Tęsknota

Spełnianie marzeń i realizacja celów jest dużo ważniejsza, niż może się wydawać. Nie chodzi w tym procesie wyłącznie o nasz komfort i dogadzanie próżności. W istocie można porównać to raczej do napełniania zbiorników, z którymi nasza dusza zeszła na Ziemię. Dopóki tego nie zrobimy, czujemy pustkę podobną do głodu. Przypomina to takie wewnętrzne ssanie, które utrudnia nam rozwój, odwracając uwagę od tego, co dla nas ważne. Podobnie, jak w przypadku, kiedy burczy nam w brzuchu i przez to nie umiemy skupić się na pracy.

Uwielbiam wodę od urodzenia, a właściwie od wszystkich minionych wcieleń. Niestety w każdym od nowa muszę uczyć się pływać, a że w ostatnim zostałam utopiona, to w obecnym pływać zaczęłam przed pięćdziesiątką dopiero. Przez wszystkie lata życia czułam w sobie to nieprzyjemne „ssanie”, które bardzo chciało pływać. Ilekroć pojechałam nad jezioro, biegłam do wody zanim jeszcze mój mąż dobrze zaparkował samochód. Czułam się tak, jakbym wiecznie była głodna dotyku jakiegoś akwenu, a jednocześnie szerokim łukiem omijałam baseny. Odkąd jednak nauczyłam się pływać, zniknęła owa niekomfortowa tęsknota. Dzisiaj potrafię siedzieć nad wodą i patrzeć na nią bez wewnętrznego przymusu, aby szybko się w niej zanurzyć. Potrafię też być szczęśliwa i spokojna z daleka od wody. Mój głód pływania został zaspokojony na zawsze. Teraz po prostu to lubię i tyle.

Podobnie doświadczam wielu innych zjawisk i wierzę, że nie jestem w tym odosobniona. Przemożna tęsknota znika, kiedy pozwolimy sobie na dotknięcie tego, co dla nas ważne. Pojawia się spokój i poczucie spełnienia. Ponieważ ufam temu, co czuję i staram się podążać za sercem, wiem doskonale, że marzenia należy spełniać. Te które nie są tylko pustką zachcianką, ale prawdziwym pragnieniem. Jak je odróżniać, piszę tutaj. Niespełnione marzenia są jak płacz duszy i moim zdaniem należą one do jej planu na wcielenie.

Czasem nawet pojawia się presja, zaburzająca całą hierarchię ważności, bo okazuje się, że nie dostrzegamy tego, co naprawdę istotne. W sensie energetycznym, będzie to silne napięcie, które utrudnia prawidłowy przepływ energii. Możemy też tworzyć opór wobec innych tematów, ponieważ podświadomie walczymy ze wszystkim, co nie jest naszym upragnionym celem. Widać to wyraźnie na przykładzie dziecka, które tupie nóżkami, bo chce lizaka. Jeśli rodzice nie odwrócą jego uwagi albo nie zablokują karceniem, to będzie ono tupać tak długo, dopóki owego lizaka nie dostanie.

W każdym z nas jest to małe tupiące dziecko, które nadal pragnie wszystkiego, czego nie dostało, chociaż zamieniło lizaka na samochód, buty czy nowy model komórki. I warto wiedzieć, że im częściej jako małe dziecko nie dostawaliśmy tego, czego tak bardzo chcieliśmy, tym trudniej nam w dorosłym życiu spełniać marzenia. Pomimo dojrzałości, dyplomów i setek przeczytanych podręczników nadal stoimy z nosem na wysokości sklepowej lady i z żalem patrzymy na lizaki za szybką. Tak działa wzorzec niespełnienia i wewnętrzne przekonanie, że nigdy nie będziemy mieć tego, czego pragniemy.

Nie oznacza to, że należy bez wahania zaspokajać wszystkie oczekiwania maluchów. Żyjemy w czasach, kiedy dzieci są zasypywane coraz droższymi zabawkami. Lizak nie bywa już problemem. To z kolei rozwija w młodym człowieku postawę roszczeniową. W obu przypadkach wzorce takie mogą popchnąć do zdobywania wszystkiego za wszelką cenę, poprzez oszustwo, kradzież, manipulację. Każda droga prowadząca do finansowego bogactwa bywa uświęcana. Lub odwrotnie – nic się nie robi, czekając, aż ktoś inny zrobi za nas, bo… „przecież i tak się nie uda” czy też „inni zrobią i podadzą pod nos”.

O wiele łatwiej jest tym osobom, które w dzieciństwie nauczono, że mogą mieć wszystko, jeśli cierpliwie poczekają lub wykonają w tym celu jakieś działania. Dobrze ilustruje to słynny eksperyment z piankami marschmallow. Tym, którzy go nie znają, przypomnę, że ideą ćwiczenia była cierpliwość. Dzieciom rozdawano po jednej piance, obiecując, że jeśli powstrzymają się od jej natychmiastowego zjedzenia i odłożą ją na jutro, dostaną nagrodę w postaci kolejnej. Dorośli zapewne nie mieliby z tym problemu, jednak dla dzieci było to nie lada wyzwanie. Najważniejszym wnioskiem płynącym z ćwiczenia było odkrycie, że te osoby, które umiały odmówić sobie przyjemności szybkiego zjedzenia pianki, w dorosłym życiu lepiej sobie radziły z wyzwaniami, wiedząc, że za każdym życiowym zakrętem i każdym wyrzeczeniem czeka nagroda. Niecierpliwi i w dorosłym życiu chcieli mieć wszystko natychmiast, lecz równie szybko się zniechęcali do jakiegokolwiek działania.

Przysłowia i stare mądrości gloryfikują cierpliwość, ale warto podkreślić, że jak zawsze optymalny jest złoty środek. Wytrwałość i umiejętność czekania może przynieść korzyści – to jasne. Ale wcale nie musi. Bywa, że pozbawia nas aktywności i staje się wygodną zasłoną, za którą czai się wystraszona lub bierna osoba, odkładająca wszystko „na później”. Czekanie uwalnia od obowiązku działania i może stać się wygodną wymówką. A powszechnie wiadomo, że nic samo do nas nie przyjdzie, jeśli to my nie wykonamy ruchu w stronę tego, co dla nas ważne. I tu pojawią się mówcy motywacyjni, pokrzykując do nas ochoczo: „nie czekaj! Działaj”. Ale jeśli polecimy za tym okrzykiem na oślep, możemy wpaść w kłopoty. Zatem ani czekanie bez końca, ani wyścig nie przyniesie nam szczęścia.

Wniosek nasuwa się wyraźnie jeden – należy realizować marzenia, bez odwlekania ich w nieskończoność, ale też bez pośpiechu, wybierając to, czego jesteśmy pewni. I chociaż z punktu widzenia prosperującej świadomości nie ma złych decyzji, lepiej dla nas kiedy płyną z serca. A do głębi tego serca warto spokojnie zajrzeć, wyciszając się w medytacji.

Bogusława M. Andrzejewska

Advertisements

Skupienie

Duchowi nauczyciele często powtarzają, że wystarczy nam 60 sekund skupienia na obiekcie naszych pragnień, a uda się nam go zmaterializować. Obecnie fizyka kwantowa zdaje się potwierdzać taką teorię, podkreślając, że to nasze zogniskowane myśli stwarzają cząsteczki materii. Innymi słowy, że to obserwator stwarza to, co obserwuje. Dlatego też zapewne praktyka często to potwierdza i nasze stałe rozmyślania lub wizualizacje rzeczywiście przyciągają do nas to, o czym marzymy. Doświadczyłam tego wiele razy. Myślę zresztą, że inni też znają takie historie. Myśl stwarza. Co do tego nie mamy już wątpliwości.

