co społecznie określone jako głupie i naiwne. O indywidualności i działaniu zgodnie z sercem, a nie zgodnie ze społecznym nakazem.

Albowiem w istocie nic nie jest złe ani dobre. Czy ktoś, kto oszukuje partnerkę i chociaż uczucia dawno w nim wygasły tkwi przy niej dla świętego spokoju jest lepszy od kogoś, kto odchodzi, bo gdzie indziej znalazł miłość? A jeśli ktoś w tajemnicy zdradza, to może wcale nie z lęku? Może nie jest tchórzem i kłamcą jak chcą wszyscy dookoła? Może nie umie zranić i szuka sposobu, by samemu być szczęśliwym, ale nie zadawać niepotrzebnego bólu. Nie każdy bowiem wychodzi z założenia, że najgorsza prawda jest lepsza od słodkiego kłamstwa. Niektórzy wiele by oddali, by nigdy nie poznać prawdy.

Nie wierzę w stereotypy. Uważam, że wymyślili je moraliści, aby mieć kontrolę nad innymi i móc osądzać człowieka. A to jak wiemy jest iluzorycznym lekarstwem na kompleksy. („Może i jestem wredny i głupi, ale nie zdradzam żony, jestem więc dużo wyżej na piedestale, niż ci wszyscy inteligentni pięknisie”). Nie należy dzielić ludzi na złych i dobrych. W swojej psychologicznej praktyce spotykam argumenty o jakich nie śniło się filozofom. Ludzie wierzą w to, co czują i szukają najlepszych dla siebie rozwiązań. Mają do tego prawo. A społeczeństwo ocenia według własnych kryteriów.

Moja praktyka pokazuje, że małżeństwa, które umiały przejść zwycięsko przez zdradę, tworzą potem najpiękniejsze związki. Tak jakby doświadczenie tego koszmaru pozwoliło ludziom zrozumieć, ile troski i miłości wymaga intymna relacja i że nic nie przychodzi samo z siebie, wszystko wymaga starań. To też potrzeba zmiany wewnętrznych wzorców i rozwinięcie prosperującej świadomości. A to procentuje szczęściem, do którego nie będą mieć dostępu ci, którzy nie przeszli przez ogień. To tak działa, chociaż oczywiście każdy związek jest inny i inaczej działa w nim swoista dynamika. Trudno mierzyć wszystkich jedna miarką.

Znam co najmniej kilka takich przypadków, które zachwycają mnie dojrzałością i pięknie realizowaną mocą mądrości, dzięki temu, że partnerzy wspólnie przeszli przez piekło. Miłość u tych ludzi jest zabarwiona jakościami, których trudno szukać u innych pozornie zgodnych par. Zatem ktoś, kto dopuścił się zdrady, nie jest wcale złym człowiekiem i  potrafi pięknie kochać. Obserwuję też, że ci, którzy najgłośniej krzyczeli: „rozwiedź się, to drań, drań!” już dawno rozbili w pył swoje własne związki i bezskutecznie szukają miłości. Ktoś, kto nie umie wybaczać i dać kolejnej szansy, nigdy nie będzie szczęśliwy, bo nigdy sam takiej szansy nie dostanie. Świat to lustro – nie odbije tego, co nie istnieje.

Inny przykład stereotypu: ucz się, ucz, to potęgi klucz. Być może kiedyś to działało, dzisiaj wykształcenie nie daje ani szacunku ani nawet ekonomicznego zabezpieczenia. Poza wyjątkami – takimi jak np. lekarze czy informatycy – ludzie, którzy ukończyli studia wcale nie mają łatwego życia. Obserwuję też osoby, które nie mają nawet matury, a świetnie sobie radzą – prowadzą dochodowy biznes, kochają, zakładają rodziny i są po prostu szczęśliwe.  Nic nowego pod słońcem. Od lat powtarzam, że to poczucie wartości i wiara w siebie oraz pasja prowadzą nas do spełnienia i sukcesu. A w społeczeństwie schemat wykształcenia niech sobie tkwi.

Nie mam nic przeciwko nauce i nie próbuję jej zdyskredytować. Uważam tylko, że jesteśmy bardzo różni i mamy rozmaite talenty. Jeśli ktoś ma pasję ogrodniczą, to oczywiście może ukończyć odpowiednie szkoły i kursy, ale i tak najwięcej skorzysta dzięki praktyce uprawiania roślin. Jeśli ktoś z zamiłowaniem aranżuje i wykańcza łazienki, to niekoniecznie musi mieć studia inżynierskie. Warto docenić swój profesjonalizm nawet wtedy, kiedy nie mamy ścian zawieszonych dyplomami.

