Mądre odchudzanie

Nadwaga jest często spotykanym kłopotem. Większość z nas miewa z tym problem okresowo, a okresy te są dłuższe lub krótsze. Zazwyczaj wydaje nam się, ze jest to kwestia jedzenia. Zastanawiamy się nad dietą, głodówką, czasem nad uprawianiem jakiegoś sportu. Likwidacja tkanki tłuszczowej jest zwykle trudna, uciążliwa. Diety okazują się nieskuteczne, do systematycznych ćwiczeń brakuje czasu i cierpliwości – temat wraca jak bumerang, a my pocieszamy się, ze mamy genetyczną tendencję do tycia. 

Klucz do rozwikłania tematu leży jak zwykle w psychice. To naczelny komputer naszego organizmu wydaje polecenie, aby chronić nas, czy tez nasze ciało, obudowując je dodatkową warstwą tkanki tłuszczowej. Im większe zagrożenie, im bardziej długotrwałe, im mocniej zakodowane – tym większa nadwaga. Zapasy tłuszczu jak wał przeciwpowodziowy oddzielają nas od otaczającego świata.

Powodem nadwagi jest także niskie poczucie własnej wartości i krytykowanie siebie. Niska samoocena powoduje, ze boimy się – choćby podświadomie – innych ludzi, boimy się krytyki, odkrycia naszych słabych stron, ośmieszenia. Jest to także wystarczający powód, by zabezpieczać ciało dodatkowymi centymetrami. Szczególnie na poziomie talii, gdzie symbolicznie znajduje się sfera relacji z innymi.

Jeśli skupimy się na symbolice, to warto podkreślić, że otyłość w sferze seksualnej, będzie tworzeniem tarczy ochronnej dotyczącej naszego życia intymnego. Oznacza to, że niepewność i kompleksy lokują się  w tej właśnie dziedzinie życia. Podobnie najbardziej obfita tkanka tłuszczowa na poziomie ramion będzie odpowiadała za lęki i słabości w sferze działania. W ten sposób dostajemy niejako pewne potwierdzenie, że tam gdzie jest w nas najmniej pewności i siły, tam pojawia się tkanka tłuszczowa jako tarcza ochronna, mająca na celu zabezpieczyć nas przez niebezpieczeństwem z zewnątrz. To „tylko” symbolika, ale jeśli nauczymy się ją odczytywać, świat odkryje przed nami swoje tajemnice.

Aby uzupełnić wszystkie możliwe przyczyny otyłości, trzeba jeszcze wspomnieć o braku spełnienia i tęsknocie za oparciem. Czyli innymi słowy o lęku przed samotnością, bezsilnością, koniecznością radzenia sobie samotnie z najtrudniejszymi sprawami. Ponadto psychicznym powodem zabezpieczania się naszego organizmu za pośrednictwem nadprodukcji tkanki tłuszczowej jest też lęk przed uczuciami. To mógłby być temat rzeka, więc ograniczę się tylko do wymienienia tej przyczyny.

Jeśli przyjmiemy wyżej wymienione czynniki, jasnym się staje, że żadne diety ani inne „cudowne sposoby” nie mogą okazać się skuteczne. Dieta może zadziałać na krótki czas, najwyżej na parę tygodni, potem jednak główną siłą kształtującą nasze ciało będzie podstawowy wzorzec tkwiący w psychice. Jeśli wzorcem tym są nasze silne lęki i kompleksy, to organizm w celach ochronnych zostanie obudowany warstwą tkanki tłuszczowej bez względu na stosowane diety i głodówki.

Ponadto uprzedzam, że stosowanie głodówek grozi jeszcze jednym uwarunkowaniem: mianowicie organizm, który przeżył okres głodu może wytworzyć w sobie tendencje do zabezpieczenia się na przyszłość przed głodem. A w jaki sposób? Oczywiście tworząc zapasy… w formie nadwagi.

Wynika z tego w sposób oczywisty, że by zlikwidować otyłość, należy odnaleźć i usunąć przyczynę, czyli zastanowić się, co jest źródłem lęku, a następnie pozbyć się tego za pomocą psychoterapii czy jakiejkolwiek innej metody. Nie musze chyba nikogo przekonywać, że należy przede wszystkim likwidować przyczynę, a nie skutek. Zatem same diety i ćwiczenia fizyczne nie spełnią tego zadania, choć na pewno uprawianie sportów i odpowiednia gimnastyka przyniosą inne korzyści. Aktywny tryb życia przyda się też na pewno, aby utrzymać zdobytą zgrabną sylwetkę i sprawność fizyczną.

Kompleksowe odchudzanie powinno zawierać metody kodujące pozytywnie nasz umysł i podświadomość. W nowym wzorcu powinny pojawić się nie tylko elementy dotyczące naszego szczupłego wyglądu, ale również afirmacje i wizualizacje związane z rozwijaniem bezpieczeństwa w konkretnej dotyczącej nas dziedzinie. Warto też ustawić na bieżąco sposób swojego myślenia zgodnie z zasadą: „myśl kreuje rzeczywistość”. Jeśli zjadając ciastko będziemy odczuwać wyrzuty sumienia i w duchu liczyć, ileż to przytyjemy, to bez wątpienia… przytyjemy. Nasze ciało wykonuje bez wahania większość naszych poleceń przekazywanych w formie lęku…

Na koniec ostatnia uwaga… Nasz organizm jest mądry i wie, czego potrzebuje. Warto zacząć go słuchać. Słuchanie organizmu oznacza, ze powinniśmy jeść to, na co akurat mamy smak. Oczywiście mam tu na myśli pewien smak, który przychodzi sam z siebie – nie wtedy, kiedy jesteśmy strasznie głodni lub buszujemy po cukierni i patrzymy na wspaniale wyglądające ciasta i torty.

Pojawiający się sam z siebie apetyt na jakąś potrawę jest informacją, czego chce nasze ciało. Jeśli np. mamy smak na rybę, to najwidoczniej organizm potrzebuje fosforu czy innych zawartych w rybie składników. Niestety własnego ciała słuchają tylko kobiety w ciąży. Reszta ludzkości bawi się wymyślaniem różnych dziwnych i nikomu niepotrzebnych diet. Dla mnie logicznym wydaje się fakt, że słuchanie swoich smaków i apetytów pozostaje w o wiele większej harmonii z naszym organizmem niż wynalazki typu „dieta zgodna z grupa krwi”.

Podam przykład z życia wzięty. Otóż pewna pani miesiąc przed planowaną operacją nabrała apetytu na barszcz czerwony, za którym nigdy nie przepadała. Smak pojawił się nagle i nie znikał, pomimo że często jadła ową potrawę. Towarzyszył jej do terminu zgłoszenia się do szpitala oraz przez dwa miesiące po operacji, potem zniknął bezpowrotnie i obecnie Pani ta znowu nie lubi barszczu. Dodam tylko, że w szpitalu przez krótki okres miała anemię pooperacyjną, dostawała krew – a przecież każdy z nas wie, że barszczyk czerwony posiada działanie krwiotwórcze. A przynajmniej tak głosi plotka.

Organizm ludzki jest genialny. Wie lepiej od najlepszego dietetyka, co jest nam potrzebne. I jak wskazuje podany przykład – wie z wyprzedzeniem…

Bogusława M. Andrzejewska

Terapia śmiechem

“W zdrowym ciele zdrowy duch” – mówimy często. Zdarza się nam jednak zapomnieć, że bywa też odwrotnie: kiedy dusza jest radosna i szczęśliwa, ciało wydaje się zdrowsze i odporniejsze. Ciało i duch wydaja się być jednym mocno zależnym wzajemnie układem, tzw.  jednością psychosomatyczną.  Niektórzy z nas być może zauważyli też, że kiedy w ich życiu wszystko się układa, kiedy przez szereg dni są w radosnym nastroju, omijają ich wszelkie dolegliwości. Chociaż cała rodzina kicha, chociaż w pracy wszyscy narzekają na grypę, nas się nic nie ima, a układ odpornościowy przechodzi sam siebie. Tu można wyraźnie dostrzec dobroczynny wpływ pozytywnego nastawienia.