Jednak na co dzień trudno jest nam posługiwać się taką metodą, bo ona nie chce działać w najprostszy sposób. Wielokrotnie tworzymy Mapy Marzeń, afirmujemy coś, a tego i tak ciągle nie ma. Ucieka nam z rąk wiele razy to, o co na okrągło się modlimy. Spotykam się często z osobami, które mówią mi, że stosują zasady Prosperity, ale one nie chcą wcale działać. Udowadniają mi pozorną sprzeczność. Pozorną tylko…

Niedawno jedna moja znajoma pokazała mi cytat z duchowego poradnika, którego treść oznajmiała, że “to co daję światu, także od świata otrzymuję”. Ponieważ akurat przechodziła przez trudny okres w życiu, szybko udowodniła, że chociaż rozdaje ludziom dobro i życzliwość, w zamian dostaje cierpienie. Zapytała mnie przewrotnie: “czy ja komuś zadałam takie cierpienie, jakiego sama doświadczam? Może nieświadomie, ale nie sądzę“. I oczywiście pozornie miała rację.

Dlaczego pozornie? Ponieważ zapominamy, że Prawo Przyciągania bazuje na wibracjach a nie na działaniach. Skupienie, o którym próbuję tutaj napisać, wymaga od nas umiejętności tworzenia określonych wibracji myślami i emocjami, a nie czynami. Są nawet hipotezy, że nasze działania wcale nie maja żadnego znaczenia. Możemy robić cokolwiek chcemy, ważne przede wszystkim, aby być we właściwej wibracji. Dlatego też czasem obserwujemy ludzi, którzy niewiele dobrego robią, a czasem nie robią zgoła nic godnego uwagi, ale są szczęśliwi i powodzi im się całkiem nieźle.

Oznacza to, że moja znajoma dostaje dokładnie to, co myśli i czuje, a nie to, co robi. Pomimo tego, że jest bardzo szlachetną i wspierająca innych osobą przyciąga cierpienie, ponieważ jej myśli stale zajęte są smutnymi refleksjami o pełnym bólu i problemów życiu. To zresztą nie tylko jej myśli, ale także nakręcone nimi negatywne emocje, które wypełniają jej całe dni. Wiem o tym, ponieważ dzieli się ze mną swoimi smutkami.

Najczęściej popełnianym przez nas błędem jest rozmyślanie o brakach i zmartwieniach. Kiedy pojawia się problem standardowo rozkminiamy sytuację, która napawa nas smutkiem, żalem czy złością i w tych emocjach tworzymy swoje życie, przyciągając zgodnie z wibracjami myśli i emocji następne podobne doświadczenia. Jeśli nawet zrobimy sobie przerwę i przez pół godziny pośmiejemy się przy piwie ze znajomymi, to i tak za mało. Chociaż warto podkreślić, że dobrze, jeśli bodaj pół godziny dziennie poświęcimy na tworzenie pozytywnych wibracji. Lepiej tyle niż wcale.

Pisałam już o tym, że przyciągamy to, na czym skupiamy uwagę. Jeśli chcemy pomyślnie rozwiązać problem, to powinniśmy rozmyślać o tym rozwiązaniu, którego pragniemy. Skupianie się na celu, który chcemy osiągnąć jest najlepszym sposobem na zbudowanie w sobie odpowiedniej częstotliwości. Oznacza to, że w sytuacji braków finansowych nie rozmyślamy o długach czy rachunkach do zapłacenia, lecz o chwili, w której mamy w dłoniach mnóstwo pieniędzy. Tworzymy taki obraz i cieszymy się całym sercem z trzymanych w dłoni banknotów. Jeśli czujemy się samotni, to nie rozmyślamy o swoim stanie i pustych wieczorach, lecz wyobrażamy sobie siebie w pełnym miłości towarzystwie na zabawie, na plaży czy w innym cudownie nastrajającym miejscu. Nasze skupienie powinno zasilać to, czego pragniemy, a nie to, od czego chcemy uciec.

W praktyce sprawia to trudność tylko dlatego, że poddajemy się nawykowo przeżywanym emocjom. Kiedy pojawia się kłopot, zamiast wejść w radosną wizualizację i tworzenie pożądanego efektu, martwimy się i narzekamy. To naturalne. Tak jesteśmy stworzeni i tego nauczyliśmy się przez kolejne pokolenia. Jednak warto pamiętać, że zawsze można coś zmienić. Wbrew pozorom jesteśmy w stanie władać swoimi emocjami. To my sami możemy w dowolnym momencie powiedzieć sobie: “Nie będę się martwić! Nie chcę! Obejrzę dobra komedię!” To zawsze mój wybór, jak zareaguję. Oczywiście nie jest to proste i z pewnością nauczenie się wyjścia poza schematy emocjonalne wymagać będzie czasu. Warto jednak wiedzieć, że to jest możliwe. Warto spróbować. Chociaż w ślad za Mistrzem Yodą powiem: “Rób albo nie rób, nie próbuj”.

Bardzo często popełniamy też błąd polegający na oczekiwaniu, że wszechświat zmieni zasady i będzie nas wynagradzał za nasze starania, które to my oceniamy jako właściwe. Na przykład pracujemy ciężko ponad siły i oczekujemy miłości, zdrowia i bogactwa. Mówimy sobie w myślach: “przecież jestem taka pracowita, zasługuję na wszystko, co najlepsze, tyram jak wół..” No właśnie. Jeśli pracuję z radością, to przyciągnę dobro, ale jeśli z rozgoryczeniem patrzę na tych, którzy leżą do góry brzuszkiem, to cała moja ciężka praca psu na buty… Ileż to razy widzimy dobrych, uczciwych i pracowitych ludzi, którzy chorują, tracą i cierpią. Ponieważ nie ma znaczenia ilość włożonego wysiłku, a wyłącznie wibracja, jaka towarzyszy nam w życiu.

Jesteśmy tu na Ziemi dla Miłości i radości. To oznacza, że mamy cieszyć się i kochać, a nie tyrać jak woły. Ludzie zapominają, jakie są naprawdę zasady wszechświata i próbują stosować prawa, które sami wymyślili. Ktoś kiedyś zapewne w czasach niewolnictwa orzekł, że pracowitość jest dobrą cechą. To nieprawda. Nie musimy być pracowici. Mamy być twórczy, a to zupełnie inna jakość. Schodzimy na Ziemię z talentami, które zostały nam dane, abyśmy tworzyli świat i dzielili się z innymi wewnętrznym pięknem budując domy, przyrządzając potrawy, pisząc wiersze, sadząc kwiaty, hodując zwierzęta… A nie po to, by się zamęczać. Ludzie tego nie rozumieją. Wmówili sobie, że muszą ciężko pracować, by na cokolwiek zasłużyć i w ten sposób kreują swoje życie. A jednocześnie z żalem patrzą na bogaczy, którzy leniwie sączą drinka pod palmą i szepczą o niesprawiedliwości wszechświata. 

