Prosperita w biznesie

Prosperita to nie tylko Prawo Przyciągania i zasady pozytywnego myślenia. To sposób na życie, a nawet więcej – permanentne bycie w przepływie dobrych myśli i dobrych energii. W istocie najważniejsze jest, aby mieć w sobie pozytywne nastawienie do świata we wszelkich jego przejawach. To coś więcej niż tylko słowa. To odczuwanie wszechogarniającej akceptacji wszystkich zjawisk i ludzi. Bycie w miłości, w spokoju, w zgodzie ze sobą i światem. Nie wystarczy mówić miłych rzeczy, trzeba w nie wierzyć i odczuwać na poziomie każdej swojej komórki, że to właśnie twoja prawda, odzwierciedlająca twoją rzeczywistość.

Prosperita w biznesie proponuje stosowanie zasady Złotej Czwórki, która polega na szacunku i akceptacji otaczających nas ludzi: klientów, podwładnych, współpracowników i przełożonych. Dlaczego warto z sympatią odnosić się do klienta, wie każdy z nas. Zadowolony z mojej usługi czy towaru człowiek, wróci do mnie i ponadto pocztą pantoflową poleci mnie swoim znajomym. Nie ma lepszej reklamy.

Sympatia dla podwładnego, to już sprawa trudniejsza, szczególnie jeśli spóźnia się do pracy, źle rozlicza godziny i lubi w czasie obowiązków rozmawiać przez telefon. Tymczasem we Wszechświecie panuje wyjątkowa harmonia i każda sytuacja jest darem dla mnie. Jeśli jakaś cecha pracownika mnie denerwuje, to warto poszukać w sobie jej odpowiednika. Uzdrowienie mojego własnego problemu sprawi, że pracownik zmieni się korzystnie lub odejdzie, robiąc miejsce swojemu lepszemu następcy. Odnosząc się z autentyczną sympatią i wsparciem do człowieka, który dla mnie pracuje, motywując go godziwym wynagrodzeniem lub nawet premią, podnoszę jego poczucie własnej wartości. Sprawiam, że on stara się być coraz lepszy i coraz życzliwiej patrzy na świat, w tym także na mnie i na klientów, których w moim imieniu obsługuje. Same korzyści – zapewniam: także wymierne.

Jeśli pracuję na etacie i mam obok siebie kolegę na podobnym stanowisku, zasada jest podobna, choć bezpośrednie działanie wygląda inaczej. Mój życzliwy stosunek i sympatyczne traktowanie wpływa na tę osobę w pozytywny sposób. Każdy z nas oczekuje akceptacji i wsparcia, każdy zatem otwiera się na dobre traktowanie. W ten sposób możemy wzmacniać inną osobę, pomagając jej wspinać się po szczeblach rozwoju. Jeśli koleżanka awansuje, a ja zostaję w tyle, to jej osiągniecie mnie inspiruje do działania. Skoro ona mogła, to ja również mogę dążyć do wypracowania swojego sukcesu.

W prosperującej świadomości nie ma miejsca na zazdrość. Jeśli szef faworyzuje kogoś innego – to wskazówka, by uzdrowić w sobie niską samoocenę. Taka sytuacja nie jest kamieniem rzucanym nam na głowę przez wyimaginowany los, lecz logiczną konsekwencją tego, co nosimy w swojej podświadomości. Jeśli jestem profesjonalna i miła, a pomimo tego szef mnie nie docenia, to znaczy, że w mojej podświadomości tkwi zapomniany wzorzec niedowartościowania. Trudna sytuacja pojawiła się na moje zaproszenie, bym podniosła swoje poczucie własnej wartości, bo to właśnie ono jest trampoliną do prawdziwego sukcesu.

Wiara w siebie i przekonanie o swoim profesjonalizmie powinny wibrować mocno w każdej komórce naszego ciała. Wówczas wysyłamy do Wszechświata informację: „oto jestem gotowa na sukces! Oto zasługuję na bogactwo materialne i bardzo wysokie zarobki”. To nie tylko same pozytywne myśli, lecz raczej głębokie przekonanie, które ulokowało się w głębi naszej podświadomości. To stan wypracowany poprzez nawyk życzliwego oceniania siebie, tolerancji dla własnych słabości, nagradzania siebie za każde osiągnięcie i pogodnego stosunku do swojej osoby. Powtarzanie pięknych afirmacji jest zaledwie drogą do celu. Jeśli nawet myślę pozytywnie i twórczo działam, lecz w głębi duszy nie doceniam swoich możliwości i umiejętności, to Wszechświat jak lustro odbijać będzie moje wątpliwości i zsyłać niewypłacalnych klientów, reklamacje oraz rozmaite problemy.

Wysokie poczucie własnej wartości tworzy w nas poczucie, że zasługujemy na wszystko, co najlepsze: na sukces, na pieniądze, na nagrodę lub premię. Wzmacnia również efekty stosowania Złotej Czwórki, ponieważ jeśli naprawdę lubię siebie, to z łatwością dostrzegam dobre strony w drugim człowieku. Moja akceptacja innych jest wówczas autentyczna, a poprzez to ludzie reagują na mnie z sympatią, ponieważ czują we mnie pozytywne nastawienie. Jest to zatem i klucz do dobrych relacji w różnych okolicznościach. A ponadto najlepszy sposób na rozwijanie asertywności. Człowiek z wysoką samooceną nie poddaje się manipulacji i nie pozwala na to, by inni go wykorzystywali. To jedna z największych tajemnic każdego sukcesu: wysokie poczucie własnej wartości. Nie sposób go przecenić.

 Bogusława M. Andrzejewska

Tworzenie

Życie ma być twórcze, a nie wygodne – to jedna z kluczowych zasad, którymi się kieruję. Każdy od razu zauważy, że to pozytywne przesłanie, bo twórczość nie wyklucza bycia szczęśliwym, zdrowym i radosnym. Jedynie popycha nas w stronę samospełnienia. Bez poszukiwania własnej samorealizacji nie odnajdziemy sensu naszego życia. Jeśli będziemy kierować się wyłącznie komfortem i tym, by jak najłatwiej przejść bez życie, leżąc do góry brzuchem, nie odnajdziemy żadnego celu w swoim istnieniu.

Wbrew pozorom ten cel jest bardzo ważny. Jak napisałam w artykule o długowieczności, człowiek, który nie wie, po co żyje, szybciej umiera. Jesteśmy spójnym i mocno związanym układem ciała i duszy. Nasza psychika potrzebuje motywacji, aby odnawiać komórki i uruchamiać proces uzdrawiania w razie potrzeby. Dlatego też ludzie pełni pasji i rozmaitych zainteresowań nie tylko dożywają późnej starości, ale też cieszą się lepszym zdrowiem. W przeciwieństwie do nich, te osoby, dla których jedynym sensem życia jest zrobienie obiadu i „zabijanie” czasu oglądaniem telewizji, chorują i szybko odchodzą.