Oczywiście to działa i w druga stronę. Wielokrotnie doświadczamy sytuacji, w których przeżyty stres owocuje przeziębieniem, bólem głowy, skokami ciśnienia. Przyznając spontanicznie: „zdenerwowałam się i teraz źle się czuję”, zauważamy wpływ nastroju na fizyczny stan naszego organizmu. Od tych spostrzeżeń już tylko krok do najweselszej terapii świata, do metody leczenia śmiechem. Od greckiego słowa „gelos” – śmiech powstała naukowo brzmiąca nazwa gelotologia.

Platon powiedział: ,,Szaleństwem byłaby chęć leczenia tylko ciała bez leczenia ducha”.
Dawno temu dowiedziono, że radosny, spontaniczny śmiech pomaga odreagować wszelakie stresy, konflikty, frustracje, wywierając dobroczynny wpływ na kondycję nie tylko fizyczną, ale także psychiczną.

Przez długie stulecia śmiech jako środek leczniczy był propagowany jedynie przez medycynę niekonwencjonalną. Jednym z ojców tej niezwykłej terapii był Norman Cousins z USA, który zachorował na bardzo bolesne zapalenie stawów kręgosłupa. Szansę przeżycia lekarze określili na 1:500. Cousins szukając ratunku, sam wymyślił dla siebie metodę leczenia: oglądał filmy komediowe, pielęgniarka czytała mu wesołe książki, odwiedzali go przyjaciele, których zadaniem było rozśmieszanie go i utrzymywanie w dobrym nastroju. W krótkim czasie Cousins zaobserwował u siebie znaczną poprawę stanu zdrowia – trapiące go bóle zmniejszyły się, po około dziesięciu minutach “serdecznego” śmiechu mógł zasypiać na co najmniej godzinę. Subiektywnie odczuwane objawy powrotu do zdrowia zostały bezdyskusyjnie potwierdzone przez wyniki badań laboratoryjnych. Norman Cousins wyzdrowiał.

Za największego “śmiechologa” uważa się Patch’a Adams’a , który od dziecka marzył, aby być klaunem lub lekarzem. Udało mu się połączyć oba te zawody. Wcielając się w postać klauna przychodził do przebywających w klinice dzieci i je rozbawiał, odwracając ich uwagę od choroby, bólu i samotności. Dzięki swoim niekonwencjonalnym metodom pracy przekonał kolegów lekarzy, ze śmiech i radość są bardzo potrzebne chorym ludziom, a dzieciom w szczególności. Dzięki zabawom, czarom, sztuczkom choć na chwilę zapominają o tym, gdzie się znajdują. A to z kolei pomaga im w powrocie do zdrowia. Patch Adams założył w Arlington (stan Virginia) pierwszy szpital, który jest tak zorganizowany, by poddani leczeniu uznanymi metodami pacjenci mieli jak najwięcej okazji do radości. W Warszawie w podobny sposób gelotologię propaguje Fundacja “Dr Clown”.

W naukowym (N. Bevin) podejściu do tematu wyróżniamy cztery stopnie śmiechu:
1º ,, tchnienie radości” –  stwarza możliwość zachowania psychicznego odprężenia, może przejść w stan permanentny. Stanowi szczery wyraz głębokiego, duchowego, radosnego spokoju;
2º chichot – jest progiem do bezgłośnego śmiechu, gdy śmiech ten narasta, zmienia się mimika twarzy i dopiero wtedy można rejestrować wrażenia akustyczne;
3º śmiech z objawami akustycznymi – następuje bezstopniowe przejście od śmiechu cichego do głośnego – śmiech na całe gardło, któremu towarzyszą słabsze lub silniejsze konwulsyjne ruchy ciała, dobroczynnie wpływa na proces oddychania i poprawia krążenie krwi;
4º śmiech do łez – wrażenia akustyczne są mniej silne niż przy trzecim stopniu, ale przebiega z całą gamą ruchów kurczących się mięsni, które “masują” i poprawiają ukrwienie organów wewnętrznych.
Przy śmiechu leczniczym najważniejsze są stopnie jeden, trzy i cztery. Stopień pierwszy prowadzić może do stanu permanentnego, kiedy to człowiek staje się uśmiechnięty na co dzień, uśmiech towarzyszy mu w różnych sytuacjach życiowych. Stopień czwarty jest szczególny dla naszego zdrowia. Jedna minuta wstrząsającego śmiechu równoważy 45 minut rozluźniania się.

Oprócz poprawy nastroju , co jak już wiemy wpływa na zwiększenie wydajności systemu immunologicznego, śmiech działa także jak masaż tętnicy szyjnej, serca, śledziony, wątroby. Kiedy się śmiejemy pracuje przepona, mięśnie pleców i brzucha, a także mięśnie twarzy, mamy więc doskonała gimnastykę. Można też ten proces porównać do joggingu, ponieważ śmiejąc się, nabieramy w płuca dużo powietrza, jak przy bieganiu. Idąc dalej: śmiech działa jak kosmetyk, bo dotlenia organizm, dzięki czemu skóra staje się zaróżowiona i odżywiona. Przekonano się też, że osłabia wiele dolegliwości, łagodzi ból, ułatwia oddychanie.

Teoria wybitnego badacza śmiechu S. Feuerabendta głosi, iż w trakcie śmiechu do naszego krwiobiegu dostają się poprawiające właściwości krwi substancje, znacznego ożywienia działalności doznają gruczoły dokrewne, serce, wątroba, śledziona. Wzmagają się ruchy robaczkowe jelit, zmienia się charakterystyka naprężeń mięśni, a nade wszystko znacznej konsolidacji ulega psychiczne nastawienie śmiejącego się.
N. Bewin wykorzystuje i potwierdza powyższą teorię w swoich badaniach. Pisze on: ,,Śmiech pozytywnie wpływa na cały proces oddychania, to znaczy na wentylację, perfuzję (ukrwienie) i dyfuzję (wymianę gazów oddechowych). Poprzez to osiągamy zmniejszenie, a nawet całkowitą eliminację chronicznych syndromów stresowych, z których najpoważniejszym jest strach.”

Z psychologicznego punktu widzenia strach jest czynnikiem odpowiedzialnym za większość naszych negatywnych emocji. To strach powoduje, ze narasta w nas złość, zazdrość lub żal. Trwające nieprzerwanie stany smutku, żalu i lęku prowadzą do depresji. Znalezienie metody na całkowite zlikwidowanie strachu byłoby punktem przełomowym w uzdrawianiu trudnych emocji i wielu dolegliwości o psychosomatycznym podłożu. Tymczasem jednak znajdujemy śmiech i jego dobroczynne działanie.

Poprzez radość i zabawę wracamy do błogich czasów dzieciństwa. Odczuwanie bezpieczeństwa i rozluźnionego błogostanu kieruje nas w stronę zdrowia. To także kontakt z naszym wewnętrznym dzieckiem, który wpływa na wiele obszarów naszego życia. Rozluźnienie i spokojna pewność dzięki radości, to coś czego każdy z nas pragnie, bez względu na wiek i stan zdrowia. Śmiech wydaje się być najbardziej wymarzonym lekiem na wiele dolegliwości. Nie ma gorzkiego smaku, nic nie kosztuje i jest dostępny na zawołanie. Ponadto nie grozi nam żadnymi skutkami ubocznymi, możemy go stosować bez ograniczeń.