Do tego zresztą zmierzam w tym artykule – do wiary  w siebie. Do tego, by nie popadać w stereotypy, by im nie wierzyć i więcej: by im nie zawierzać swojej wartości. Często popełnianym błędem jest poddawanie się cudzym poglądom, tym powszechnie znanym. Powtarzane przy piwie nagle stają się wyznacznikiem naszego życia. Aby poczuć się spełnionym, próbujemy dosięgnąć jakiegoś dziwnego celu, który nijak ma się do nas i naszych zdolności. Każdy z nas jest indywidualnością, warto o tym pamiętać.

Jest takie żartobliwe powiedzonko, że prawdziwy mężczyzna powinien spłodzić syna, zbudować dom i posadzić drzewo. Niektórzy nawet w to wierzą. Tymczasem biologia już dawno udowodniła, że silni i bardzo męscy mężczyźni płodzą córki. To kwestia oczywiście plemników. Te z żeńskim chromosomem są silne i wytrwałe, u zdrowych i męskich mężczyzn jest ich więcej. Uświadomił mnie w tym pewien mądry profesor, ginekolog, ojciec dwóch pięknych córek. Z radością kupiłam to przekonanie i jest mi z nim dobrze. To tylko program. A ten mi akurat odpowiada. Warto wybierać takie przekonania, które nam służą.

A co by było, gdybym ogłosiła, że każda prawdziwa kobieta powinna doświadczyć wielokrotnego orgazmu, co najmniej raz się rozwieść i namalować obraz? Absurdalne, prawda? A przecież gdybym to odpowiednio często powtarzała i publikowała stale w sieci, to ktoś by się zatrzymał i zapytał siebie: „a może to prawda? A czemu ja nie spróbuję?”. O ile wielokrotny orgazm jest cudnym doznaniem, wartym spróbowania, o tyle rozwód już nie. Ale tak powstają stereotypy. Dzisiaj dzięki globalizacji nawet szybciej niż kiedyś. A my łykamy je jak bocian żaby. Nie warto.

Warto natomiast każdego dnia zadać sobie takie pytania: co mnie uszczęśliwia? Co mogę fajnego zrobić dzisiaj dla siebie? A co dobrego mogę dać innym? Jak sprawić, żeby to był cudny dzień? Co wybrałaby dzisiaj miłość? Za co jestem wdzięczna? Co kocham? Co podziwiam w sobie? Za co kocham swojego męża? Co mnie zachwyca? Odpowiedzi na te pytania budują prosperującą świadomość i sprawiają, że nasze życie staje się wyjątkowe.

Bogusława M. Andrzejewska

Dekodowanie i Kodowanie

Najpierw oczyszczamy stare, niekorzystne wzorce, a potem na ich miejsce wprowadzamy nowe. Metoda ta służy nam we wszystkich obszarach, które chcemy uzdrowić. Myślę, że może być potrzebna każdemu, kto chce być szczęśliwy i świadomie kreować swoje życie. Oczywiście podobnie działających technik jest więcej  najpopularniejszą z nich jest chyba praca z afirmacjami. Zbliżone efekty przyniesie też polecana przeze mnie stale metoda Evelyn Monahan.

Oczywiście na tym nie koniec wyliczania. Jest jeszcze Dwupunkt lub Kwantowa Synchronizacja, Metoda Silvy czy Modlitwa Huny, a wreszcie żmudne i pracochłonne EFT. Kodowanie ma nad nimi wszystkimi ogromną przewagę – jest szybkie. Zajmuje około 3-5 minut. Jest proste. Nie wymaga uczestnictwa w drogim szkoleniu. Jest zatem doskonałe dla wszystkich, którym brakuje czasu lub po prostu nie mają cierpliwości na długotrwałe testowanie.

Tu dygresja  ciekawa skądinąd metoda EFT rzadko zdaje egzamin właśnie dlatego, że jest żmudna, wymaga cierpliwości. I rzecz nie w tym, że brakuje nam czasu na pracę nad własnym rozwojem. Oczywiście na to chwila zawsze się znajdzie. Natomiast życie jest zbyt pasjonujące, by przeleciało nam między palcami na opukiwaniu siebie. Człowiek w swej istocie jest twórczy, chce kreować coraz to nowe rzeczy, dlatego też poszukuje sposobów, które nie zabiorą mu pół dnia. To nie lenistwo, lecz potrzeba działania na wielu płaszczyznach. Każdy z nas jest tu na Ziemi w ważnym celu i ma coś do zrobienia, dlatego nie można całymi dniami opukiwać swoich emocji. Znudzona podświadomość przestanie w końcu reagować.

I w tym miejscu kodowanie jest absolutnym hitem! Zawsze jest czas by przekodować swój niewygodny wzorzec i nie musimy się obawiać, że podświadomość się znudzi czy zniecierpliwi. Podświadomość jest trudnym partnerem do pracy  wymaga metod ciekawych i szybkich, jak każde małe dziecko, które szybko się rozprasza. Zatem tak gorąco jak odradzam EFT, tak mocno polecam kodowanie.