To „zabijanie czasu” jest zresztą dosyć wymownym elementem podejścia do swojego istnienia. Wygląda to tak, jakby ktoś chciał, aby życie, jak najszybciej minęło… Czas jest darem do wykorzystania. Jest nam dany po to, byśmy mogli określać samych siebie i odkrywać swoje wewnętrzne piękno. Każda nasza myśl i każde działanie stwarza nas samych i naszą wizję bycia tutaj na Ziemi. Nie trzeba być rzecz jasna w biegu. Można leniwie cieszyć się każda chwilą i doświadczać zachwytu lub miłości. Takiego pięknego  doznania z całą pewnością nie nazwiemy „zabijaniem czasu”.

Osoby twórcze zmagają się częściej z brakiem wolnej chwili, bo tyle ciekawych rzeczy mają zaplanowanych do wykonania. Co ważne – osoby twórcze są szczęśliwe i nie mają nawet głowy do tego, by się zamartwiać. Raczej trzeba im czasem przypominać, żeby znalazły taki moment, w którym pozwolą sobie odpocząć, usiądą spokojnie z filiżanką herbaty w dłoni, by docenić piękno chwili. To takie cudowne zanurzenie się w Tu i Teraz, które inspiruje do kolejnych ciekawych pomysłów.

Bycie twórczym jest nierozerwalnie związane z naszym wewnętrznym dzieckiem. To ono szepcze nam do ucha ciekawe rozwiązania nawet starych spraw. To jego wyobraźnia jest niczym nie ograniczona.  To tam drzemie cała ogromna kopalnia inspiracji. Najbardziej twórcze są te osoby, które umieją docenić tę niezwykłą cząstkę swojej osobowości.  Błędem byłoby odcinanie się od swojego wewnętrznego dziecka i pozowanie na „strasznie poważnego” dorosłego. Dorosły ma co prawda wiele zalet, ale bez dziecięcych marzeń, niczego nie osiągnie.

Twórczość uszczęśliwia. Nie mam co do tego wątpliwości. Kiedy możemy realizować samych siebie, kiedy możemy naprawdę robić coś, co nam w duszy gra, czujemy całym sobą sens swojego istnienia. Na własnym przykładzie widzę, jaką moc ma bycie twórczym. Zawsze, kiedy uda mi się znaleźć czas na najważniejsze rzeczy – czyli na te, które uwielbiam robić – moje wewnętrzne akumulatory dostają niesamowite doładowanie. Wzrost energii wiąże się z poczuciem szczęścia i zachwytu życiem. Czuję się wtedy spełniona, na właściwym miejscu, we właściwym czasie.

Bywają i takie dni, kiedy mam sporo innych obowiązków i nie udaje mi się napisać nawet jednego akapitu ani popracować z grafiką. Wtedy wieczorem czuję niedosyt i lekki smutek. Myślę, że każdy z nas ma takie dni, bo życie domaga się od nas wielowątkowości. Ale także asertywności i umiejętności rozróżniania tego, co ważne, od tego co mniej istotne. Jeśli mam więcej takich „pustych” dni, zaczyna mi spadać energia. Fakt, że umiem ją sobie podnieść, nie zmienia płynącej z tego niezwykle ważnej informacji: to bycie twórczą ładuje mnie energetycznie.

Twórczość wiąże się często z pasją. Każda pasja opiera się na byciu pełnym inspiracji w jakiejś dziedzinie, chociaż nie każde kreatywne działanie zamienia się w pasję. Jeśli kochamy to, czym się zajmujemy, to dostajemy motywację do życia i niesłabnące źródło radości. Często powtarzam, że takiej osobie nie grozi depresja. Kiedy rano otwiera oczy, to od razu cieszy się jej buzia, na samą myśl, że będzie robić coś fajnego. Osoby z pasją uwielbiają poranki i możliwość rozpoczynania swoich prac. Podobnie ze smutkiem witają późne wieczorne godziny i konieczność zakończenia tego, co robią, by pójść spać.

Czasem może się zdarzyć, że czujemy tę wewnętrzna potrzebę kreatywności, ale nie wiemy, co mamy robić. Tak też bywa. Życie wydaje nam się puste, poszukujemy, biegamy z kursu na kurs, czytamy różne książki, a wewnątrz trawi nas niepokój, bo coś gdzieś jest… tylko nie wiemy co i gdzie. Najprościej zadać sobie wówczas pytanie: co najbardziej lubię robić? Co mnie “nakręca”? Odpowiedź będzie drogowskazem prowadzącym do odkrycia swojej pasji. Trzeba tylko sobie zaufać.

Z tym zaufaniem też bywa różnie. Mam znajomą, która ciągle pyta Karty Aniołów, co powinna w życiu robić, aby poczuć spełnienie. Odpowiedź stale pada podobna, lecz ona nie wierzy i powtarza, że nie rozumie. Tę samą wskazówkę usłyszała ode mnie, kiedy interpretowałam jej program karmiczny. A co ważne – jest to coś, co ogromnie lubi robić. Jednak nie chce się tym zająć, bo… nie wierzy w siebie i w to, że mogłaby to właśnie wybrać na cel swojego życia. Nieśmiało spróbowała, blokując wszystko brakiem wiary i powtarzając pod nosem, że i tak nic z tego nie będzie. Jej twórczy umysł sprawił, że stało się tak, jak chciała i nic nie wyszło. Odczuła jednak mnóstwo radości z samego działania… Szkoda, że nie podążyła za tą radością, lecz nadal pyta o to samo i nic nie robi. A jest to człowiek niebywale wręcz twórczy. Ma mnóstwo wspaniałych pomysłów każdego dnia.

Jednym ze sposobów odnalezienia właściwej drogi i swoich unikalnych talentów jest horoskop karmiczny. Ponieważ jest to mój autorski pomysł, nie wiem, czy inni astrolodzy robią coś takiego. Wbrew nazwie, nie analizuję minionych wcieleń, lecz skupiam się na opisaniu programu duszy na to właśnie życie, w którym jesteśmy – tu i teraz. Program ten pokazuje, co mamy do zrobienia, przedstawia naszą szczególną misję i odkrywa nasze specjalne zdolności. Pozwala nam żyć w harmonii ze sobą, działać i pracować w równowadze wibracyjnej z naszą duszą.