Warto tez zauważyć, ze śmiech ma ogromne dobroczynne działanie w zakresie relacji międzyludzkich. Już pierwszy miły uśmiech buduje pomiędzy ludźmi mosty sympatii. Każdy następny wzmacnia ów most. Najbardziej lubiane osoby to te, które często i chętnie się śmieją. Najmądrzejsze i najbardziej podziwiane postacie to te, które potrafią śmiać się z samych siebie. Ilekroć pojawi się konflikt najłatwiej go zażegnać obracając problem w żart. Nie każdy jednak wie, ze najskuteczniejszym sposobem rozproszenia agresji i gniewu jest rozśmieszenie przeciwnika. Jeśli to wydaje się komuś nieprawdopodobne, niech spróbuje jednocześnie śmiać się i ze złością na kogoś krzyczeć. To niemożliwe. Te dwie energie całkowicie się wykluczają. Zatem śmiech uzdrawia nie tylko naszą psychikę czy ciało, ale także nasze relacje. A wszystko jest całością, bo trudne relacje prowadza do negatywnych emocji i nieciekawych stanów psychicznych, a to z kolei prowokuje fizyczne niedomagania. Koło się zamyka i znowu znajdujemy się w pozycji osoby potrzebującej terapii.

Na koniec buddyjska opowieść.

Któregoś dnia uczniowie poprosili mistrza, aby im opowiedział, jak wyglądały kolejne etapy jego wędrówki ku oświeceniu.
– Na początku Budda poprowadził mnie za rękę w Kraj Działania i tam mieszkałem kilka lat. Potem Budda powrócił i zawiódł mnie do Krainy Smutku; żyłem tam, dopóki moje serce nie zostało oczyszczone z każdego nieumiarkowanego przywiązania. Właśnie wtedy znalazłem się w Ziemi Miłości, której płomienie pożarły, co tylko zostało we mnie z mojej jaźni. To prowadziło mnie do Kraju Ciszy, gdzie tajemnica życia i śmierci były zamknięte dla moich zdumionych oczu”.
– Czy to był koniec twoich poszukiwań?  – zapytali.

– Nie – rzekł mistrz  – Pewnego dnia Budda powiedział: ,,Dziś zabiorę cię do najgłębszego sanktuarium, do serca samego oświecenia. I zostałem poprowadzony do Krainy Śmiechu”. 

Bogusława M. Andrzejewska

 

Chwila

Któregoś dnia przeczytałam informację, że według najnowszych badań pracy mózgu, czas trwania emocji od wywołującego ją bodźca, do wypłukania związanych z nią neurotransmiterów, nie przekracza 90 sekund. To oznacza, że sama emocja, jeśli nic z nią robić nie będziemy, wygaśnie po krótkiej chwili. Jest w istocie jak motyl, który przysiadł na rękawie płaszcza i sam odlatuje. Często porównuję emocje do takiego motyla.

Jest to też potwierdzenie, że emocje nie zostały nam dane za karę. Nie są dopustem, który zmusza nas do ciągłego cierpienia. Emocje to drogowskazy do uzdrowienia konkretnego wzorca. Jak widać 90 sekund wystarczy, by zwrócić naszą uwagę na ważny temat. Oczywiście, kiedy już zauważymy emocję, to warto zająć się w wolnej chwili odszukaniem właściwego kodu, który wymaga zmiany na inny taki, który będzie nam lepiej służył, przyciągając tylko dobre doświadczenia.

Ma to też znaczenie dla psychosomatyki. Choroby są wywoływane tymi emocjami, które w nas się rozgoszczą na dłużej. Jeśli przez moment poczujemy złość na coś i zaraz nam to mija, nie ma to wielkiego wpływu na zdrowie. Mamy prawo doświadczać całej gamy uczuć i określać samych siebie wobec świata i ludzi. Oczywiście negatywna emocja zaburza pracę komórek, co zostało już udowodnione ponad wszelką wątpliwość przez Bruce’a Liptona, ale jeśli trwa krótko, cząsteczki naszego ciała wracają do normy i nie pociąga to za sobą żadnych konsekwencji. Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy emocja trwa długo lub wracamy do niej często. Wówczas nasze ciało fizyczne jest poddawane wyzwaniu, które polega na tym, że komórki funkcjonują często lub stale w ekstremalnie szkodliwych warunkach. Ulegają wówczas uszkodzeniu, co my postrzegamy jako chorobę.

Warto w tym miejscu podkreślić, że ta “chwila”, w której trwa emocja jest w istocie czysto naukową teorią, którą trudno wykorzystać w praktyce. Nasza natura jest tak skonstruowana, że emocja pozostaje w nas dłuższy czas. Nie znika wcale. Mówiąc obrazowo, najczęściej pozwalamy, by ten motyl siedział nam na rękawie, nie chcemy go w żaden sposób odgonić. Obserwuję, że trwanie w emocji jest czymś naturalnym dla większości z nas. Znam doprawdy niewiele osób, które machają ręką i mówią: “nie warto się przejmować”. Przejmowanie się jest obowiązującą powszechnie zasadą, jakże często myloną z odpowiedzialnością. Mamy XXI wiek, a ciągle jeszcze spotykam się z mitem, że dojrzałość to troska i martwienie się. Nie zgadzam się z tym, ale moje stanowisko nie należy do tych popularnych.

Na trwanie w emocjach na pewno wpływają też inne czynniki. Na przykład hormony. Kto doświadczył smaku adrenaliny, wie, o czym próbuję powiedzieć. Ludzie agresywni, którzy szybko wpadają w złość, zauważają, że gniew potrafi napędzać i dodawać siły. Osoby zdradzone i skrzywdzone wolą złość niż żal, ponieważ rozpacz zabiera energię, a gniew wzmacnia. To oczywiście w pewnej mierze iluzja, ponieważ w efekcie złość pozbawia nas zdrowia, a zastrzyk sił jest długiem zaciągniętym z zasobów, które wcale nie są nieograniczone. Złość nie czerpie z wszechświata, jak miłość, lecz z naszych własnych zapasów. Każdy organizm ma taki zbiornik schowany na wypadek niebezpieczeństwa czy zagrożenia życia. W sytuacji krytycznej, choćbyśmy padali na nos ze zmęczenia, adrenalina stawia nas na nogi i pozwala biec z dużą szybkością lub odepchnąć silniejszego napastnika. Silny gniew jest podbieraniem energii z takiego właśnie zasobu, dlatego często daje poczucie przyjemności i mocy. Kiedy jednak opadnie, czujemy się jeszcze bardziej wyczerpani.

Podobnie działają inne emocje. Każdy, kto kiedykolwiek płakał gorąco do utraty sił, doświadczył miłego działania endorfin, które dostajemy jako lekarstwo na smutek. Po płaczu czujemy się zazwyczaj lepiej, lżej, jakbyśmy byli na specyficznym “haju”. Nasza podświadomość to zapamiętuje, dlatego popycha nas w stronę silnych emocji, by doświadczyć błogiego działania adrenaliny czy endorfin.

Innym, często spotykanym powodem tkwienia w niekorzystnych dla nas emocjach jest taki specyficzny bezwład, czyli działanie wbrew rozsądkowi i poddawanie się temu, co w nas szaleje. Na trudnym przykładzie kobiety, która dajmy na to, zostaje porzucona z małym dzieckiem, możemy zobaczyć wyraźnie, jak emocje w niej eskalują. A przecież wiadomo, że złość czy rozpacz nie zapewnią dziecku jedzenia ani nie sprawią, że nieodpowiedzialny partner wróci do domu. Po co zatem ulegać takim emocjom? Czy nie lepiej posłuchać dobrej muzyki? Poszukać sobie ciekawego zajęcia? Pójść na randkę, by nie myśleć o samotności i nie odczuwać jej skutków? A jednak zamiast tego, widzimy cały ogromny wachlarz najtrudniejszych emocji, które niczemu nie służą.