Podsumowując, warto skupiać się na tym, czego pragniemy, co dla nas dobre i piękne. Tworzyć obrazy upragnionego stanu i nasycać je dobrymi emocjami. W pewien sposób piszą o tym wszyscy od wielu lat, odkąd zaczęto głośno mówić na temat Prawa Przyciągania. Jednak problemem jest chyba właśnie nieumiejętność tworzenia owego pozytywnego stanu emocjonalnego, który buduje określoną wibrację. Chyba o tym zapominamy i zanurzamy się nieświadomie w zmartwienia. To także, jak sadzę, prozaiczny właśnie brak skupienia. Nie zastanawiamy się nad tym, że nasze smutki i narzekanie przyciągają do nas kolejne trudne chwile. Robimy to bezmyślnie. Po prostu poddajemy się niekorzystnym emocjom. Dlatego właśnie podstawą zmiany życia na lepsze jest tzw. kontrola myślenia, czyli uważne wyłapywanie emocji, aby skupiać się na tym, co dobre i w ten sposób zasilać pozytywne aspekty naszego istnienia.

Bogusława M. Andrzejewska

Marzenia

Marzenia są nam potrzebne jak powietrze do oddychania. Pozwalają nam zapomnieć o codziennych troskach i odprężyć się, jak przy dobrym filmie. Zazwyczaj jest to szczególnie wartościowy film, ponieważ opowiada dokładnie o tym, czego pragniemy i co z całą pewnością bardzo nam się podoba. Myślę wręcz, że to wyjątkowo udany sposób na spędzenie wolnej chwili lub zakończenie pracowitego dnia.

Jeśli ktoś mówi nam, że to marnowanie czasu i zabawa dla dzieci, to jest w błędzie. Nasz organizm potrzebuje marzeń, aby prawidłowo funkcjonować. Są one doładowaniem wewnętrznego zbiornika, dzięki któremu możemy sprawnie funkcjonować. Przeciwdziałają też nawet wypaleniu zawodowemu, ponieważ pozwalają nam przenosić sie w czasie i przestrzeni oraz odzyskiwać sens życia. Kiedy oglądamy wymarzone obrazy i sytuacje, w naturalny sposób podnosimy sobie nastrój, wprowadzając się w stan odprężenia i pogodne emocje. Myślę, że każda metoda, która poprawia nam humor i przywraca radość życia jest bardzo wartościowa wyłącznie dlatego, że przywołuje dobre myśli i podnosi nam energię. Można zatem nazywać marzenia zabawą dla dzieci, bo także zabawa daje nam wiele korzyści.

Jednak ich rola nie kończy się na odprężeniu i przyjemności. Marzenia rozwijają naszą wyobraźnię, ucząc kreatywności, która jak wiemy, potrzebna jest w każdej sferze działania. Uczą też szukania rozwiązań najbardziej skomplikowanych problemów. Ludzie, którzy potrafią marzyć mają wyższy iloraz inteligencji i sprawniej znajdują sposoby na wyjście z trudnej sytuacji. Są też siłą mobilizującą nas do zmian. Pozwalają wyjść ze strefy komfortu, abyśmy znaleźli swój osobisty sukces i spełnienie. Ludzie, którzy nie chcą marzyć, tkwią w kołowrotku tych samych miejsc i wydarzeń. Bywają smutni i zniechęceni. Są często popychani  trudnymi doświadczeniami – w ten sposób dusza próbuje zmienić stagnację i bezruch w działanie i poznawanie nowego. Marzenia dają nam tę odwagę, której tak bardzo potrzebujemy, by otworzyć się na zmiany.

To jedna z najcenniejszych zalet swobodnego marzycielstwa – pomaga nam określać nasze cele i ustalić, co naprawdę liczy się w naszym życiu. Kiedy marzymy, odkrywamy siebie i swoje priorytety. Tutaj pragnę zwrócić uwagę, że nie warto żyć cudzymi marzeniami, bo to skazuje nas na gorycz niespełnienia i poczucie przegranej. Największy sukces, który nie jest uwieńczeniem naszej własnej drogi, ma przykry smak. Wiele sławnych i bogatych osób cierpi między innymi z tego powodu, że podążają cudzą ścieżką. Nie wystarczy być popularnym i bogatym, aby być szczęśliwym. Trzeba jeszcze umieć słuchać pieśni własnego serca i realizować swoje największe pragnienia. Kiedy umiemy marzyć, stawiamy siebie w wyobraźni w różnych sytuacjach i odczuwamy prawdziwe emocje. To one są najlepszym drogowskazem, który prowadzi nas do samospełnienia. Marzenia pomagają nam uniknąć ślepych uliczek, w które prowadzi nas często niskie poczucie wartości i potrzeba zaimponowania komuś lub chęć udowodnienia czegoś innym. W marzeniach mamy odwagę być sobą i robić dokładnie to, czego naprawdę pragniemy. Trzeba tylko zaufać sobie i dać się prowadzić swojemu sercu.

A teraz najważniejsza informacja: marzenia są tym, co naukowo nazywamy wizualizacją. To potężne narzędzie kreowania pomyślności i uruchamiania Prawa Przyciągania. Wszystkie skuteczne metody zawierają w sobie ten element: tworzenie wizji tego, czego pragniemy. Oczywiście każda technika jest wzbogacona różnymi elementami, które mają za zadanie zwiększyć jej skuteczność. Często wprowadzamy umysł w stan wyciszenia, np. w stan alfa, w którym każde wyobrażenie działa silniej niż w czasie codziennej aktywności. Jednak zwykłe marzenia także mają siłę kreowania rzeczywistości.

Wielu nauczycieli podkreśla, że obraz jest bardziej efektywny, ponieważ szybciej trafia do podświadomości, która daje nam energię do realizacji. Ponadto jest bardziej oczywisty. Zanim słowami opiszemy wymarzony samochód, możemy wyświetlić jego obraz i zobaczyć siebie z rękami na kierownicy. Kiedy chcemy przyciągnąć wymarzonego partnera, również o wiele łatwiej jest poczuć w sobie szczęście i zobaczyć sytuację, kiedy ktoś kochany i ciepły trzyma nas w ramionach, niż wypisać wszystkie konieczne cechy człowieka, jakie chcielibyśmy znaleźć u przyszłego męża czy żony. Pamiętajmy przy tym, że w marzeniach pojawiają się najlepsze emocje, które zasilają nasze wizje. Nie ograniczają się one jedynie do obrazu. Ich działanie jest więc bardzo skuteczne.

Marzenia się spełniają, to oczywiste, a te spełnione dają nam radość i zadowolenie. Sprawiają, że wierzymy w pozytywną stronę życia i zaczynamy funkcjonować w zupełnie innej optyce. Tej właściwej, która przyciąga do nas kolejne cudowne zdarzenia. Czasem musimy poczekać, bo dopiero jak odchowamy dzieci i mamy chwilę dla siebie odnajdujemy w sobie moc i chęć realizacji. To zapewne jest zależne od tego, co jest przedmiotem naszych marzeń. Jednak nie istnieje tu żaden limit wiekowy. Marzyć można z radością całe życie, ciesząc się każdą stworzoną wizją.

Na koniec przypomnę, że aby pragnienia stały się rzeczywistością, warto zamienić je w cel. Niewielka tu różnica, ale jednak jest. Warto marzenie sprecyzować i zadać sobie pytanie: co muszę zrobić, aby to osiągnąć? W ten sposób tworzymy plan realizacji, wypisując kolejno wszystkie kroki, jakie należy wykonać. Jeśli moim marzeniem jest na przykład wydanie książki, to najpierw muszę ją napisać, a wcześniej zgromadzić potrzebne do pisania materiały i zrobić plan takiej powieści lub poradnika. Następnie trzeba poszukać wydawcy lub zgromadzić środki potrzebne do wydrukowania i wydania. Na koniec przygotować reklamę, aby czytelnicy dowiedzieli się o książce. W podobny sposób każde marzenie może stać się celem, który stopniowo i konsekwentnie realizujemy.