Świat nie jest aż tak skomplikowany, byśmy musieli iść z tym pytaniem do wróżki. Chociaż lepiej poprosić o położenie kart, niż robić cokolwiek na ślepo i zagłuszać prawdziwy głos duszy. Może się zdarzyć, że o wiele głośniejszy będzie lament niskiego poczucia wartości i rzucimy się na robienie czegoś, co wcale nie jest naszym życiowym celem. Możemy wybrać sobie coś, co ma nas dowartościować lub sprawić, że wymagający rodzic wreszcie będzie z nas dumny. A to nie o to chodzi w naszym życiu. W ten sposób tylko wypadamy z harmonii i podążamy cudzą ścieżką.

Warto pamiętać, że żyjemy tutaj dla siebie, a nie dla rodziców, ani tym bardziej po to, by mogli się nami chwalić przed sąsiadami. Wszyscy mamy prawo do bycia szczęśliwymi. To także jest wpisane w każdy los, bo nie jesteśmy tutaj, by cierpieć. Cierpienie, dyskomfort psychiczny, poczucie pustki to tylko wskazówki, że podążamy niewłaściwą ścieżką, że coś trzeba zrobić, czymś się zająć, czegoś nauczyć albo coś nowego zrealizować. Swoją misję poznamy po tym, że da nam szczęście i poczucie spełnienia. Poza tym robiąc to “coś”, poczujemy – jak moja znajoma – mnóstwo radości. Drogowskazy są wszędzie. Właściwą ścieżkę poznajemy po najpiękniejszych emocjach. 

Bogusława M. Andrzejewska

Terapia mocno rekomendowana

Reklama dźwignią handlu, co do tego nie mamy wątpliwości. Rekomendacje i oceny towaru też się nam przydają. Kiedy wybieram się do restauracji, mogę skorzystać z opinii innych klientów, chwalących „kaczkę na dziko” i spróbować im zaufać. Do stracenia nie mam nic. Jeśli danie okaże się przypalone, po prostu nie zapłacę za obiad.

Jednak zupełnie inaczej rzecz ma się z usługami np. doradztwa czy terapii. Reklama zawsze jest w porządku. Kiedy jednak widzę, że „terapeuta” czy doradca zamieszcza na swoim blogu liczne opinie zadowolonych klientów, natychmiast włącza mi się czerwone światełko. I jest to naturalny odruch, bo w tej dziedzinie – inaczej niż w przypadku sprzętu AGD czy usług gastronomicznych – rekomendacje budzą poważne wątpliwości.

Przede wszystkim dlatego, że osoba, która musi podpierać się pochwałami klientów, aby zdobyć kolejnych, ma przerażająco niskie poczucie wartości. Jak zatem korzystać z kursu czy poradnika „Poznaj swoją  wartość i zacznij cenić siebie”, jeśli widać gołym okiem, że autor jest zakompleksiony? To tak, jakbyś powierzył swój tekst do korekty komuś, kto sam robi błędy ortograficzne! Jaki to ma sens? Czy nie lepiej poszukać dobrego specjalisty, który emanuje prawdziwą radością życia i pewnością siebie?

Nie odkryję też Ameryki, jeśli napiszę, że 99 procent owych pochwalnych wpisów to produkcja własna autora blogu. Po czym to poznać? Po pierwsze, zastanówmy się, jakie jest prawdopodobieństwo, że w wielkiej przestrzeni Internetu dwie obce osoby wpisują w odstępie 3 minut peany typu: „superrrr! Ależ piękny kurs!”. Po drugie: na ile wiarygodne są pochwały kursu on-line, który został wstawiony do sieci tydzień temu, a klienci już mają efekty i na przykład aż trzy osoby schudły już cztery kilo. Kto schudnął 4 kilo w przeciągu tygodnia dzięki internetowemu kursowi ręka w górę!

Po trzecie: od lat zajmuję się redakcją i publikacją, potrafię zatem wyłapać styl pisania danej osoby. Jest on zazwyczaj niepowtarzalny jak odcisk palca. Jak zatem wytłumaczyć fakt, że 5 wpisów pochwalnych umieściła na blogu jedna i ta sama osoba, podpisując się 5 różnymi imionami? Wszak nikt tego nie sprawdzi i nie udowodni, bo nie możemy zażądać kontaktu do rzekomego „Irka” czy „Magdy” – chroni ich przepis dotyczący poufności danych. Jakież to wygodne dla takiego zakompleksionego blogera!

Po czwarte: duże przedsiębiorstwa handlowe zatrudniają na etat osoby, których zadaniem jest wpisywanie pozytywnych opinii w internetowych sklepach, jest to naturalna powszechnie stosowana praktyka. Cena jednego pochwalnego wpisu waha się od 1,5 do 3 zł. Pisza o tym popularne magazyny. Żadna to nowość, że można kupić pochwalne peany produktu, nawet takiego, który w ogóle nie istnieje, bo zawodowi “wpisywacze” pochwał nie są zainteresowani faktami, mają swoje gotowce. Zakładam, że wy również o tym wiecie. Dlaczego zatem znudzona brakiem klientów terapeutka nie może poświęcić pół godziny na wpisanie sobie za darmo paru dobrych słów, których nie dostaje od ludzi, bo nikt do niej nie przychodzi?

Po piąte: autentyczne komentarze na blogach rozpoznajemy po różnorodności. Ludzie wpisują oceny, zadają pytania, dzielą się spostrzeżeniami, mają swoje dodatkowe uwagi. Fałszywe to wyłącznie peany na cześć autora. Jak widzisz rząd samych pochwał w stylu: „ależ to superrr! Moje życie się zmieniło od tej jednej książki” to niech i tobie zapali się czerwone światełko. Jesteśmy różni, mamy różne gusta i niepowtarzalny sposób wyrażania siebie. Wpisy powinny być zróżnicowane.

Po szóste: jeśli masz wątpliwości, zawsze możesz sam sprawdzić. Wystarczy na takim podejrzanym blogu wstawić nieprzychylną opinię. Nie namawiam tu do złośliwości, a jedynie oceny typu: „nie podoba mi się, mam inne zdanie”. Uczciwy doradca zamieści twój wpis, może nawet zachęci cię do polemiki i zapyta, dlaczego. Nieuczciwy usunie wpis, ponieważ negatywna ocena psuje mu starannie układane nieszczere pochwały.

Nawiasem mówiąc wpisywanie sobie samemu rekomendacji to zwykłe oszustwo. Ja nie chciałabym iść do terapeuty-oszusta. Ale to już twoja suwerenna decyzja. Być może uznasz, że to przejaw sprytu i tego właśnie chcesz się od takiego doradcy nauczyć. Wówczas: powodzenia!