One są i będą, bo ktoś, kto uznał, że został skrzywdzony, wchodzi świadomie w cykl doświadczania psychicznego bólu. W zależności od natury przeżywać będzie więcej żalu lub więcej złości, a najczęściej naprzemiennie obie te emocje. Pomimo całej wiedzy psychologicznej nie jesteśmy w stanie zatrzymać rozpędzonego raz pociągu uczuć, dopóki nie doświadczymy wszystkich barw cierpienia. Po co? Każdy odpowie: po nic, to się po prostu dzieje samo. Na tym polega człowieczeństwo. Gdyby kobieta w takiej sytuacji wzruszyła ramionami i zajęła się tym, co sprawia jej radość, gdyby się po prostu uśmiechała, jak radzi pozytywne myślenie  i postępowała tak, jakby nic się nie stało, zostałaby nazwana osobą niespełna rozumu. Jest tu zatem element dopasowania się do społecznych oczekiwań, ale jest i nawyk reagowania zgodnie z tym, co spontanicznie przychodzi.

Nie ma w tym nic złego. To jest ludzkie, by przeżywać emocje, także te trudne. Z całą pewnością zdrowsze jest doświadczanie ich, niż tłumienie, to też nie ulega wątpliwości. Reagujemy tak wszyscy od lat. Właśnie dlatego naukowe odkrycia, że po 90 sekundach możemy wyjść z emocji, nie są wiele warte w praktyce. Chcemy przeżywać nawet wtedy, kiedy posiadamy wiedzę o tym, że takie emocje niczemu nie służą. Bo one służą. Nam. Pozwalają doświadczać i przeglądać się w sobie i swoich uczuciach. Rozpoznawać siebie. Często bywają też inspiracją dla sztuki. Im więcej bólu, tym piękniejszy i głębszy wiersz, bardziej poruszająca muzyka. To wszystko ma sens. Potrzebujemy naszych emocji w pełni.

Jest jeszcze jeden element, który utrudnia odejście od emocji w minutę, a którego absolutnie nie popieram zaciekłość. Wiele osób świadomie nie chce odpuścić, lecz nakręca się negatywnymi emocjami, uzasadniając to bzdurnym zupełnie powodem: “przecież nie można na to pozwolić”. Argument bez sensu. Nasze emocje nie mają nic wspólnego z naszym światopoglądem, wyborami czy priorytetami. Możemy podejmować dowolne decyzje i wcale przy tym nie wchodzić w złość czy żal. Możemy wierzyć, w co chcemy i robić, co chcemy bez negatywnych emocji. Naprawdę. Szkoda, że nikt tego nie chce dostrzec i wykorzystać dla swojego dobra.

Najbardziej wyraźnie widać to wtedy, kiedy ktoś ma inne zdanie. Ileż to razy wchodzimy w gniew tylko dlatego, że ktoś ma inne poglądy, popiera innego polityka lub drwi z naszego ulubieńca? A przecież wiemy, że każdemu wolno myśleć po swojemu i mieć swoje upodobania. Nie mamy na to wpływu. A jednak często bywa, że nie chcemy odpuścić zaciekłej dyskusji tylko po to, by sobie pokrzyczeć i potupać wyłącznie dlatego, że ktoś się z nami nie zgadza. Wszystkim, którzy miewają taki problem, polecam przerobienie ważnej lekcji pod nazwą tolerancja. Warto nauczyć się dawać innym prawo do własnego zdania.

Podobnie bywa w przypadku konfliktów. Zdarza się, że ktoś nas oszuka, okradnie, porzuci lub w inny sposób wyrządzi nam przykrość. Ważne, by zrozumieć lekcję i odpowiedzieć sobie na pytanie, czym to przyciągnęliśmy i co możemy w sobie uzdrowić, by tego więcej nie doświadczać. Nie ma potrzeby przy tym zanurzać się po uszy w trudnych emocjach. A jednak robimy to i kiedy ktoś nam powie: “odpuść, zapomnij“, to krzyczymy: “nigdy, to niedopuszczalne“. Bardzo często odejście od niepotrzebnych emocji traktujemy, jak akceptację tego niegodnego zachowania. Uważamy, że skoro ktoś uczynił coś nieetycznego, to należy odczuwać gniew i koniec! W takim przypadku polecam wszystkim lekcję wybaczenia.

Może nas skutecznie zmotywuje wiedza o szkodliwości negatywnych emocji, właśnie tych, którym dajemy paliwo pełnymi złości i żalu myślami? Świadomość, że z takich uczuć biorą się rozmaite choroby, powinna nas wyhamować w zaciekłości, bierności i pozwalaniu na to, by lawina niekorzystnych odczuć przelewała się przez nasze ciało. Emocje są nakręcane myślami, a nad myślami powinniśmy mieć kontrolę. Przecież potrafimy. Zamiast rozkminiać stare krzywdy czy niewłaściwe poglądy innych, można skupić się na przyjemnej stronie życia. I to całkiem świadomie, wybierając najpiękniejsze aspekty naszego istnienia.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Zawiść i zazdrość

Zawiść jest bliska zazdrości, jednak zdaniem psychologów o wiele gorsza. O ile zazdrość o to, że ktoś ma coś ładniejszego bywa motywacją do zdobywania podobnej rzeczy dla siebie, o tyle zawiść jest destrukcyjna i prowadzi do niszczenia tego, czego zazdrościmy innej osobie. Mamy tu najczęściej do czynienia z bezpodstawnym atakiem. Zwykle łączy się z głębokim przekonaniem, że obiekt naszych westchnień jest poza naszym zasięgiem. Jest też oporna w terapii, ponieważ zawistna osoba nie potrafi przyjąć dobra. Chce je odrzucić i zniszczyć. Podobnie jak odrzuca życzliwych sobie ludzi, tylko dlatego, że uważa ich za lepszych od siebie.

To emocja, która najbardziej mnie zadziwia. Głównie dlatego, że nigdy jej nie doświadczyłam, najczęściej przyglądam się innym i próbuję zrozumieć, dlaczego tak działa. Mój przywilej bierze się z dzieciństwa miałam cudownego, kochanego brata, a moi rodzice uczyli nas wzajemnego dzielenia się i starali się jednakowo traktować nas oboje. Mój brat był moim wielkim przyjacielem, nie mogłam więc czuć zazdrości, bo sama przychyliłabym mu nieba. Ponadto los sprawił, że życie ciężko go doświadczyło i to on mógłby mi pozazdrościć zdrowia, a nie ja jemu czegokolwiek.

Miałam też dobre doświadczenia w szkole byłam lubiana, świetnie się uczyłam i umiałam cieszyć się tym, co posiadam. A przecież byli wokół mnie lepsi ode mnie. Moja przyjaciółka z jednej ławki była wyjątkowo utalentowana plastycznie. Malowała i rysowała tak pięknie, że wszyscy nauczyciele stawali koło niej z zachwytem i zamawiali rozmaite dekoracje klasowe. Podziwiałam ją, przyjaźniłam się z nią i uważałam jej talent za niekwestionowany, ale i zupełnie oczywisty. Ktoś inny w klasie był znakomity z matematyki, ktoś jeszcze inny był prymusem i zbierał same najlepsze oceny, ktoś podróżował z rodzicami po świecie, ktoś miał cudnego psa, a ja…. pisałam ładne wypracowania. Miałam swój talent i nie zazdrościłam nikomu niczego, rozumiejąc, że każdy coś ma, każdy coś potrafi. Tak mnie nauczono i wychowano. To mój wielki dar od losu i od moich rodziców.

Opisuję tu swoje dzieciństwo, bo to jest czas, kiedy w ludziach kształtuje się tendencja do tej paskudnej emocji. Oczywiście jak każda emocja ta też może być pożytecznym drogowskazem do rozwoju. Zanim jednak ktokolwiek zajmie się tym rozwojem, najpierw sieje wokół siebie potworne spustoszenie. A my doświadczamy potem dziwnych rzeczy. Chociaż sama nie zazdrościłam nikomu, to jednak odsunęły się ode mnie bez powodu osoby, którym zawiść nie pozwoliła być ze mną w przyjaźni. To ich lekcja, nie moja, ponieważ we mnie nie wywołało to żadnych emocji, a co charakterystyczne te osoby po prostu zniknęły z mojej przestrzeni, nie atakując mnie w żaden sposób otwarcie. Zrozumienie tego zniknięcia przyszło z czasem, kiedy dotarły do mnie ich wypowiedzi i zachowania. Stąd też moje wielkie zainteresowanie tą dziwną dla mnie emocją.