Bogusława M. Andrzejewska

Harmonia Pragnień

Najprawdopodobniej wszyscy pragniemy szczęścia. Szukamy go poprzez różne zewnętrzne czynniki. Pragniemy zatem pieniędzy, awansu, podróży do ciepłych krajów, nowej sukienki, wygranej w totka, zdrowia, pokonania konkurencji. Najczęściej bywa jednak tak, że po zdobyciu „upragnionego celu” (sukienki, awansu, podróży, wygranej) wcale nie odczuwamy szczęścia. Czujemy się jałowi i niespełnieni, więc szukamy następnego celu do zdobycia. Jak wiecznie głodny demon, któremu ciągle burczy w brzuchu. To oznacza, że nie są to wcale prawdziwe pragnienia, lecz zwykłe bezwartościowe zachcianki.

Oczywiście nie są one dla nas dobre. Być może nasze pragnienia mobilizują nas do działania, ale sprawiają, że stale tkwimy w poczuciu braku, w presji pożądania. To trudny stan i niekorzystny z punktu widzenia psychologicznego. Jeśli coś jest szczególnie kłopotliwe do zdobycia, to niedosyt się pogłębia. Budzi się także zniechęcenie, brak wiary w siebie, przeświadczenie o pechu, a to już prosta droga do kształtowania swojej rzeczywistości według negatywnego wzorca smutnych myśli.

Czasem warto po prostu zapragnąć poczucia szczęścia i zadowolenia. Zapragnąć odnaleźć je w sobie i wydobyć na powierzchnię. Nie trzeba do tego żadnych zewnętrznych czynników. Wszystko mamy w sobie. Obudzeni nagle na wyspie bezludnej, nie potrzebujemy w istocie niczego, bo wewnątrz samego siebie odnajdziemy dokładnie cały Wszechświat. Nie trzeba niczego chcieć i niczego szukać, bo z duchowego punktu widzenia wszystko już jest.

Ale oczywiście takie podejście byłoby wrogiem postępu, dlatego dobrze jest, że mamy marzenia i pragnienia, bo dzięki temu się rozwijamy. Szukając odpowiedzi na swoje oczekiwania, stajemy się często wynalazcami i odkrywcami. Przede wszystkim jednak jako istoty ze wszech miar twórcze dążymy do samospełnienia. Jednym z powodów, dla których zeszliśmy na Ziemię jest rozwijanie naszych unikalnych talentów, poprzez twórcze działanie.

W tym miejscu chcę podkreślić, że ogromnie ważne jest, aby umieć odkryć swoje prawdziwe zdolności. Jest to nam  potrzebne, abyśmy podążali swoją wyjątkową, piękną drogą – w harmonii z sercem i duszą. Jeśli nie umiemy dostrzec swoich talentów, wówczas naśladujemy innych i powielamy cudze ścieżki, co u schyłku życia zaowocuje poczuciem niespełnienia.

Dotyczy to także różnych drobnych rzeczy i spraw. W prospericie ogromnie ważnym jest, czy to czego pragniemy, jest naszą prawdziwą potrzebą, pozostającą w harmonii z sercem, czy zwykła zachcianką. Jest to bardzo istotne, ponieważ ta pierwsza ma nasze wewnętrzne przyzwolenie i zaspokojenie jej w dużym stopniu przyczynia się do naszego rozwoju. Jest realizacją planu duszy i częścią naszej twórczej wędrówki. To naprawdę nie musi być nic wielkiego – nowe buty czy elektroniczny gadżet albo nowy samochód mogą całkowicie pozostawać w harmonii z naszym sercem. Rzeczy materialne nie są wcale niczym złym czy niegodnym. Często służą nam do pracy, inspirują w stopniu nie mniejszym niż wzniosłe wykłady czy natchnione widoki. Ich zdobycie powoduje długotrwałe poczucie zadowolenia i szczęścia.

Jednak wcale nie musza to być poważne narzędzia. Istotnym jest, aby przedmioty te wywoływały w nas dobre uczucia. Tam gdzie jest miłość i radość – tam jest harmonia serca, niezwykłe łatwo to rozpoznać. Mam takich przykładów setki, ponieważ wiele drobiazgów, które sobie kupuję, budzi we mnie takie uczucia. Kiedyś sprawiłam sobie w prezencie kurtkę. Uwielbiałam ją i przez wiele lat, przy każdym założeniu na siebie gładziłam jej rękaw, myśląc o tym, jak bardzo ją lubię. Radość, którą budziło jej założenie nie pozostawia wątpliwości, że takie zwykłe ubranko także pozostaje w harmonii z moim sercem.

Natomiast zachcianki sprawiają, że ciągle czujemy niedosyt. Jedna rodzi drugą, druga kolejne i tak w nieskończoność. Niczego nie zaspokajają. Nie gaszą wewnętrznej pustki i bólu niespełnienia. Nie ma tu śladu radości, jest tylko kupowanie sobie zbędnych rzeczy. Powodem powstawania zachcianek jest najczęściej niskie poczucie wartości i potrzeba zaimponowania komuś. W ten sposób zamiast prawdziwego pragnienia rodzi się tylko nieudolna próba uleczenia wewnętrznego bólu, wynikającego z poczucia bycia gorszym.

Podam tu konkretny przykład dwóch koleżanek. Działo się to wiele lat temu, kiedy nie istniały jeszcze smartfony z wypasionym aparatem i wieloma możliwościami fotograficznymi. Jedna z kobiet, mniej zamożna, posiadająca duszę artystyczną i szukająca swojej osobistej drogi realizacji, rozważała pomysł kupienia kamery, aby nakręcać filmy, wyrażające to wszystko, co przepełniało jej wnętrze. Miał to być sposób na rozładowanie twórczej ekspresji i praktyczne ukazanie artystycznych wizji. Zwierzyła się przyjaciółce ze swoich marzeń. Ta natomiast, pozbawiona większych talentów, za to bardzo oszczędna, pragmatyczna i zamożna wyśmiała ten pomysł: „po co ci kamera, przecież to tylko zabawka, to do niczego nie służy!” Po czym, dwa tygodnie później, kupiła sobie „wyśmianą” kamerę, żeby pochwalić się mniej zamożnej koleżance: „widzisz, mnie stać na wszystko, nawet jeśli nie wiem, co z tym fantem zrobić”. Kamerę wykorzystała do nakręcenia rodzinnych uroczystości i wspomnień z wakacji, po czym wrzuciła do szafy, bo przecież „nic sensownego” nie można robić kamerą.

Nie wyobrażam sobie nawet, że mogłabym się tak dziwacznie zachować wobec kogokolwiek. Nie tylko dlatego, że robienie znajomym przykrości i granie im na nosie jest dla mnie pozbawione klasy. Także dlatego, że nie miewam potrzeby popisywania się przed kimkolwiek. Moje poczucie wartości jest takie, że dobrze mi samej ze sobą i z ludźmi i nie miewam ochoty, by komuś coś udowadniać. Mam sporo znajomych mniej zamożnych ode mnie. Czuję się skrępowana, kiedy przyjeżdżam do nich moim pięknym samochodem lub jestem zbyt elegancko ubrana. Unikam takich sytuacji. Dlatego ogromnie dziwią mnie ludzie, którzy zachowują się tak, jak opisana wyżej kobieta.