Po siódme: za kupno dobrej lodówki czy wspaniałych wczasów można zamieścić wielkie oficjalne podziękowanie w necie. Jeśli jednak dzięki terapeucie czy doradcy przeszłaś zwycięsko rozstanie lub żałobę i nie poddałaś się myślom samobójczym, to nie jest to temat nadający się do publikacji. Klientka prędzej wyśle ci kosz kwiatów niż napisze o tym w sieci. Dlatego też właśnie cukierkowe pochwały na stronach proponujących poradniki, konsultacje i kursy rozwoju osobistego budzą tyle moich wątpliwości. Jakoś trudno mi bez zastrzeżeń wierzyć w autentyczność wpisu o treści mniej więcej: “byłam gruba, brzydka i leniwa, a dzięki twojemu godzinnemu kursowi internetowemu stałam się mądra, szczupła i szczęśliwa.” Trudno przyjąć, że najbardziej nawet zobowiązany klient będzie sam siebie piętnował pisząc: “gdyby nie twój cudowny kurs nadal pozostałbym beznadziejnym, grubym nieudacznikiem”. Trudniej tym bardziej, że z doświadczenia wiem, co zawierają listy od wdzięcznych klientów. To wspaniali wartościowi ludzie, którzy potrzebowali mojego wsparcia w jakimś jednym maleńkim kawałku swojego życia. Tylko jednym. Proponuję: nie ufajcie takim doradcom, którzy podnoszą swoje poczucie wartości kosztem wymyślonych “beznadziejnych, nieszczęśliwych grubasów”.

Ponieważ wykonuję usługi, ja również dostaję piękne listy z podziękowaniami od klientów. Co najmniej raz w tygodniu czytam ciepłe słowa pod swoim adresem i to mnie oczywiście ogromnie cieszy, a nierzadko ogromnie wzrusza. Dzięki temu wiem, że to, co robię jest dobre i wartościowe. Wiem, że sprawdzam się w tym, co robię. Kilka lat temu jeden z listów wręcz wycisnął mi łzy emocji z oczu. I przez jeden krótki moment pomyślałam: „och jakie to piękne! Mogłabym to zamieścić w dziale REKOMENDACJE, niech ludzie czytają…” i tu w domyśle: „…jaka jestem wspaniała”. W tym samym momencie zawstydziłam się takiego pomysłu. Bo od razu zobaczyłam, że przechwalanie się nie jest zupełnie w moim stylu. Ponadto zauważyłam, że w tym liście jest wiele bardzo osobistych przemyśleń i faktów z życia mojej klientki. Jak to zamieścić, bez naruszania jej prywatności? Na koniec poczułam, że to podziękowanie również i dla mnie jest czymś… bardzo osobistym. Do schowania w sercu, a nie do zamieszczania w sieci.

Nie bez powodu piszę wyłącznie o usługach terapeutycznych. To moja działka. Znam się na tym i dlatego wypowiadam. Nie zabieram natomiast głosu na temat rekomendacji sprzętu RTV czy innych usług. Nie ma dla ciebie znaczenia, czy telewizor sprzeda ci zakompleksiony sprzedawca, bo ważne jest, aby sprzęt był sprawny, dobry i spełniał twoje oczekiwania. Psychologiczny portret sprzedawcy nie ma tu znaczenia. Inaczej sprawa ma się w sytuacji, kiedy sam szukasz pomocy, bo życie traci dla ciebie sens i czujesz się nieszczęśliwy. Jeśli dasz się złapać w sidła niekompetentnego „pseudoterapeuty”, to może się to skończyć żałośnie dla ciebie.

Na pewno każdy zauważył, że są w Internecie specjalne fora, na których można wymieniać się opiniami na temat firmy, towaru czy usług. To są dobre miejsca, można spokojnie poczytać wszystkie za i przeciw. Nawet, jeśli ktoś podszywając się pod cudze imię, wpisze swojej firmie pochwały, to nie będzie w stanie wykasować uwag krytycznych i pewna równowaga zostanie zachowana.

A zdecydowanie najlepsza jest „poczta pantoflowa”. Znakomita większość moich klientów to znajomi osób, które korzystały kiedyś z moich usług. Bardzo mi się to podoba, nie tylko dlatego, że lista zainteresowanych rozszerza się w postępie geometrycznym. Przede wszystkim ja sama taką formę rekomendacji preferuję. Jeśli szukam specjalisty od np. Feng Shui to pytam moich znajomych: kogo mi polecasz? Jeszcze nigdy się nie rozczarowałam. Wam również taką metodę sugeruję.  W epoce Facebooka i komunikatorów internetowych naprawdę lepiej zapytać kogoś, niż grzebać w wyszukiwarce i czytać peany pod blogiem, zastanawiając się: „sama sobie wpisała, czy rzeczywiście jest dobra?”.

Bogusława M. Andrzejewska

Harmonia odtwórcy

Mam swoich naśladowców w sieci. To nic złego, to tylko oznacza, że jestem naprawdę świetna, jeśli ktoś zapożycza ode mnie większość tematów, pomysłów, form graficznych, a nawet tak prostych drobiazgów, jak sposób pozdrawiania. Wiedza, którą udostępniam jest dla wszystkich, zatem nie przeszkadza mi, że ktoś „ściąga” publikowane przeze mnie treści i podaje dalej na swojej stronie, lekko zmienione. I tak sprzedaję wodę na brzegu rzeki – przecież prosperita to sposób szczęśliwego życia w miłości i radości, to coś tak oczywistego, że nosimy to uśpione w każdej komórce swojego ciała. Nic tu nie jest moją własnością, poza prywatnymi zdjęciami.

Bardzo mnie w tym zjawisku ucieszyło, że moi naśladowcy także pilnie uczą się ode mnie. Na przykład: zamieniają niekorzystne słowo „obfitość” na dobrostan, dobrobyt i bogactwo – na co niedawno zwracałam uwagę w swoim artykule. Zmiana nazewnictwa nastąpiła oczywiście zaraz po tym, jak opublikowałam swój artykuł w sieci. A to znaczy, że osoby te pilnie czytają moją stronę i rozwijają się dzięki energii, która jest w każdym moim słowie. To ważne, ważniejsze niż szybkie zamieszczenie faviconki zaraz po tym, jak ten drobiazg graficzny pojawił się u mnie. Obrazek nie ma znaczenia, a właściwe nazewnictwo tak, ponieważ słowa mają moc.  Cieszę się, że oprócz setek studentów i klientów, dla których jestem autorytetem, mam także ukrytych pilnych uczniów, którzy skrupulatnie czerpią ode mnie wiedzę w wielkiej tajemnicy. Jestem dumna tym bardziej, że to doradcy, prowadzący blogi o psychologicznej treści, a więc śmiało mogę powiedzieć: jestem nauczycielem dla nauczycieli i psychologiem dla psychologów. Jestem The Best !