Obserwuję często sytuacje, w których zawiść koduje się w ludziach właśnie wtedy, kiedy rodzice wyróżniają innego malucha. To ten pierwszy moment poczucia odrzucenia, który rozrasta się czasem w paskudne uczucie zawiści. Dziecko zawsze łaknie miłości i jeśli rodzic nie ma dla niego czasu, bo zajmuje się młodszym bratem lub siostrą, to utrwala się w nim silny ból, który potrafi trwać przez całe dorosłe życie.  Jednak oprócz bólu, rodzi się też potrzeba walki o stracone zainteresowanie, które przejawia się atakowaniem rodzeństwa. To “bardziej kochane” maleństwo staje się wrogiem, a nie przyjacielem, jakim być powinno. Jakie to przykre, nienawidzić własnego brata czy siostry.  Dodać tu warto, że w dorosłym życiu przenosi się tę agresję na dowolnych innych ludzi w pracy, w rodzinie, wśród znajomych.

Ale przyczyną może być też porównywanie z innymi, czasem nawet z obcymi dziećmi. Jedna z moich znajomych ma rodziców, którzy nie umieli jej pochwalić za całkiem niezłe oceny, lecz zawsze podnosili poprzeczkę i stale dopytywali, jakie oceny dostały najlepsze dzieci w klasie. Jakie to było bolesne dla tej dziewczynki, która miała takie zdolności, jakie miała i nie była w stanie dorównać prymusom, mówić nie muszę. Rozwijała po cichu i cierpliwie nienawiść do każdej osoby, która była od niej w czymś zdolniejsza. Dziś nosi w sobie ułomny wzorzec, który niszczy każdą relację, bo w każdej porównuje się do innych i w każdej czegoś zazdrości. Nie umie zaakceptować siebie i zainspirować się sukcesem drugiego człowieka, ponieważ nauczono ją zawiści. Kiedy spotka osobę, która w czymś jest dobra, natychmiast krytykuje ją i poniża.

Emocje te są bardzo powszechne. Widać je stale w rozmaitych sytuacjach wokół nas, dominują w filmach i powieściach obyczajowych. Z zazdrości ludzie mogą nienawidzić, a nawet mieć mordercze myśli. I nie mam tu na myśli klasycznego Otello, lecz codzienne złośliwe ataki przy każdej okazji. Według moich obserwacji zawiść jest drugim co do częstotliwości występowania powodem niechęci i agresji słownej pierwszym są odmienne poglądy polityczne. I niestety, zgodnie z zasadą lustra przyciąga to do nas bardzo charakterystyczne odzwierciedlenie. Ludzie, którzy zazdroszczą innym sami są zdradzani, by jeszcze bardziej zazdrościć.

Dla klarowności wyjaśnię, że pisząc o zdradzie nie mam na myśli tylko spraw wierności małżeńskiej. Zdradą jest przecież zachowanie rodzica, który coś obiecuje i nie dotrzyma. Zdradzają nas niesłowni przyjaciele, oszuści wszelkiej maści, a nawet nasza rodzina. Jeśli zatem ktoś bliski nam emocjonalnie rodzic, siostra, przyjaciel, małżonek wybiera kogoś innego, zamiast być lojalnym wobec nas, u podstaw leży schowana głęboko w sercu zazdrość.

Jak sobie pomóc i jak wyleczyć się z tendencji do zazdrości? Przede wszystkim warto zrozumieć, że nie czujemy zawiści o coś lub o kogoś. Osoba, przedmiot czy sukces, które powodują, że zieleniejemy, to tylko zewnętrzne objawy. Prawdziwa trucizna jest w środku nas. To ten ból z dzieciństwa, to przemożne poczucie odrzucenia, bycia gorszym i niepotrzebnym, to przekonanie, że nikt nas nie chce i nie kocha.

Jedna z moich klientek zapytana, co naprawdę czuje, kiedy mówi, że jest zazdrosna o męża, który flirtuje z inną, opisała mi ciekawy obrazek. Powiedziała, że jest jak mały, głodny szczeniaczek, który leży wyrzucony w błocie i na deszczu, z daleka od jakiejkolwiek pomocy. Dookoła tylko błoto i woda i bardzo zimny wiatr. Ta przejmująca wizja pokazuje prawdziwe podłoże zazdrości, ponieważ odwołuje się do naszego wewnętrznego dziecka. To metafora jakiegoś zdarzenia z dzieciństwa, kiedy ta kobieta poczuła się porzucona i odepchnięta przez rodziców. Mały piesek na deszczu to ktoś bezradny, kochający, kto liczył na miłość i wsparcie, a dostał wielkiego kopniaka. Jest to wyraźnie układ: malutkie i bezbronne dziecko – rodzic. A nie żona i mąż, bo dlaczego żona miałaby być wobec swojego partnera malutka i bezbronna? Warto dodać, że trafiłam na wyjątkowo wrażliwą i szczera osobę. Większość z nas ukrywa takie uczucia pod agresją i w chwili zazdrości ujawnia jedynie gniew.

Jak zatem sprawić, by zagubiony w deszczu szczeniaczek stał się na powrót silnym, dużym i szczęśliwym psem? Odnaleźć w sobie swoją moc. To, czego zazdrościmy innym, jest naszym potencjałem. Ludzie sukcesu nas inspirują do tego, byśmy odkrywali własne możliwości. To, co widzimy u innych, możemy rozwijać w sobie, zamiast tracić energię na atakowanie tamtych osób. Zobaczmy w osiągnięciach drugiego człowieka piękno, zachwyćmy się nim. To, co kochamy i podziwiamy, przyciągamy do siebie.

Ważne, by poczuć się doskonałą istotą, która nikomu niczego zazdrościć nie musi, bo ma w sobie wszystko, czego pragnie i potrzebuje. Przychodzimy na świat wyposażeni idealnie we wszystko, co może sprawić, że będziemy szczęśliwi i spełnieni. Nie musimy z nikim się porównywać. Jesteśmy absolutnie doskonali. Wystarczy podnieść poczucie wartości i nauczyć się doceniać swoje piękno. A jeśli ktoś ma problem z rozwijaniem samooceny polecam dobry podręcznik z odpowiednimi, skutecznymi ćwiczeniami.

Odczuwanie zazdrości przenosi nas w czasie w przeszłość do tej chwili, kiedy rodzice nas odrzucili, zdradzili i zawiedli. Warto jednak pamiętać, że to oni popełnili błąd, nie umiejąc pochwalić własnego dziecka, porównując je z kimś obcym lub faworyzując jedną z pociech, kosztem drugiej. W tym pierwszym przypadku rodzice bez wątpienia sami padli ofiarą kompleksów, skoro zamiast miłości i starań we własnym potomku, szukali ideału zawyżając wymagania. Swoim córkom zawsze powtarzałam, że mają być szczęśliwe i nie obchodziły mnie ich oceny w szkole. Owszem, chwaliłam za każdy sukces, ale gdy sukcesów nie było, chwaliłam za to, że są dobre i mądre. Wymagający rodzice to zakompleksione nieudaczniki, które chcą sobie podnieść poczucie wartości kosztem własnego dziecka. Przepraszam musiałam to napisać. Dziecko ma być szczęśliwe i dobre dla innych, a nie najlepsze w klasie, by się nim chwalić sąsiadkom. 