Co bardzo ważne – kupuję sobie dużo rzeczy, często luksusowych i niekoniecznie potrzebnych – jednak zawsze kupuję je DLA SIEBIE. Nie interesuje mnie, co ktoś inny powie na mój nowy telefon, komputer czy buty. Kupuję sobie rzeczy tak, jakbym mieszkała na wyspie bezludnej – mają cieszyć mnie, a czy ktoś je zobaczy i oceni, nie ma znaczenia. Piszę tutaj o tym, ponieważ wiem, że taki sposób traktowania realizacji pragnień jest w zgodzie z moim wnętrzem. To podpowiedź dla wszystkich, którzy chcą pozostać w harmonii własnego serca.

Warto nauczyć się rozgraniczać, czego naprawdę potrzebujemy, a co jest wyłącznie wyciem niskiego poczucia wartości i próbą dodania sobie ważności przez manifestację materialnego bogactwa. Aby to rozpoznać, wystarczy zrobić sobie krótki relaks i pozwolić na spokojne przemyślenie tematu. Postarajmy się poczuć, czym jest dla nas nasze pragnienie awansu, sukienki, nowej komórki czy wycieczki do Meksyku.

  • Prawdziwa tęsknota duszy charakteryzuje się tym, że jeśli o tym choćby pomyślimy, czujemy, jak w nas rośnie radość, jak energia nas wypełnia! Kiedy już to mamy, cieszymy się tym wiele tygodni lub miesięcy. Radość powoduje sama myśl o posiadaniu tej rzeczy i wiemy, że będziemy się nią cieszyć także tam, gdzie nikomu się nią nie pochwalimy.
  • Zachcianka zachowuje się jak wiecznie głodny demon. Osiągamy to i chcemy więcej, więcej, więcej… Nawet nie zostawiamy sobie czasu na radość ze zdobycia upragnionych rzeczy. Po kupieniu tego czegoś czujemy jedynie przez chwilę negatywną satysfakcję, że mamy coś, na co sąsiad (koleżanka, znajomy, współpracownik) nie może sobie pozwolić. Przez chwilę wydaje nam się, że jesteśmy od kogoś lepsi, bo my to mamy, a on nie ma i mieć nie może.

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz

Harmonia Celu

Życie jest drogą. Warto rozkoszować się każdą chwilą. Warto też jednak mieć cel. To on motywuje cię do działania, to on powoduje, że kiedy rano otwierasz oczy cieszysz się, że możesz robić coś, co przybliża ciebie do spełnienia. Kiedy wiesz, czego pragniesz, nie grozi ci depresja i zniechęcenie. Masz po co żyć. Pasja daje moc i siłę, daje radość życia, sprawia, że jej realizacja czyni nas szczęśliwymi. To niesamowite doładowanie energii.

Każdy z nas powinien w życiu zajmować się tym, co naprawdę kocha. Dla siebie i dla własnego zadowolenia. Praca zawodowa zajmuje nam sporą część życia. Dlaczego tak wiele godzin ma nam upływać na robieniu rzeczy, których nie lubimy? Po co się męczyć, skoro można zarabiać na tym, co sprawia nam przyjemność. Nie tylko można – trzeba. Każdy z nas przyszedł na Ziemię ze specjalnym talentem – jednym, dwoma lub więcej. Warto te zdolności odnaleźć, aby osiągnąć w życiu spełnienie. Są nam dane po to, abyśmy wzbogacali świat i ludzi. To poniekąd nasza misja. Każdy człowiek ma taką misję i każdy ma swój prawdziwy dar. Ktoś maluje cudowne obrazy. Ktoś szyje wspaniałe ubrania. Ktoś piecze pachnący, pyszny chleb. Wszystko jest bardzo potrzebne i nie istnieją czynności mniej lub bardziej ważne. Żaden zawód nie jest gorszy, żaden lepszy, chociaż często bardzo różnią się między sobą.

Jeśli robimy coś innego niż nasza życiowa misja, będziemy odczuwać niezadowolenie. Jest to przede wszystkim dysharmonia, ponieważ wykonywane przez nas działania nie zgadzają sie wibracyjnie z nami, z naszą Prawdziwa Istotą. Bierzemy wówczas udział w balu przebierańców, udając kogoś, kim nie jesteśmy. Pozornie wszystko w naszym życiu się układa, ale nie odczuwamy szczęścia ani spokoju. Coś wewnątrz nas szarpie i sprawia, że wszystko wydaje się nie takie, jak być powinno. Czujemy niedosyt. Życie wydaje nam się bezbarwne. W ten sposób nasza dusza upomina się o realizację tej właściwej ścieżki.

Jednym ze sposobów odnalezienia właściwej drogi i swoich unikalnych talentów jest horoskop karmiczny. Ponieważ jest to mój autorski pomysł, nie wiem, czy inni astrolodzy robią coś takiego. Wbrew nazwie, nie analizuję minionych wcieleń, lecz skupiam się na opisaniu programu duszy na to właśnie życie, w którym jesteśmy – tu i teraz. Program ten pokazuje, co mamy do zrobienia, przedstawia naszą szczególną misję i odkrywa nasze specjalne zdolności. Pozwala nam żyć w harmonii ze sobą, działać i pracować w równowadze wibracyjnej z naszą duszą.

Oczywiście astrologia nie jest jedynym sposobem na odkrycie swojego powołania. Prawdę mówiąc wystarczy uważnie słuchać głosu swojego serca i podążać za tym, co drzemie w naszym wnętrzu. Tam znajdziemy wszystkie odpowiedzi. Program duszy nie jest egzotyczną nakładką, lecz częścią nas. Spontanicznie go czujemy i doskonale wiemy, co powinniśmy robić, jeśli tylko posłuchamy samych siebie. Nie możemy przy tym kierować się tym, co jest obecnie modne, na czym zarabia się najwięcej pieniędzy, jaki zawód jest poszukiwany na rynku pracy, ponieważ jedynym czynnikiem decydującym powinno być intuicyjne odkrycie, co sprawia nam radość, jakie nasze działania będą oparte na miłości. Tak szuka się harmonii z samym sobą.

Czasem jednak nie chcemy tego robić, bo wydaje nam się, że inni wiedzą lepiej. Słuchając drugiego człowieka, który mówi nam np. „zostań lekarzem, lekarze dobrze zarabiają i cieszą się szacunkiem”, oddajemy władzę nad sobą komuś, kto sprzedaje nam własne marzenia. To często spotykana sytuacja. Jeśli komuś nie uda się skończyć studiów na wymarzonym kierunku, będzie innym polecał swoje wizje, jako te najlepsze dla każdego. Celują w tym rodzice, którzy chcą, aby dzieci poszły tropem ich niespełnionych snów. Tymczasem pokazują swoją misję, a nie naszą. Nasza może być diametralnie inna. Najważniejsze to odnaleźć własną drogę, nie oglądając się na sugestie drugiego człowieka.

Nie dajmy się zwieść niskiej samoocenie, która potrafi nas odciągnąć od prawdziwego celu, byle tylko podnieść nam status społeczny. To często spotykana pułapka. Znajduję mnóstwo zakompleksionych i niespełnionych osób wśród lekarzy, prawników czy naukowców. Rzetelnie i cierpliwie wykonują swój zawód, a w głębi duszy marzą o hodowli kwiatów, malowaniu obrazów, szyciu odzieży. Nie podjęli swojej misji, ponieważ wydała im się prozaiczna i pozbawiona przyszłości. Wybrali zawody, które miały dodać im prestiżu, sprawić, że wzrośnie im samoocena i poczują się szczęśliwi. To nie zadziałało. Nie pomogły profesorskie tytuły. Pozostało zgorzknienie i poczucie, że życie przeciekło między palcami.