Czasem tylko zastanawiam się, dlaczego ludzie nie działają w harmonii serca, lecz udają kogoś, kim nie są. Nie mam wątpliwości, że ktoś, kto podąża własną ścieżką nie musi powielać cudzych wzorców. W pewien sposób wszyscy się oczywiście uczymy – przede wszystkim przez własne doświadczenie, ale też przez książki, audycje, nagrania. Jednak to, co jest pieśnią naszej duszy, przychodzi z wnętrza. Kiedy piszę dla Was kolejny artykuł na swoją stronę, to dlatego, że on sam do mnie przychodzi. Spływają słowa i zdania, spływają argumenty. Krążą we mnie, kiedy zmywam naczynia i spaceruję. Uspokajają się dopiero wtedy, kiedy przeleję je na papier lub ekran komputera. W gruncie rzeczy są jednak tylko moje. Oczywiście – sama inspiracja może przyjść z zewnątrz – z wydarzenia, spotkania, przeczytanej książki. A nawet jak w tym wypadku: z przypadkowego trafienia na jeden z blogów. Potem jednak wszystko, co tworzę, jest już tylko moim przemyśleniem.

Często zadaję sobie pytanie, jaki jest sens podążania cudzymi ścieżkami? Harmonia serca to stan pełnego rozumienia własnej duszy i realizowania tego, co jest naprawdę ważne dla nas. Czujemy to w sobie. Nie musimy tego szukać na stronach innych ludzi. Odnajdujemy to w każdym swoim oddechu, wiedząc, że jesteśmy absolutnie unikalni i doskonali tacy, jacy jesteśmy. Idąc za głosem własnego serca, dostajemy w darze błogość szczęśliwego życia i poczucie spełnienia. Nic nam tego nie zastąpi i nie znajdziemy klucza do własnych drzwi w cudzej kieszeni.

Stale powtarzam, że każdy z nas powinien myśleć samodzielnie, a najlepszy drogowskaz znajdziemy we własnym wnętrzu. Kiedy słuchamy siebie, realizujemy plany własnej duszy. Aby przybliżyć ten temat, wprowadziłam nawet osobny rozdział dotyczący harmonii serca, bo uważam, że rozumienie tego pojęcia jest kluczowe dla naszego rozwoju. Tego właśnie dotyczy – autentyczności. Zaufania w to, że jest się doskonałym takim, jakim się jest i nie potrzeba dowartościowywać się kopiowanymi od innych określeniami i pomysłami. A może lepiej usiąść spokojnie i podążyć uwagą w sam środek własnego serca, by zapytać: co jest dla mnie najlepsze? Czym powinienem się zająć? W jakim obszarze będę twórcą, a nie odtwórcą?

Nie mam monopolu na całą wiedzę Wszechświata i czasem nie znam odpowiedzi na takie pytanie, jak sensowność naśladownictwa. Dostrzegałam tu tylko działanie przeciw sobie i samooszukiwanie. Taka dusza odchodzi z tego świata z długiem karmicznym, aby w kolejnym wcieleniu ponownie przymierzyć się do swojego prawdziwego celu. Kiedy jednak przemedytowałam swoje wątpliwości, pojawiła mi się informacja, że czasem celem życia jest właśnie naśladownictwo samo w sobie. Takie osoby spełniają tu na ziemi ważną misję – są kopiarką dla treści, które powinny dotrzeć do jak największej ilości osób. Dzięki temu, że podają dalej dobre myśli i pozytywne nauki, umożliwiają wzrastanie większej ilości osób. Czasem listonosz, który doręcza list jest równie ważny jak nadawca, który zawarł w liście całą swoją miłość.

Wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni i współistniejemy w harmonii. Pozornie trudno dostrzec harmonię tam, gdzie obok twórcy wyrasta odtwórca. Jednak z duchowego punktu widzenia, oboje współpracują ze sobą, a ich role są równie ważne. Najciekawsza książka bez wydawcy i księgarni straci swoja wartość, bo nikt nie będzie wiedział o jej istnieniu. Podobnie z wartościową wiedzą – powinna być rozpowszechniana na wszelkie możliwe sposoby. Jest mi niezmiernie miło, że to moje słowa, pomysły i określenia są naśladowane.

To ważna lekcja, bo w dualnym i materialnym świecie bardzo mocno przywiązujemy się do podziału: to jest moje, a to twoje. Prawa autorskie spędzają ludziom sen z powiek. Tymczasem wszystko to, co robimy dla dobra innych, jest wspólne. Nigdy nie miałam problemu z poczuciem własności. Zdarzało mi się trafić w sieci na swoje teksty podpisane cudzym nazwiskiem lub wcale nie podpisane. Traktowałam je jako mój dar dla świata i cieszyłam się, że komuś się aż tak spodobały, że chciał je opublikować. Nie przeszkadza mi to, błogosławię każdego, kto z ciekawością przeczyta to, co mam do przekazania.

Bogusława M. Andrzejewska

Lenistwo

Niemal od chwili przyjścia na świat słyszymy ze wszystkich stron nakazy, by pracować: więcej, szybciej, wydajniej. Już jako dzieci odbieramy i kodujemy w sobie błędne zasady: „bez pracy nie ma kołaczy” lub „praca uszlachetnia”. Większość z nas utrwala w sobie taką presję, przyjmując ją za stan normatywny. Kiedy jako dorośli trafimy do korporacji, z dnia na dzień będziemy odczuwali przymus działania coraz większy i większy, ponieważ każda korporacja bazuje na wyciskaniu z człowieka maksimum jego możliwości. Jeśli ponadto trafimy na trenera rozwoju, który utrwali w nas tego typu błędny wzorzec, możemy przemęczyć się przez większość życia w pogoni za… mitem. Pamiętajmy: harmonia znajduje się zawsze w złotym środku. Trochę pracy, dzięki której realizujemy samych siebie nikomu nie zaszkodzi. Ale równie mocno potrzebujemy w życiu tej jakości, którą powszechnie nazywa się lenistwem.

Wysiłek fizyczny lub umysłowy powoduje wydzielanie wolnych rodników, które przyspieszają starzenie i mają też pośrednio wpływ na inne choroby. Ponadto w czasie pracy wydziela się kortyzol, hormon odpowiadający za stres i zmniejszający ilość białych ciałek krwi. To zresztą nic nowego, co drugi z nas pewnie powie, że ma stresującą pracę.