Na koniec jeszcze słów parę na temat zazdrości w związku. Nie warto tracić na nią czasu. Nie mamy wpływu na to, co, gdzie i z kim robi nasz partner. Nie upilnujemy nikogo. A im bardziej będziemy prześladować i kontrolować, tym szybciej partner od nas ucieknie. Możemy natomiast pracować nad sobą i to jest moim zdaniem najskuteczniejszy sposób. Podniesienie poczucia wartości sprawi, że poczujemy się najpiękniejsze/najlepsi. Nie znajdzie się na świecie żaden rywal/rywalka, która mogłaby zagrozić naszej miłości. W rozwijaniu poczucia wartości istotne jest prawdziwe kochanie siebie. Jeśli kocham siebie to mój partner mnie kocha, ponieważ jak lustro odbija moje przekonania. Jeśli jestem wierna sobie, to i mój partner odzwierciedli takie podejście. Może zatem spędzać czas w pracy z kim chce, a ja nie muszę się martwić o nasz związek. 

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Bez lęku

Lęk leży u podłoża wszystkich negatywnych emocji. To z niego wyrastają najtrudniejsze odczucia. Kiedy w naszym sercu pojawia się rozpacz albo żal lub złość, to najprawdopodobniej jest wynikiem lęku przed samotnością, odrzuceniem, poczuciem bezwartościowości czy przed wstydem. Jest to też bardzo silna blokada, uniemożliwiająca przepływ ożywiającej wszystko energii. Jeśli rozgości się w nas na dłuższy czas, prowadzi do poważnych schorzeń. Nie warto zatem trwać w lęku. Warto natomiast szukać sposobów na uzdrowienie.

Lęk jest czymś innym niż strach. Ten drugi jest czynnikiem fizjologicznym i pojawia się wówczas, kiedy stajemy wobec realnego zagrożenia. Kiedy wybuchnie pożar, kiedy nas atakuje dzikie zwierzę, kiedy ktoś chce naruszyć naszą nietykalność, wtedy strach uruchamia w naszym ciele działanie hormonów niezbędnych do ratowania życia i zdrowia.

Ten pierwszy jest irracjonalny. Jest najczęściej odruchem nawykowym, wykształconym w dzieciństwie. Działa jako odpowiedź na ślad trudnych doświadczeń. Zapamiętujemy negatywne gesty, zachowania, ton głosu i potem w dorosłym życiu reagujemy jak zagrożone, wystraszone dziecko, kiedy tylko napotkamy coś, co kojarzy się nam z przykrą sytuacją z przeszłości.

Bywa często, że nasze lęki są bezzasadne. Dlatego warto zacząć od uważnego przyjrzenia się temu, czego się boimy. Być może to coś ma tylko wielkie oczy. Najczęściej boimy się naszych myśli o czymś, a nie tego czegoś. Przykładem niech będzie dentysta. Największą torturą bywa dzisiaj siedzenie w poczekalni i słuchanie dochodzących z gabinetu dźwięków. Panicznie boimy się tego, co nas za tymi drzwiami spotka. A kiedy już nadchodzi ta okropna chwila, okazuje się, że dostajemy znieczulenie i cały zabieg nie jest wcale straszny. Dlatego właśnie punktem wyjścia do życia bez lęku jest przyjrzenie się swoim myślom i obiektywne stwierdzenie, czy nie boimy się jakiegoś strasznego wyobrażenia, a nie samej sprawy.

Bywa, że boimy się ludzi. Boimy się podejść i zagadnąć kogoś obcego, bo… no właśnie. Bo co? Co się może stać złego? Ta osoba w najgorszym wypadku może wzruszyć ramionami i nas zignorować lub być nieuprzejma i nas obrazić. I co z tego? Czy nas zje? Uderzy? Skrzywdzi? Raczej wątpliwe. Dlaczego zatem paraliżuje nas strach? Przykładem może być tutaj trema, która w istocie jest absurdalnym strachem przed ośmieszeniem. Ludziom występującym publicznie wydaje się końcem świata sytuacja, kiedy strzelą gafę, pomylą się, rozbawią swoja pomyłka publiczność. Nie zdają sobie sprawy, że widownia pośmieje się przez kilka minut, a potem zapomni, bo każdy zajmie się swoimi sprawami. Egocentryzm każe nam wierzyć, że nasza pomyłka będzie w centrum uwagi dłużej i aż do końca świata. Kolejnym sposobem na zmniejszenie lęku może być zatem realne przyjrzenie się sprawie i ocena, czy nie wyolbrzymiamy tu czegoś.

Patrząc nieco filozoficznie, lęk bierze się z pragnienia pozostania w strefie komfortu. Boimy się zmian, ponieważ niosą ze sobą nieznane. Przewidywalność daje nam poczucie bezpieczeństwa. To co nowe – przeraża. Niewielu spośród nas umie płynnie dostroić się do procesu życia. A warto pamiętać, że życie ma być twórcze, a nie wygodne. Trudności są po to, abyśmy mogli rozwijać w sobie najpiękniejsze jakości. Są dobrodziejstwem i przygodą, która pozwala nam uruchomić swoją wewnętrzną moc. Zmiana optyki pozwala pozbyć się lęku. Jest to jedna z ciekawszych metod uwalniania od tego niechcianego uczucia: w miejsce napięcia wprowadzamy ekscytację. Przynosi to niezwykłe efekty – warto spróbować. Polecam.

Często mówi się też o oswajaniu lęków, czyli zaakceptowaniu ich, jako czegoś naturalnego. Nie warto przed nimi uciekać, czy zamiatać ich pod dywan. Będą nas wówczas nękały z ukrycia. Natomiast wtedy, kiedy zaakceptujemy je i obejrzymy z każdej strony – cichną, tracą siłę i moc, gasną, przestają zatruwać nam życie. Dotyczy to też samego życia i sytuacji, które nas przerażają. Warto je zaakceptować, przyjąć, przestać stawiać im opór. Kiedy nauczymy się płynąć z nurtem i zaczniemy dostrzegać harmonię wszechświata, odzyskujemy wiarę w to, że mogą nas spotykać tylko dobre rzeczy.

Pozytywne myślenie jest doskonałym sposobem na uwolnienie od lęku. Człowiek, który żyje w radości i bez napięcia, rzadko wpada w neurozy. Świadomość ubóstwa wszędzie widzi zagrożenie, świat jest dla niej zły, jedzenia naszpikowane chemią, a piękne chmury na niebie są wynikiem chemtrails. Można i tak. Ale właśnie wtedy zaczynamy wszystkiego się bać, bo skoro za każdym rogiem czai się zło, a tajemne siły chcą nas zniszczyć, to jak można się nie bać? Świadomość prosperująca wie, że sama kreuje swoje życie. Jeśli tworzy tylko dobre myśli, to nic złego nie może jej spotkać. Czego zatem ma się lękać? Pięknej pogody? Dobrych ludzi? Pysznego jedzenia? Aniołów, które rozpościerają na niebie skrzydełka?

Im bardziej czegoś pragniemy, tym gorzej znosimy sytuację, kiedy tego nie dostajemy. Stąd bierze się opór, to nasz bunt przeciwko temu, co się dzieje, jeśli nie dzieje się po naszej myśli. Aby sobie pomóc, można nabrać dystansu do świata, a szczególnie do własnych oczekiwań. Buddyzm uczy, by do niczego się nie przywiązywać. To bardzo mądre, ponieważ nie oczekując nadmiernie niczego, nie cierpimy, jeśli tego nie dostaniemy. Nie czujemy też bólu, kiedy coś tracimy, ponieważ to właśnie przywiązanie do ludzi i rzeczy wywołuje trudne emocje.

Nasze pragnienia są często wygórowane. Szczególnie wówczas, kiedy są sposobem na dowartościowanie siebie. Człowiek, który ma niską samoocenę szuka na zewnątrz siebie czegoś, co sprawi, że poczuje się lepiej sam ze sobą. To mogą być pieniądze lub awans – coś, czym może pomachać innym przed nosem. Kiedy nie osiągnie celu i wymarzony sukces rozwieje się jak dym, staje się podwójnie nieszczęśliwy. Władzę nad takim człowiekiem przejmuje lęk przed bezwartościowością. Nie muszę przypominać, że szukanie pewności siebie poza sobą jest ślepą uliczką. Warto natomiast podkreślić, że praca z poczuciem własnej wartości sprawia, że lęki znikają.