Autorką tej metody jest znakomita nauczycielka Psychologii Sukcesu Sandra Anne Taylor. Szczegóły techniki opisała w książce „Kwantowy Kod Uzdrawiania”. Dzielę się tą metodą, opierając się na własnym pozytywnym doświadczeniu. Opisuję poniżej, jak na sobie wykonuję to proste ćwiczenie. Zainteresowanych zachęcam oczywiście do poszerzenia wiedzy odpowiednią lekturą.

Dekodowanie

  1. Siadam i odprężam się głębokim, powolnym oddechem.
  2. Zamykam oczy i przyjmuję pozycję „dekodowania” dwoma palcami każdej dłoni dotykam czoła w pobliżu czakry „Trzeciego Oka”.

  1. Wzrok pod zamkniętymi powiekami kieruję do góry, jakbym chciała spojrzeć na czoło i szóstą czakrę.
  2. Wypowiadam oświadczenia dekodowania najpierw dłuższe.

Np. Dekoduję schemat braku czasu na radość i cieszenie się życiem.

Np. Dekoduję lęk przed załatwieniem sprawy w urzędzie.

Np. Dekoduję zniecierpliwienie sytuacją i ludźmi.

Potem krótsze.

Np. Dekoduję brak czasu. Dekoduję brak radości.

Np. Dekoduję lęk.

Np. Dekoduję zniecierpliwienie.

  1. Z wydechem wypowiadam mocne, końcowe oświadczenie: UWALNIAM TO WSZYSTKO.
  2. Wyobrażam sobie, jak negatywne wzorce w postaci szarego dymu uwalniają się z lewej strony mojej głowy.
  3. Głęboki oddech kończy tę część, opuszczam dłonie i otwieram oczy.

Po chwili przerwy koniecznie należy zakodować właściwy wzorzec.

Kodowanie

  1. Odprężam się głębokim, powolnym oddechem.
  2. Zamykam oczy i przyjmuję pozycję „kodowania” dwoma palcami PRAWEJ dłoni dotykam czoła w miejscu czakry „Trzeciego Oka”.

  1. Wzrok pod zamkniętymi powiekami kieruję do góry, jakbym chciała spojrzeć na czoło i szóstą czakrę.
  2. Uśmiecham się do siebie i swoich myśli. Wypowiadam oświadczenia kodowania najpierw dłuższe.

Np. Koduję radość i umiejętność cieszenie się życiem. Koduję posiadanie czasu na to wszystko, co kocham.

Np. Koduję spokojne i odważne załatwianie wszystkich spraw. Koduję poczucie bezpieczeństwa.

Np. Koduję akceptację sytuacji i ludzi. Koduję miłość i serdeczność do świata i ludzi.

Potem krótsze.

Np. Koduję radość. Koduję czas dla siebie.

Np. Koduję odwagę. Koduję spokój.

Np. Koduję akceptację. Koduję miłość.

Na koniec powtarzam same pozytywne słowa:

Np. Radość. Dobry czas.

Np. Odwaga. Bezpieczeństwo. Spokój.

Np. Akceptacja. Miłość. Życzliwość.

  1. Zatwierdzam to wszystko pozytywną afirmacją: NOWE, POZYTYWNE ŚCIEŻKI NEURONOWE LŚNIĄ W MOIM UMYŚLE albo MOJA PODŚWIADOMOŚĆ TERAZ TWORZY MOJE SZCZĘŚCIE.
  2. Kończę głębokim, powolnym oddechem, opuszczam dłonie i otwieram oczy.

To naprawdę cały proces. Zajmuje 3-4 minuty. Genialne, jak dla mnie.

Długość trwania ćwiczenia jest zależna od ilości wypowiadanych oświadczeń, ponieważ kodując mówimy kilka zdań. Warto je sobie przygotować wcześniej. Można je napisać na kartce przed wykonaniem kodowania. Co prawda w trakcie nie otwieramy oczu i nie czytamy, ale zapisanie pomaga zapamiętać to, co najważniejsze. Jeśli na przykład dekodujemy zniecierpliwienie ludźmi czy sytuacją, możemy w jednym ćwiczeniu zakodować sobie różne wersje podejścia do tematu:

– Koduję bezwarunkową miłość do każdej czującej istoty.

– Koduję akceptację ludzi i ich zachowań.

– Koduję spokój i życzliwe podejście do innych osób.

– Koduję miłość do siebie i innych.

– Koduję komfort w kontaktach z innymi.

– Koduję wspierające mnie słowa i działania innych osób.      …itp.

Możliwości jak zawsze jest sporo. Osoby, które pracowały bądź pracują z afirmacjami, z przyjemnością wykorzystają kolejny sposób na tworzenie korzystnych określeń dla siebie. Oświadczenia kodowania bardzo przypominają afirmacje  są wyłącznie pozytywne, nie zawierają negatywnych pojęć ani też słówka „nie” czy „chcę”. Jest to więc nowa przestrzeń do pozytywnej zabawy.

Bogusława M. Andrzejewska