Lekarstwem na to jest oczywiście leniuchowanie. Mądry odpoczynek powoduje, że reguluje się ciśnienie krwi, spada produkcja wolnych rodników i hormonów stresu. Biologicznie najlepszym przykładem jest leniwiec, cudowne zwierzątko, które nigdzie się nie spieszy. Ale warto pamiętać, że odpoczynek od pracy ma być dla nas optymalny, czyli przede wszystkim radosny. Śmiech dodaje nam energii, masuje organy wewnętrzne, poprawia działanie systemu immunologicznego i oczywiście jest najlepszym lekarstwem na wszelkie dolegliwości. Piszę o tym w innym artykule.

Badacze mózgu i psychologowie udowadniają, że pewna bezczynność jest nam potrzebna jak powietrze. Właśnie wtedy, kiedy pozornie nic nie robimy, kiedy patrzymy w sufit, wtedy pojawiają się najlepsze pomysły. Ja swój klucz do kreatywności też znalazłam w leniuchowaniu. Kiedy prowadzę szkolenia na drugim końcu Polski, wiele godzin spędzam w pociągu. Często wówczas piszę lub czytam, ale zawsze też przez pewien czas po prostu siedzę i patrzę w okno na przesuwające się krajobrazy. Daję sobie ten czas – odkładam książkę i laptopa, pozwalam sobie być i tylko być. Jak tylko wyciszę umysł, natychmiast pojawiają się nowe pomysły do artykułów i szkoleń. Kiedy to odkryłam, zaczęłam praktykować lenistwo także w domu. Niezależnie od tego, ile mam spraw do załatwienia, staram się przez pół godziny dziennie posiedzieć, patrząc na drzewa rosnące za oknem. Tak po prostu siedzę i nic nie robię. Drugie pół godziny to codzienny leniwy spacer. Ten czas kreuje dla mnie najlepsze odkrycia.

Wiele osób stara się odpoczywać czynnie: biega, pływa, uprawia różne sporty. Jest w tym niestety też pewna pułapka. Jeśli sport jest dla nas formą rywalizacji lub udowodnienia czegoś sobie lub innym, to wcale nam nie służy. Uwalniają się hormony stresu i wracamy do punktu wyjścia. Pojawi się zmęczenie, osłabienie zdrowia, złe samopoczucie, a do pracy wrócimy w formie gorszej niż poprzednio. Nawet lekarze twierdzą, że lepiej poleżeć w hamaku niż biegać w maratonie.

Zatem jeśli lubimy biegać lub pływać, to róbmy to z miłością, lekko, bezwysiłkowo, dla prawdziwej przyjemności. Nie na czas! Nie w wyścigach z kimkolwiek. Nie stawiajmy sobie wyzwań – pozwólmy sobie naprawdę odpocząć. Pozwólmy, aby się działo, zaakceptujmy optymalną prędkość, lot piłki, dowolną ilość punktów. Nauczmy się, że rywalizacja nikomu i niczemu nie służy, a każdy sport ma być przyjemnością, a nie pokazywaniem, kto jest lepszy.

Żyjemy w kulturze, która narzuca nam często szkodliwe normy tylko po to, by zmusić nas do rezygnacji z tego, co dla nas dobre. Wystarczy zadać sobie pytanie: dlaczego ciężko pracujemy? Zazwyczaj po to, by osiągnąć więcej niż inni i udowodnić sobie, że jesteśmy lepsi. To pułapka i samooszukiwanie. Wystarczy podnieść poczucie własnej wartości i zmienić optykę, zrozumieć, że nikt na tym świecie nie jest ani lepszy ani gorszy, każdy jest doskonały taki, jaki jest… Jednak zamiast tego rzucamy się w wir ciężkiej pracy, by coś udowodnić – sobie lub innym. Tymczasem nie musimy przekraczać pewnych granic wysiłku, aby być szczęśliwymi.

Istnieje przepiękna opowieść, która to cudnie ilustruje…

Pewien młody menadżer z korporacji będąc na urlopie, wypatrzył rybaka w średnim wieku, który wypływał w morze jedynie na pół godziny i wracał z łodzią pełną ryb, potem je z powodzeniem sprzedawał w ciągu kilkunastu minut, po czym wracał do domu. Menadżer któregoś dnia zagadnął rybaka:

– Jak pan to robi? Zajmuje to panu tylko pół godziny i łowi pan tyle ryb.

– Znam tu miejsca, gdzie zawsze są ławice, to żaden problem.

– To czemu wypływa pan tylko raz? Co pan robi z resztą dnia?

– Jak to co? Spędzam czas z żoną, chodzimy na spacery, bawimy się z dziećmi. Gramy razem w szachy i w piłkę, jestem szczęśliwy i podoba mi się takie życie. A wieczorami jeszcze trochę majsterkuję, bo bardzo to lubię.

– Ależ to bez sensu! Ja panu powiem, co trzeba zrobić. Powinien pan wypływać na połów kilkanaście razy dziennie. Złowiłby pan wiele ryb, sprzedał je i zarobiłby pan mnóstwo pieniędzy. A wtedy kupiłby pan większy kuter, a z czasem nawet dwa lub trzy, zatrudniłby pan ludzi i łowiłby pan jeszcze więcej ryb i jeszcze więcej zarabiał.

– Ale wtedy nie miałbym czasu dla żony i dzieci, ani na majsterkowanie, po co robić coś takiego?

– Pan nic nie rozumie. Sądzę, że w niedługim czasie mógłby pan założyć dużą firmę i mieć nawet całą flotę. Sprzedawałby pan ryby nawet za granicę i stałby się pan bardzo, bardzo bogaty. Według mojego rozeznania już za 10 lat byłby pan bardzo zamożnym człowiekiem i miałby pan mnóstwo pracowników.

– No dobrze, ale po co?

– No, jak to po co? Mógłby pan raz w roku wziąć urlop na trzy tygodnie i robić to, co pan lubi i co czyni pana szczęśliwym. Spędzałby pan czas z żoną i dziećmi, chodził na spacery, grał w szachy i w piłkę, a nawet mógłby pan pomajsterkować.

Uwielbiam tę historię. Uświadamia nam, że to nie praca i zarabianie są sensem naszego życia. Jesteśmy tu na Ziemi po to, aby być szczęśliwymi. Na swój własny sposób. Tymczasem bywa tak, że pracujemy ponad siły, aby nikt nie zarzucił nam lenistwa, a będąc pod presją realizowania cudzych norm, nie odnajdziemy spełnienia. Często też gonimy za bogactwem, zdobywamy więcej i więcej tylko po to, żeby coś udowodnić. Niepotrzebnie. Czasem lepiej posiadać mniej, ale mieć czas na przytulenie kogoś bliskiego, spacer z psem, beztroskie siedzenie pod drzewem i cieszenie się życiem.