Ostatnim czynnikiem, który ma wpływ na nasze poczucie bezpieczeństwa jest uwolnienie od poczucia winy. Wyrzuty sumienia obniżają nam samoocenę, a co za tym idzie, sprawiają, że nasz komfort psychiczny znika. Pojawiają się negatywne myśli, a z podświadomości wypływa lęk przed karą. Jeśli zrobiliśmy coś, co uznajemy za złe, to czujemy, że należy się za to jakieś rozliczenie. Często sami je sobie wymierzamy nieświadomie przyciągając przykre wydarzenia i kłopoty. Czujemy to i poddajemy się lękom w przeświadczeniu, że sprawiedliwości musi stać się zadość. Przy czym sprawiedliwość postrzegamy tu jako karzącą nas dłoń opatrzności. Warto zmienić optykę i pomóc sobie. Uwolnienie od poczucia winy i wybaczenie sobie podnosi nam energię i pozwala cieszyć się życiem.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Plusy emocji

Patrząc z poziomu rozwoju wewnętrznego wszystkie negatywne emocje są dla nas drogowskazami, dzięki którym dostrzegamy wzorce wymagające uzdrowienia. To ważna zaleta, ponieważ w ten sposób emocja staje się dla nas istotnym nauczycielem, który pomaga nam wznosić się coraz wyżej i stawać się coraz lepszymi, mądrzejszymi i dojrzalszymi. Czy zatem rzeczywiście są one “negatywne” tak, jak je nazywamy? Dualizm wynikający z konieczności segregowania zjawisk na dobre i złe wprowadza często wiele zamieszania. W istocie każda emocja będzie harmonijna z naszą rzeczywistością, każda po prostu jest.

Te emocje, które określamy jako pozytywne – np. : radość, sympatia, zadowolenie, poczucie wolności i bezpieczeństwa itp. – są harmonijne przez sam fakt swojego istnienia. Z zasady zbliżają nas do miłości bezwarunkowej, która przecież jest celem naszego życia. Kiedy się pojawiają podnoszą nam energię. Sprawiają, że czujemy sie lepiej. W skrajnych przypadkach dzięki nim “kochamy cały świat”, co z pewnością jest niesłychanie dobrym zjawiskiem.

Te emocje, które nazywamy negatywnymi – np. złość, zazdrość, żal, wstyd, poczucie winy, strach, rozczarowanie itp. – są w gruncie rzeczy przykre i ściągają nam energię. Jednak warto pamiętać, że są bardzo potrzebne. Pojawiają sie nieprzypadkowo. Spełniają ważne zadanie. Wszechświat jest pełen harmonii i rozumiejąc rolę tych trudnych emocji, dostrzeżemy w ich istnieniu także pewną harmonię. Pojawiają się jako istotny nauczyciel. Nie poradzilibyśmy sobie bez nich.

Z całą pewnością określanie wybranych emocji jako negatywne wynika z ich niekorzystnego wpływu na nasze zdrowie. Jak wskazuje psychosomatyka: złość, żal czy poczucie winy itp. odkładane w podświadomości wpływają fatalnie na nasze ciało, powodując rozwijanie się różnych chorób. Bardzo szczegółowo opisuje to w swoich opracowaniach (a także w filmach i prezentacjach) dr Bruce Lipton. (Tutaj zamieszczam linki do wykładów Bruce’a Liptona) Polecam wszystkim zainteresowanie się podstawami psychosomatyki, ponieważ taka wiedza może mieć duże znaczenie dla naszego zdrowia.

Warto jednak podkreślić, że nasze komórki uszkadza stłumiona emocja, w której przebywamy przez dłuższy czas, a nie każda, która na chwilę się pojawi. Emocje są czymś zupełnie naturalnym. Mamy prawo je odczuwać, chociaż zrozumiałe jest, że czasem tęsknimy za niewzruszonym spokojem i z podziwem patrzymy na tych, którzy nie poddają się intensywnym uczuciom. Na pewno umiejętność zarządzania emocjami świadczy o rozsądku, wiedzy i dojrzałości. Z drugiej jednak strony emocje same w sobie są naszą ludzką cechą. Nie ma nic złego w ich przeżywaniu.

Moja klientka opowiedziała mi interesującą historię, która pokazuje, że emocje mają istotne znaczenie dla naszego rozwoju. Otóż któregoś dnia, kiedy była zmęczona po długotrwałej chorobie, bardzo zdenerwowała się na męża za prawdziwe głupstwo, jakim była zbita szklanka. W okropny sposób nakrzyczała na niego, nie przebierając w słowach. A potem zamknęła się w swoim pokoju, by się uspokoić. Ponieważ nigdy nie reagowała na przypadkiem stłuczone naczynia, wiedziała, że nie ma w sobie wzorca z tym związanego. Przyjęła, że złość została spowodowana złym samopoczuciem. Kiedy jesteśmy chorzy, mamy obniżoną energię, a co za tym idzie – jesteśmy bardziej wrażliwi i rozdrażnieni. Kiedy ochłonęła, zrobiło jej się przykro z powodu niemiłych słów, jakie wykrzyczała do partnera. Uświadomiła sobie, jak bardzo go kocha i ile dobrego mu zawdzięcza. Wraz z niesmakiem w stosunku do samej siebie za niepotrzebny krzyk pojawiły się w niej piękne emocje wobec męża. Jednocześnie ogromna falą napłynęły do niej najcieplejsze uczucia.

Moja klientka szybko przeprosiła partnera za swoją niepotrzebną złość i cała ta sprawa w ich związku nie miałaby żadnego znaczenia, gdyby nie fakt, że ta niewielka awantura zapoczątkowała nowy, bardzo dobry rozdział w ich życiu. Od tamtej pory moja klientka nie tylko pilnuje swoich słów i pracuje nad umiejętnym zarządzaniem emocjami, ale przede wszystkim pielęgnuje swoje uczucia do partnera. Stara się, aby w ich związku było wiele dobrych rzeczy i często powtarza mi, jak bardzo cieszy ją odkrycie swoich prawdziwych uczuć.

Sytuacja ta jest podobna do chwili, w której ktoś bliski nam choruje lub naraża się na niebezpieczeństwo. Często wówczas uświadamiamy sobie, jak ważny jest dla nas i staramy się zacząć okazywać nasze prawdziwe uczucia. Miewamy też potrzebę wynagrodzenia tej osobie wszystkiego i nadgonienia straconego czasu. W tym przypadku negatywne emocje (złość, a następnie poczucie winy) odblokowały pokłady czystej bezwarunkowej miłości. Spełniły więc wyjątkowo pozytywne zadanie.

Jesteśmy tu na Ziemi po to, by kochać. Każde zjawisko, które pomaga nam w odczuwaniu miłości lub otwiera nas na moc naszego serca jest wielkim dobrem, które zbliża nas do sensu naszego życia. 

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Wdzięczność

To, co wszyscy ogromnie lubimy, to radość i zachwyt osoby, którą właśnie czymś obdarowaliśmy. Te wszystkie wesołe pokrzykiwania: „och, dziękuję, bardzo tego potrzebowałam” powodują, że na sercu robi się nam ciepło. Nie przesadzę, kiedy powiem, że dla niektórych ludzi, wdzięczność otrzymana od kogoś jest najważniejszym celem w życiu. Będą tego stale poszukiwać i hojnie wspierać wszystkich, którzy są w potrzebie i umieją wylewnie podziękować. Przekonajcie się sami, jakie to cudowne uczucie. Jeśli zrobicie coś dobrego dla kogoś lub ofiarujecie komuś rzecz bardzo dla tej osoby ważną i potrzebną, to chwilę później czujecie niemalże, jak skrzydła wyrastają Wam u ramion. Tak działa siła wdzięczności, którą w Waszą stronę wysyła obdarowany. Daje to niesamowitą moc, dzięki której można nawet góry przenosić i rozwiązywać sprawy pozornie nie do załatwienia.