Wysokie poczucie własnej wartości jest jakością, którą rozwijamy w sobie i jest ona niezależna od zajmowanego stanowiska, tytułów i osiągnięć. Można obsługiwać wóz asenizacyjny i być szczęśliwym, pewnym siebie człowiekiem. Można mieć na koncie 30 opracowań naukowych, być podziwianym przez studentów za rozległą wiedzę i wcale nie czuć się wartościową osobą. Samoocena powstaje w wyniku naszych relacji z samym sobą i z innymi. Rzadko jest adekwatna do prawdziwych osiągnięć.

Bogusława M. Andrzejewska

Lenistwo

Niemal od chwili przyjścia na świat słyszymy ze wszystkich stron nakazy, by pracować: więcej, szybciej, wydajniej. Już jako dzieci odbieramy i kodujemy w sobie błędne zasady: „bez pracy nie ma kołaczy” lub „praca uszlachetnia”. Większość z nas utrwala w sobie taką presję, przyjmując ją za stan normatywny. Kiedy jako dorośli trafimy do korporacji, z dnia na dzień będziemy odczuwali przymus działania coraz większy i większy, ponieważ każda korporacja bazuje na wyciskaniu z człowieka maksimum jego możliwości. Jeśli ponadto trafimy na trenera rozwoju, który utrwali w nas tego typu błędny wzorzec, możemy przemęczyć się przez większość życia w pogoni za… mitem. Pamiętajmy: harmonia znajduje się zawsze w złotym środku. Trochę pracy, dzięki której realizujemy samych siebie nikomu nie zaszkodzi. Ale równie mocno potrzebujemy w życiu tej jakości, którą powszechnie nazywa się lenistwem.

Wysiłek fizyczny lub umysłowy powoduje wydzielanie wolnych rodników, które przyspieszają starzenie i mają też pośrednio wpływ na inne choroby. Ponadto w czasie pracy wydziela się kortyzol, hormon odpowiadający za stres i zmniejszający ilość białych ciałek krwi. To zresztą nic nowego, co drugi z nas pewnie powie, że ma stresującą pracę.

Lekarstwem na to jest oczywiście leniuchowanie. Mądry odpoczynek powoduje, że reguluje się ciśnienie krwi, spada produkcja wolnych rodników i hormonów stresu. Biologicznie najlepszym przykładem jest leniwiec, cudowne zwierzątko, które nigdzie się nie spieszy. Ale warto pamiętać, że odpoczynek od pracy ma być dla nas optymalny, czyli przede wszystkim radosny. Śmiech dodaje nam energii, masuje organy wewnętrzne, poprawia działanie systemu immunologicznego i oczywiście jest najlepszym lekarstwem na wszelkie dolegliwości. Piszę o tym w innym artykule.

Badacze mózgu i psychologowie udowadniają, że pewna bezczynność jest nam potrzebna jak powietrze. Właśnie wtedy, kiedy pozornie nic nie robimy, kiedy patrzymy w sufit, wtedy pojawiają się najlepsze pomysły. Ja swój klucz do kreatywności też znalazłam w leniuchowaniu. Kiedy prowadzę szkolenia na drugim końcu Polski, wiele godzin spędzam w pociągu. Często wówczas piszę lub czytam, ale zawsze też przez pewien czas po prostu siedzę i patrzę w okno na przesuwające się krajobrazy. Daję sobie ten czas – odkładam książkę i laptopa, pozwalam sobie być i tylko być. Jak tylko wyciszę umysł, natychmiast pojawiają się nowe pomysły do artykułów i szkoleń. Kiedy to odkryłam, zaczęłam praktykować lenistwo także w domu. Niezależnie od tego, ile mam spraw do załatwienia, staram się przez pół godziny dziennie posiedzieć, patrząc na drzewa rosnące za oknem. Tak po prostu siedzę i nic nie robię. Drugie pół godziny to codzienny leniwy spacer. Ten czas kreuje dla mnie najlepsze odkrycia.

Wiele osób stara się odpoczywać czynnie: biega, pływa, uprawia różne sporty. Jest w tym niestety też pewna pułapka. Jeśli sport jest dla nas formą rywalizacji lub udowodnienia czegoś sobie lub innym, to wcale nam nie służy. Uwalniają się hormony stresu i wracamy do punktu wyjścia. Pojawi się zmęczenie, osłabienie zdrowia, złe samopoczucie, a do pracy wrócimy w formie gorszej niż poprzednio. Nawet lekarze twierdzą, że lepiej poleżeć w hamaku niż biegać w maratonie.

Zatem jeśli lubimy biegać lub pływać, to róbmy to z miłością, lekko, bezwysiłkowo, dla prawdziwej przyjemności. Nie na czas! Nie w wyścigach z kimkolwiek. Nie stawiajmy sobie wyzwań – pozwólmy sobie naprawdę odpocząć. Pozwólmy, aby się działo, zaakceptujmy optymalną prędkość, lot piłki, dowolną ilość punktów. Nauczmy się, że rywalizacja nikomu i niczemu nie służy, a każdy sport ma być przyjemnością, a nie pokazywaniem, kto jest lepszy.

Żyjemy w kulturze, która narzuca nam często szkodliwe normy tylko po to, by zmusić nas do rezygnacji z tego, co dla nas dobre. Wystarczy zadać sobie pytanie: dlaczego ciężko pracujemy? Zazwyczaj po to, by osiągnąć więcej niż inni i udowodnić sobie, że jesteśmy lepsi. To pułapka i samooszukiwanie. Wystarczy podnieść poczucie własnej wartości i zmienić optykę, zrozumieć, że nikt na tym świecie nie jest ani lepszy ani gorszy, każdy jest doskonały taki, jaki jest… Jednak zamiast tego rzucamy się w wir ciężkiej pracy, by coś udowodnić – sobie lub innym. Tymczasem nie musimy przekraczać pewnych granic wysiłku, aby być szczęśliwymi.

Istnieje przepiękna opowieść, która to cudnie ilustruje…

Pewien młody menadżer z korporacji będąc na urlopie, wypatrzył rybaka w średnim wieku, który wypływał w morze jedynie na pół godziny i wracał z łodzią pełną ryb, potem je z powodzeniem sprzedawał w ciągu kilkunastu minut, po czym wracał do domu. Menadżer któregoś dnia zagadnął rybaka:

– Jak pan to robi? Zajmuje to panu tylko pół godziny i łowi pan tyle ryb.

– Znam tu miejsca, gdzie zawsze są ławice, to żaden problem.

– To czemu wypływa pan tylko raz? Co pan robi z resztą dnia?

– Jak to co? Spędzam czas z żoną, chodzimy na spacery, bawimy się z dziećmi. Gramy razem w szachy i w piłkę, jestem szczęśliwy i podoba mi się takie życie. A wieczorami jeszcze trochę majsterkuję, bo bardzo to lubię.

– Ależ to bez sensu! Ja panu powiem, co trzeba zrobić. Powinien pan wypływać na połów kilkanaście razy dziennie. Złowiłby pan wiele ryb, sprzedał je i zarobiłby pan mnóstwo pieniędzy. A wtedy kupiłby pan większy kuter, a z czasem nawet dwa lub trzy, zatrudniłby pan ludzi i łowiłby pan jeszcze więcej ryb i jeszcze więcej zarabiał.