Bogusława M. Andrzejewska

Wewnętrzne Dziecko

Według Analizy Transakcyjnej Erica Berna każdy z nas dzieli się na trzy główne podosobowości: Rodzica, Dorosłego i Dziecka. Podosobowość Dziecka jest zbiorem doświadczeń pochodzących z naszego dzieciństwa, w których zawarte są nasze podstawowe potrzeby, pragnienia, intuicyjne myślenie oraz kreatywność. Stamtąd wywodzą się nasze emocje, odczucia i energia.

Tak naprawdę mamy w sobie wiele takich „dzieci” w różnym wieku, ze wszystkich okresów swojego dzieciństwa – od wewnętrznego niemowlęcia aż do wieku dojrzewania. Jest dziecko przystosowane, które posłusznie wykonuje wszystkie polecenia. Jest dziecko magiczne, które widzi elfy unoszące się nad listkiem paproci. Jest dziecko rozbawione, które nuci pod nosem piosenki i śmieje się przy każdej okazji. Jest i dziecko zbuntowane, kapryśne, tupiące nóżkami.

Dlaczego w ogóle wracamy do tych symbolicznych postaci, które mamy gdzieś w środku? Otóż ta część,  nazywana wewnętrznym dzieckiem, odpowiada przede wszystkim za naszą wrażliwość. Jeśli jest prawidłowo zintegrowana, daje nam otwartość emocjonalną i umiejętność mądrego zarządzania tym wszystkim, co czujemy. Jeśli w dzieciństwie przeżyliśmy wiele trudnych i bolesnych doświadczeń, to pewna część naszego dziecka mogła zastygnąć w takim bólu, nie pozwalając nam na to, byśmy normalnie funkcjonowali. Będzie wypływała na powierzchnię naszych uczuć w najmniej oczekiwanym momencie. Wówczas możemy wpadać w histerię bez powodu, złościć się, kaprysić, dokuczać innym, a potem ze zdziwieniem pytać samych siebie: a co mi odbiło, że się tak irracjonalnie zachowuję?

Wewnętrzne dziecko odpowiada także za twórczość. To małe dzieci widzą w gałęziach drzewa pięknie urządzone pokoje, w których mogą przyjmować gości, a ze starego kartonu i dziurawego garnka zrobią pojazd księżycowy. To dzieci malują, rysują, tańczą i wymyślają niesamowite historie. Mogą być kim chcą – od wesołego kota, przez żuczka do księżniczki, pirata i astronauty. Nie potrzebują do tego zupełnie niczego, poza kawałkiem przestrzeni. Jeśli wewnętrzne dziecko jest zintegrowane z nami, jesteśmy kopalnią wspaniałych pomysłów i dzień bywa za krótki, by wszystko zrealizować. Ale jeśli ta mała cząstka w nas zastygła w cierpieniu, wówczas zablokuje nas także w tej sferze. Oznacza to brak kreatywności, bierność i poczucie bezsensu.

Kolejną ważną dziedziną związaną z wewnętrznym dzieckiem jest radość. To właśnie dzieci umieją się cudownie bawić i cieszyć bezwarunkowo, dlatego szczęśliwe dzieciństwo tworzy optymistów i osoby pozytywnie myślące. Jak ważne to w prospericie nie muszę przypominać. Wiemy wszyscy doskonale, że punktem wyjścia jest dla nas pogodne spojrzenia na świat i ludzi. Jeśli jednak to maleństwo, które nosimy w środku, płacze i cierpi, bo tylko ból zapamiętało, wówczas blokuje rozwijanie prosperującej świadomości. Jesteśmy smutni, ponurzy i skłonni do depresji.

Warto także dodać, że to dziecko w nas może obdarzyć nas odwagą. Kiedy uświadomimy sobie z jaką ogromną, nieskrępowaną niczym ciekawością maluchy eksplorują świat, nie obawiając się niczego, zrozumiemy, jak bardzo niewinność pomaga nam w przezwyciężaniu strachu. Niestety, jeśli wewnętrzne dziecko zostanie boleśnie zranione, będzie reagować lękiem na zbliżające się doświadczenia. A lęk nie tylko blokuje nasz rozwój, ale także zabiera nam energię.

Zapewne każdy też się domyśli, że wewnętrzne dziecko w dorosłym człowieku odpowiada za relacje z jego własnymi pociechami. Jeśli jest ładnie zintegrowane, to umiemy rozmawiać z dziećmi, bawić się z nimi, tłumaczyć zamiast karać. Dzieci przepięknie reagują na energię w dorosłym człowieku i wtapiają się w nią. Są tak doskonałym lusterkiem, że można je prosić o współpracę, kiedy naprawdę zależy nam na własnym wzrastaniu. Jeśli mama jest radosna, to i dziecko się cieszy. Jeśli rodzic jest zdenerwowany i spięty, to dziecko marudzi, dokucza, stawia opór i bywa nawet nieznośne. To prosta metoda wychowawcza dla wszystkich – chcemy mieć grzeczne i uśmiechnięte dzieci? Rozwińmy świadomość prosperującą i miejmy w sobie (nie tylko na twarzy, ale w sercu) radosny uśmiech i spokój wewnętrzny. Dziecko wtopi się w ten spokój, radość i poczucie bezpieczeństwa i koło nas pojawi się kreatywny, wrażliwy i milusi aniołek.

Obserwuję często mojego wnuka, który w mojej obecności staje się rozświetlony i wyciszony, a przede wszystkim pogodny, niesamowicie twórczy i kochający. Rozumiemy się tak doskonale, że nie musimy sobie nic tłumaczyć. Rozmawiamy dla przyjemności. Czuję się z nim Jednością tak bardzo, jak z nikim innym. To taka magia, bo w obecności innych dorosłych ten chłopczyk staje się rozbrykany, a czasem nawet nieznośny i marudny … całkiem jak nie to dziecko. Zdarzyło się kiedyś, że dotarł do mnie nieszczęśliwy i spłakany z powodu jakiegoś dziecięcego dramatu. Nie musiałam robić nic, nie uspokajałam, nie tłumaczyłam – po prostu byłam, zachowując swoją energię na wysokim poziomie i już po chwili mój wnuczek wyciszył się i zaczął z radością bawić.