Lubimy pomagać, ponieważ chcemy czuć się lepsi. Za każdym razem, kiedy ktoś okazuje nam wdzięczność, podnosi tym naszą samoocenę. Tworzy to też kolejne pomosty sympatii, ponieważ zwykle lubimy tych, którzy nas doceniają. Podniesienie poczucia wartości z kolei pomaga nam w osobistym rozwoju i działa na wielu płaszczyznach. Poprawiają się relacje, lepiej funkcjonujemy w biznesie, pozytywnie reagujemy z sferze zawodowej i rodzinnej. Naturalnie działa to uzdrawiająco także na związki osobiste, które opierają się przecież przede wszystkim na tym, co myślimy o sobie.

Wdzięczność pomaga tworzyć równowagę pomiędzy dawaniem i braniem. Uruchamia naturalny przepływ uczuć i otwiera ludzkie serca. Kiedy ktoś okazuje nam serdeczność i troskę, możemy mu mniej lub bardziej wylewnie podziękować i od razu wszystkim robi się miło. Jeśli to nam ktoś dziękuje, czujemy się docenieni, a to przecież w związku ogromnie ważne. Tak ważne, że czasami nie oczekujemy niczego więcej – podziękowania wystarczą. Równowaga zostaje zachowana.

W jednym z zachodnich poradników znalazłam kiedyś ćwiczenie, nazywane przez autora „dzienniczkiem wdzięczności”. Praca polega na codziennym wieczornym zapisywaniu co najmniej kilku zdarzeń, za które jesteśmy wdzięczni. Zanim zaczęłam uczyć tego innych, przetestowałam to sama i odkryłam niezwykłe rzeczy. Codzienne pisanie o dobrych wydarzeniach i do tego w formie podziękowania, powoduje niesamowite podniesienie nastroju. Drugą ciekawostką jest fakt, że proces taki ogniskuje naszą uwagę wyłącznie na tym, co naprawdę pozytywne. Podświadomie, w trakcie codziennych zajęć szukamy tego, co można zapisać, pomijając machnięciem ręki to, co przykre lub trudne. W ten sposób uczymy się zwracać uwagę na piękną stronę świata. Ponieważ myśl kreuje rzeczywistość, w efekcie uczymy się przyciągać do siebie tylko to, co pomyślne. Trzeci cud odkryłam, odczytując po miesiącu swoje kolejne zapiski. Lektura była fascynująca i ogromnie pozytywna. Poczułam się lekko i radośnie, ale przede wszystkim raz na zawsze uwierzyłam, że świat to absolutnie cudowne miejsce, a życie jest po prostu wspaniałe!

Od tamtej pory korzystam z mocy wdzięczności, dziękując każdego dnia za to, że świeci słońce lub za to, że jest chłodne rześkie powietrze. Dziękuję za mroźną zimę i upalne chwile. Dziękuję za to, że mam dobry słuch i mogę rozkoszować się śpiewem ptaków w gałęziach drzew, rosnących wokół mojego domu. Dziękuję za zdrowe oczy, dzięki którym mogę zachwycać się otaczającym mnie pięknem. Dziękuję za wspaniałych ludzi, z którymi się spotykam i za wiele, wiele innych rzeczy, które mogłabym wymieniać bez końca. Każdy z nas może dziękować za setki przedmiotów, spraw i wydarzeń, bo w każdym życiu znajdzie się coś cudownego, za co możemy być wdzięczni. Trzeba tylko otworzyć oczy i nauczyć się dostrzegać, jak dużo cudów nas otacza.

Czasami potrzebujemy trudnego doświadczenia, aby nauczyć się tej prostej magii. Kiedy ktoś, chorując ciężko, spędza kilka tygodni w szpitalu, po powrocie do zdrowia, wychodzi na pierwszy spacer i mrużąc oczy w słońcu, wdycha głęboko świeże powietrze. Czuje zachwyt i radość, podziwia zapach drzew, ciepło słonecznych promyków i błękit nieba. Myśli wówczas, że gdyby nie wrócił do zdrowia, nie byłoby mu dane doświadczać tego prostego i tak oczywistego piękna. To wielka chwila, kiedy uczymy się doceniać to, co dostajemy w darze już w chwili przyjścia na świat. Dostajemy, lecz nie wszyscy umiemy ów prezent rozpakować i cieszyć się nim. Zabiegani, zapracowani, zapominamy o tym, co w naszym życiu jest dobre i piękne, całą swoją energię poświęcając problemom.

Wdzięczność uzdrawia nasze uczucia, ponieważ działa jak balsam na nasze serce. Pozwala nam poczuć się lekko i radośnie. Jest to oczyszczające doświadczenie, które zasila nas dawką dodatkowej energii. Specjaliści twierdzą, że kiedy je odczuwamy, wówczas wchodzimy w tzw. „przepływ”, a to z kolei daje nam duże możliwości, które można wykorzystać w dowolnej sferze naszego życia.

Odczuwanie wdzięczności to proces, który nie kończy się z chwilą wyrażenia podziękowania. Zasilenie samego siebie takim uczuciem powoduje pozytywną reakcję na poziomie serca, które wysyła do naszej świadomości miłość. A miłość uzdrawia ciało. Jak najlepszy lekarz nasyci każdą komórkę tym, czego ona najbardziej potrzebuje. Rozświetli cała nasze ciało, prowadząc do dobrego samopoczucia.

Prosperita uczy, że wdzięczność jest siłą, która pomnaża pomyślność. Im częściej dziękujemy za to, co posiadamy lub co udało nam się osiągnąć, tym więcej dobra przyciągamy do siebie. Jeśli każdego dnia odczuwamy szczerą wdzięczność za każdą złotówkę, to następnego dnia przychodzi ich więcej. Jeśli dziękujemy za wspaniałe doświadczenia z kochanymi osobami, to wkrótce spotykamy kolejnych sympatycznych ludzi. Myśli przesycone takim dobrym uczuciem są kilkakrotnie silniejsze od zwykłych myśli. To emocja, która wyjątkowo wzmacnia nasze możliwości kreowania rzeczywistości. Każde szczere podziękowanie działa jak zamówienie złożone u zarządcy Wszechświata – przynosi nam coś w darze.

Każdy z nas ma wiele marzeń. Pragniemy tysiąca rzeczy i zapytani o to przez złotą rybkę, bez wahania zasypiemy ją mnóstwem życzeń. To czasem powoduje poczucie przytłoczenia. Kiedy mamy szczególnie trudny okres i tak niewiele się spełnia, możemy odczuwać przygnębienie i bezsilność. Czasem także rezygnację i zwątpienie w to, że nasz los kiedykolwiek zmieni się na lepsze. Najciekawszym lekarstwem może okazać się uczucie wdzięczności. Wystarczy wyjść na spacer i podziękować za zdrowie, za ładny dzień, za możliwość czerpania wszystkimi zmysłami piękna, które nas otacza. Można też usiąść i w swoim dzienniczku wypisać wszystko, co posiadamy, nie pomijając żadnego drobiazgu. Czasem nawet zabraknie kartek… A wówczas ta rozżalona część w nas poczuje, że ma o wiele więcej niż jest w stanie zauważyć. Uspokoi się, wyciszy i napełni wiarą w to, że w gruncie rzeczy niczego nam nie brakuje. Poczuje się zaspokojona, a wtedy napełni nas mocą tworzenia.

Docenianie siebie i dziękowanie wszystkim innym oraz odczuwanie wdzięczności rozwija w nas siłę woli, która zjednoczona z mocą serca wzmacnia nasze zdolności realizacji, spełnienia i osiągania sukcesów.

Bogusława M. Andrzejewska