– Ale wtedy nie miałbym czasu dla żony i dzieci, ani na majsterkowanie, po co robić coś takiego?

– Pan nic nie rozumie. Sądzę, że w niedługim czasie mógłby pan założyć dużą firmę i mieć nawet całą flotę. Sprzedawałby pan ryby nawet za granicę i stałby się pan bardzo, bardzo bogaty. Według mojego rozeznania już za 10 lat byłby pan bardzo zamożnym człowiekiem i miałby pan mnóstwo pracowników.

– No dobrze, ale po co?

– No, jak to po co? Mógłby pan raz w roku wziąć urlop na trzy tygodnie i robić to, co pan lubi i co czyni pana szczęśliwym. Spędzałby pan czas z żoną i dziećmi, chodził na spacery, grał w szachy i w piłkę, a nawet mógłby pan pomajsterkować.

Uwielbiam tę historię. Uświadamia nam, że to nie praca i zarabianie są sensem naszego życia. Jesteśmy tu na Ziemi po to, aby być szczęśliwymi. Na swój własny sposób. Tymczasem bywa tak, że pracujemy ponad siły, aby nikt nie zarzucił nam lenistwa, a będąc pod presją realizowania cudzych norm, nie odnajdziemy spełnienia. Często też gonimy za bogactwem, zdobywamy więcej i więcej tylko po to, żeby coś udowodnić. Niepotrzebnie. Czasem lepiej posiadać mniej, ale mieć czas na przytulenie kogoś bliskiego, spacer z psem, beztroskie siedzenie pod drzewem i cieszenie się życiem.

Bogusława M. Andrzejewska

Wewnętrzne Dziecko

Według Analizy Transakcyjnej Erica Berna każdy z nas dzieli się na trzy główne podosobowości: Rodzica, Dorosłego i Dziecka. Podosobowość Dziecka jest zbiorem doświadczeń pochodzących z naszego dzieciństwa, w których zawarte są nasze podstawowe potrzeby, pragnienia, intuicyjne myślenie oraz kreatywność. Stamtąd wywodzą się nasze emocje, odczucia i energia.

Tak naprawdę mamy w sobie wiele takich „dzieci” w różnym wieku, ze wszystkich okresów swojego dzieciństwa – od wewnętrznego niemowlęcia aż do wieku dojrzewania. Jest dziecko przystosowane, które posłusznie wykonuje wszystkie polecenia. Jest dziecko magiczne, które widzi elfy unoszące się nad listkiem paproci. Jest dziecko rozbawione, które nuci pod nosem piosenki i śmieje się przy każdej okazji. Jest i dziecko zbuntowane, kapryśne, tupiące nóżkami.

Dlaczego w ogóle wracamy do tych symbolicznych postaci, które mamy gdzieś w środku? Otóż ta część,  nazywana wewnętrznym dzieckiem, odpowiada przede wszystkim za naszą wrażliwość. Jeśli jest prawidłowo zintegrowana, daje nam otwartość emocjonalną i umiejętność mądrego zarządzania tym wszystkim, co czujemy. Jeśli w dzieciństwie przeżyliśmy wiele trudnych i bolesnych doświadczeń, to pewna część naszego dziecka mogła zastygnąć w takim bólu, nie pozwalając nam na to, byśmy normalnie funkcjonowali. Będzie wypływała na powierzchnię naszych uczuć w najmniej oczekiwanym momencie. Wówczas możemy wpadać w histerię bez powodu, złościć się, kaprysić, dokuczać innym, a potem ze zdziwieniem pytać samych siebie: a co mi odbiło, że się tak irracjonalnie zachowuję?

Wewnętrzne dziecko odpowiada także za twórczość. To małe dzieci widzą w gałęziach drzewa pięknie urządzone pokoje, w których mogą przyjmować gości, a ze starego kartonu i dziurawego garnka zrobią pojazd księżycowy. To dzieci malują, rysują, tańczą i wymyślają niesamowite historie. Mogą być kim chcą – od wesołego kota, przez żuczka do księżniczki, pirata i astronauty. Nie potrzebują do tego zupełnie niczego, poza kawałkiem przestrzeni. Jeśli wewnętrzne dziecko jest zintegrowane z nami, jesteśmy kopalnią wspaniałych pomysłów i dzień bywa za krótki, by wszystko zrealizować. Ale jeśli ta mała cząstka w nas zastygła w cierpieniu, wówczas zablokuje nas także w tej sferze. Oznacza to brak kreatywności, bierność i poczucie bezsensu.

Kolejną ważną dziedziną związaną z wewnętrznym dzieckiem jest radość. To właśnie dzieci umieją się cudownie bawić i cieszyć bezwarunkowo, dlatego szczęśliwe dzieciństwo tworzy optymistów i osoby pozytywnie myślące. Jak ważne to w prospericie nie muszę przypominać. Wiemy wszyscy doskonale, że punktem wyjścia jest dla nas pogodne spojrzenia na świat i ludzi. Jeśli jednak to maleństwo, które nosimy w środku, płacze i cierpi, bo tylko ból zapamiętało, wówczas blokuje rozwijanie prosperującej świadomości. Jesteśmy smutni, ponurzy i skłonni do depresji.

Warto także dodać, że to dziecko w nas może obdarzyć nas odwagą. Kiedy uświadomimy sobie z jaką ogromną, nieskrępowaną niczym ciekawością maluchy eksplorują świat, nie obawiając się niczego, zrozumiemy, jak bardzo niewinność pomaga nam w przezwyciężaniu strachu. Niestety, jeśli wewnętrzne dziecko zostanie boleśnie zranione, będzie reagować lękiem na zbliżające się doświadczenia. A lęk nie tylko blokuje nasz rozwój, ale także zabiera nam energię.

Zapewne każdy też się domyśli, że wewnętrzne dziecko w dorosłym człowieku odpowiada za relacje z jego własnymi pociechami. Jeśli jest ładnie zintegrowane, to umiemy rozmawiać z dziećmi, bawić się z nimi, tłumaczyć zamiast karać. Dzieci przepięknie reagują na energię w dorosłym człowieku i wtapiają się w nią. Są tak doskonałym lusterkiem, że można je prosić o współpracę, kiedy naprawdę zależy nam na własnym wzrastaniu. Jeśli mama jest radosna, to i dziecko się cieszy. Jeśli rodzic jest zdenerwowany i spięty, to dziecko marudzi, dokucza, stawia opór i bywa nawet nieznośne. To prosta metoda wychowawcza dla wszystkich – chcemy mieć grzeczne i uśmiechnięte dzieci? Rozwińmy świadomość prosperującą i miejmy w sobie (nie tylko na twarzy, ale w sercu) radosny uśmiech i spokój wewnętrzny. Dziecko wtopi się w ten spokój, radość i poczucie bezpieczeństwa i koło nas pojawi się kreatywny, wrażliwy i milusi aniołek.

Obserwuję często mojego wnuka, który w mojej obecności staje się rozświetlony i wyciszony, a przede wszystkim pogodny, niesamowicie twórczy i kochający. Rozumiemy się tak doskonale, że nie musimy sobie nic tłumaczyć. Rozmawiamy dla przyjemności. Czuję się z nim Jednością tak bardzo, jak z nikim innym. To taka magia, bo w obecności innych dorosłych ten chłopczyk staje się rozbrykany, a czasem nawet nieznośny i marudny … całkiem jak nie to dziecko. Zdarzyło się kiedyś, że dotarł do mnie nieszczęśliwy i spłakany z powodu jakiegoś dziecięcego dramatu. Nie musiałam robić nic, nie uspokajałam, nie tłumaczyłam – po prostu byłam, zachowując swoją energię na wysokim poziomie i już po chwili mój wnuczek wyciszył się i zaczął z radością bawić.

Wracając do tej małej, bezbronnej cząstki, którą mamy w sobie, łatwo się domyślić, że jeśli jest zraniona i nieszczęśliwa, to nie będziemy umieli dogadać się z własnymi dziećmi. Wewnętrzne dziecko przekłada się na nasze relacje i czasem widać wyraźnie, jak dorosły zachowuje się dziecinnie, kiedy krzyczy, tupie nogami i szarpie za rękaw swojego potomka. Bywa, że przez chwilę w dziecku jest więcej dojrzałości i spokoju niż w takim rodzicu…

Zatoczyliśmy w ten sposób krąg i wróciliśmy do tematu emocji, które kształtuje nasza wewnętrzna mała cząstka. Jeśli ktoś nie umie nimi zarządzać, to będzie właśnie wykrzykiwał nad maluchem i trącał go bezsilnie, nie umiejąc sobie poradzić z tymi wszystkimi odczuciami, które go zalewają wielka falą. A w tej fali często są zablokowane wspomnienia własnego dzieciństwa, kiedy to ktoś nas szarpał i obdzielał klapsami, bo nie umiał sobie poradzić z własnymi emocjami. Taki niekończący się łańcuch, biegnący przez całe pokolenia. Jeśli karcę dziecko, to znaczy, że ja też byłam karcona przez matkę, a ona przez swoją, a tamta przez swoją. Czasem trzeba się zatrzymać i powiedzieć: „dość”. Nie tędy droga! Tylko miłością można cokolwiek uzdrowić, a nie klapsem.

Dlatego właśnie pracujemy z wewnętrznym dzieckiem, aby je zintegrować i wziąć odpowiedzialność za swoje odczucia, swoją twórczość i komunikację. To bardzo ważne i wiele osób dopiero wtedy, kiedy uzdrowi te kwestie może normalnie funkcjonować. Jednak zwracam uwagę na jedną niesłychanie ważną sprawę: przechodzimy proces wewnętrznego dziecka najlepiej w obecności doświadczonego psychologa. Tyle razy, ile zaleci.

Nie można jednak babrać się w tym w nieskończoność i ciągle robić medytacji, całować się w lustrze w nosek i wygłaszać w kółko wyznań pod adresem tej cząstki w nas. Grozi to po pierwsze swoistym rozdwojeniem jaźni. Podkreślam, że wewnętrzne dziecko jest tylko podosobowością (niektórzy używają określenia odosobowość), a nie odrębną od nas istotą. Kiedy je odnajdziemy, utulimy, pokochamy i zintegrujemy się  z nim, stajemy się pełnym dorosłym człowiekiem.

Po drugie – stałe zajmowanie się uzdrawianiem wzorców swojego wewnętrznego dziecka daje pożywkę nieodpowiedzialności. Jakże łatwo zasłaniać się problemami z dzieciństwa i wszystkie swoje klęski tłumaczyć wzorcami tej właśnie naszej części. Zdarza się, że nie panujemy nad sobą, urządzamy awanturę i winą obarczamy wewnętrzne dziecko, po czym zamiast wziąć się w garść i przeprosić, zwijamy się z misiem na kanapie i szlochamy w poduszkę. Tymczasem pełna integracja sprawia, że wewnętrzne dziecko daje nam swoją siłę, energię, wrażliwość, zdolności, roztapiając się w nas niemal bez granic. Śmieje się naszymi ustami, maluje naszymi rękami i czerpie szczęście przez nas. Bo to my sami. W istocie wewnętrzne dziecko nigdy nie jest czymś osobnym. Jest integralną częścią nas i nie wolno nadmiernie zajmować się tym pojęciem, by nie dopuścić do ponownego rozszczepienia. Każda przesada nam szkodzi, a nie pomaga.

Jednak ostateczny głos ma w tej sprawie psycholog, ponieważ jesteśmy różni. Inaczej przebiega uzdrowienie u przeciętnej osoby, której potrzeby bliskości i ważności nie były w dzieciństwie zaspokajane, a inaczej u kogoś, kto był bity, katowany lub molestowany. Ja zwracam tylko uwagę, aby nie nadużywać tematu do zrzucania z siebie odpowiedzialności oraz do ciągłego tkwienia w stanie rozbicia. Integracja prawidłowo przeprowadzona działa cuda, nawet wtedy, gdy przechodzimy przez nią tylko raz.

Moja mama zostawiła mnie dziadkom, kiedy miałam trzy miesiące. Na powrót zamieszkałam z nią w wieku około 12 lat. Przez duży kawałek życia nie miałam pojęcia, dlaczego nie lubię swojej mamy, czemu wpadam ciągle w lęki i jestem nadwrażliwa emocjonalnie. Wiele lat temu poddałam się profesjonalnej terapii wewnętrznego dziecka. To był tylko jeden proces, oparty na metodzie Gestalt, poprowadzony perfekcyjnie przez moją przyjaciółkę. W ciągu 12 godzin od procesu zmieniły się na lepsze moje relacje z mamą, z mężem, z moimi małymi wówczas dziećmi. Przestałam narzekać, zaczęłam odczuwać radość z drobiazgów i nauczyłam cieszyć się życiem, czego efektem jest między innymi praca z prosperitą. Zniknęły lęki, opanowałam swoje emocje i stałam się jedną z najbardziej roześmianych i  kreatywnych osób, jakie znam. Zaczęłam tworzyć, a strumienie pomysłów wylewały się ze mnie jak ocean. To trwa do dzisiaj.

Powtórzę raz jeszcze: to był jednorazowy proces. Oczywiście kupiłam sobie potem pluszowego misia, zrobiłam parę razy medytację, ale w gruncie rzeczy tylko umocniłam się w tym, czego dokonałam wcześniej. Dlatego wiem, że w większości przypadków nie są nam potrzebne stale powtarzane kursy, warsztaty i ciągłe międlenie swojego żalu. Pamiętajmy, że jedną z najpiękniejszych cech dziecka jest otwartość i błyskawiczna przemiana. Ileż to razy widzieliśmy, jak dziecko, któremu łzy jeszcze nie wyschły na policzkach, śmieje się już radośnie. Tę cechę też należy wykorzystać, aby szybko i sprawnie zintegrować się z tą malutką cząstką, obdarzyć ją miłością i powiedzieć: od tej chwili jesteś bezpieczny, a ja zawsze jestem z tobą. I to wszystko. Nie wracamy do koszmarów. Nie powtarzamy w kółko tego samego. Słowo stało się ciałem.

Oczywiście współpraca, czy też bardziej współistnienie, funkcjonuje w moim przypadku bardzo ładnie. Oznacza to, że moje wewnętrzne dziecko daje mi kreatywność, wrażliwość, magię (po procesie zaczęłam widzieć niewidzialne) i wiele innych rzeczy, a ja także uświęcam jego obecność zabawą, śmiechem, nagradzaniem siebie, a nawet od czasu do czasu kupuję sobie jakąś zabawkę lub inny drobiazg. Ale daję to wszystko sobie, bo to ja sama jestem moim wewnętrznym dzieckiem doskonale zintegrowanym z dorosłym i rodzicem.   

Bogusława M. Andrzejewska

Zapisz