Wracając do tej małej, bezbronnej cząstki, którą mamy w sobie, łatwo się domyślić, że jeśli jest zraniona i nieszczęśliwa, to nie będziemy umieli dogadać się z własnymi dziećmi. Wewnętrzne dziecko przekłada się na nasze relacje i czasem widać wyraźnie, jak dorosły zachowuje się dziecinnie, kiedy krzyczy, tupie nogami i szarpie za rękaw swojego potomka. Bywa, że przez chwilę w dziecku jest więcej dojrzałości i spokoju niż w takim rodzicu…

Zatoczyliśmy w ten sposób krąg i wróciliśmy do tematu emocji, które kształtuje nasza wewnętrzna mała cząstka. Jeśli ktoś nie umie nimi zarządzać, to będzie właśnie wykrzykiwał nad maluchem i trącał go bezsilnie, nie umiejąc sobie poradzić z tymi wszystkimi odczuciami, które go zalewają wielka falą. A w tej fali często są zablokowane wspomnienia własnego dzieciństwa, kiedy to ktoś nas szarpał i obdzielał klapsami, bo nie umiał sobie poradzić z własnymi emocjami. Taki niekończący się łańcuch, biegnący przez całe pokolenia. Jeśli karcę dziecko, to znaczy, że ja też byłam karcona przez matkę, a ona przez swoją, a tamta przez swoją. Czasem trzeba się zatrzymać i powiedzieć: „dość”. Nie tędy droga! Tylko miłością można cokolwiek uzdrowić, a nie klapsem.

Dlatego właśnie pracujemy z wewnętrznym dzieckiem, aby je zintegrować i wziąć odpowiedzialność za swoje odczucia, swoją twórczość i komunikację. To bardzo ważne i wiele osób dopiero wtedy, kiedy uzdrowi te kwestie może normalnie funkcjonować. Jednak zwracam uwagę na jedną niesłychanie ważną sprawę: przechodzimy proces wewnętrznego dziecka najlepiej w obecności doświadczonego psychologa. Tyle razy, ile zaleci.

Nie można jednak babrać się w tym w nieskończoność i ciągle robić medytacji, całować się w lustrze w nosek i wygłaszać w kółko wyznań pod adresem tej cząstki w nas. Grozi to po pierwsze swoistym rozdwojeniem jaźni. Podkreślam, że wewnętrzne dziecko jest tylko podosobowością (niektórzy używają określenia odosobowość), a nie odrębną od nas istotą. Kiedy je odnajdziemy, utulimy, pokochamy i zintegrujemy się  z nim, stajemy się pełnym dorosłym człowiekiem.

Po drugie – stałe zajmowanie się uzdrawianiem wzorców swojego wewnętrznego dziecka daje pożywkę nieodpowiedzialności. Jakże łatwo zasłaniać się problemami z dzieciństwa i wszystkie swoje klęski tłumaczyć wzorcami tej właśnie naszej części. Zdarza się, że nie panujemy nad sobą, urządzamy awanturę i winą obarczamy wewnętrzne dziecko, po czym zamiast wziąć się w garść i przeprosić, zwijamy się z misiem na kanapie i szlochamy w poduszkę. Tymczasem pełna integracja sprawia, że wewnętrzne dziecko daje nam swoją siłę, energię, wrażliwość, zdolności, roztapiając się w nas niemal bez granic. Śmieje się naszymi ustami, maluje naszymi rękami i czerpie szczęście przez nas. Bo to my sami. W istocie wewnętrzne dziecko nigdy nie jest czymś osobnym. Jest integralną częścią nas i nie wolno nadmiernie zajmować się tym pojęciem, by nie dopuścić do ponownego rozszczepienia. Każda przesada nam szkodzi, a nie pomaga.

Jednak ostateczny głos ma w tej sprawie psycholog, ponieważ jesteśmy różni. Inaczej przebiega uzdrowienie u przeciętnej osoby, której potrzeby bliskości i ważności nie były w dzieciństwie zaspokajane, a inaczej u kogoś, kto był bity, katowany lub molestowany. Ja zwracam tylko uwagę, aby nie nadużywać tematu do zrzucania z siebie odpowiedzialności oraz do ciągłego tkwienia w stanie rozbicia. Integracja prawidłowo przeprowadzona działa cuda, nawet wtedy, gdy przechodzimy przez nią tylko raz.

Moja mama zostawiła mnie dziadkom, kiedy miałam trzy miesiące. Na powrót zamieszkałam z nią w wieku około 12 lat. Przez duży kawałek życia nie miałam pojęcia, dlaczego nie lubię swojej mamy, czemu wpadam ciągle w lęki i jestem nadwrażliwa emocjonalnie. Wiele lat temu poddałam się profesjonalnej terapii wewnętrznego dziecka. To był tylko jeden proces, oparty na metodzie Gestalt, poprowadzony perfekcyjnie przez moją przyjaciółkę. W ciągu 12 godzin od procesu zmieniły się na lepsze moje relacje z mamą, z mężem, z moimi małymi wówczas dziećmi. Przestałam narzekać, zaczęłam odczuwać radość z drobiazgów i nauczyłam cieszyć się życiem, czego efektem jest między innymi praca z prosperitą. Zniknęły lęki, opanowałam swoje emocje i stałam się jedną z najbardziej roześmianych i  kreatywnych osób, jakie znam. Zaczęłam tworzyć, a strumienie pomysłów wylewały się ze mnie jak ocean. To trwa do dzisiaj.

Powtórzę raz jeszcze: to był jednorazowy proces. Oczywiście kupiłam sobie potem pluszowego misia, zrobiłam parę razy medytację, ale w gruncie rzeczy tylko umocniłam się w tym, czego dokonałam wcześniej. Dlatego wiem, że w większości przypadków nie są nam potrzebne stale powtarzane kursy, warsztaty i ciągłe międlenie swojego żalu. Pamiętajmy, że jedną z najpiękniejszych cech dziecka jest otwartość i błyskawiczna przemiana. Ileż to razy widzieliśmy, jak dziecko, któremu łzy jeszcze nie wyschły na policzkach, śmieje się już radośnie. Tę cechę też należy wykorzystać, aby szybko i sprawnie zintegrować się z tą malutką cząstką, obdarzyć ją miłością i powiedzieć: od tej chwili jesteś bezpieczny, a ja zawsze jestem z tobą. I to wszystko. Nie wracamy do koszmarów. Nie powtarzamy w kółko tego samego. Słowo stało się ciałem.

Oczywiście współpraca, czy też bardziej współistnienie, funkcjonuje w moim przypadku bardzo ładnie. Oznacza to, że moje wewnętrzne dziecko daje mi kreatywność, wrażliwość, magię (po procesie zaczęłam widzieć niewidzialne) i wiele innych rzeczy, a ja także uświęcam jego obecność zabawą, śmiechem, nagradzaniem siebie, a nawet od czasu do czasu kupuję sobie jakąś zabawkę lub inny drobiazg. Ale daję to wszystko sobie, bo to ja sama jestem moim wewnętrznym dzieckiem doskonale zintegrowanym z dorosłym i rodzicem.   

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz