Siła

Ile słów bym nie napisała na temat poczucia wartości, nigdy ich nie wystarczy, by wszyscy ludzie uświadomili sobie, jak bardzo istotny dla ich szczęścia to jest temat. We wszystkich obszarach życia. W każdej kwestii. Nie ma nic ważniejszego i nic bardziej mocarnego niż wysoka samoocena. Trudno przecenić umiejętność prawdziwego kochania siebie. To nasza największa siła! Od tego wszystko się zaczyna i tu, w tym dokładnie punkcie startujemy, by zdobyć świat, miłość, szczęście, pieniądze. Cokolwiek nam się akurat marzy. Jednak, aby to urzeczywistnić, potrzebujemy wiary w siebie i poczucia, że w pełni zasługujemy na to, by być spełnioną osobą.

Często obserwuję posty różnych osób na portalach społecznościowych. Dzięki znanym mi technikom analizy wiem, co czują i myślą ludzie, kiedy piszą określone słowa czy wstawiają takie a nie inne obrazki. I to, co najczęściej rzuca się w oczy, to powszechnie niskie poczucie wartości, pomimo że od wielu lat mówi się na ten temat na okrągło i chyba nie ma poradnika w którym autor nie podpowiadałby, jak ważne to pojęcie dla nas. Nie ma też chyba szkolenia rozwojowego, na którym nie omawiano by technik służących podnoszeniu samooceny. A jednak… Teoria sobie, a praktyka sobie, jakby trudno nam było naprawdę docenić siebie. Z jakiegoś powodu nie umiemy siebie pokochać z całą mocą.

Dużą popularnością na FB cieszą się zabawne testy, które rzekomo nas opisują i oczywiście zazwyczaj w superlatywach. Nie ma znaczenia, że są tylko zabawą, a wyniki są przypadkowe. Ich rolą jest przecież poprawienie nastroju. I tylko temu służą: rozrywce. A że wyniki podają pozytywne, to być może mają sens większy niż mogę w nich dostrzec. Tak czy owak – nic złego w testowaniu fejsbukowym nie ma. Lepiej żartować z siebie, że jest się Aniołem, niż myśleć o sobie negatywnie. Niemal wszystkie moje znajome bawią się w ten sposób i nic w tym nadzwyczajnego nie ma.

Jednak porusza mnie niesamowicie, kiedy jakaś osoba robi ten sam test kilka razy i publikuje go tylko po to, by na tle zdjęcia profilowego pochwalić się kolejno  napisami: “dobro”, “werwa” lub “uroda”… Wbrew pozorom to bardzo przykra informacja. Czy naprawdę potrzeba głupkowatego testu, aby pokazać, że nie jest się taką najgorszą z najgorszych? Koń jaki jest, każdy widzi – mawiano niegdyś. Jeśli jest w kobiecie uroda, to z całą pewnością nie ma potrzeby pisać sobie tego na czole ani na swoim zdjęciu. Jeśli człowiek ma dobre serce, to też widać po ilości przyjaciół, po tym, jak go traktują. Na tym właśnie polega wysokie poczucie wartości: wiem, że jestem dobra, mądra i piękna. Wiem. I to mi wystarcza, a wszechświat i tak to potwierdza setki razy. Nie potrzebuję transparentu.

Takie napisy pokazują, że właścicielka fotografii zwyczajnie uważa siebie za złą i brzydką osobę. Zainteresowanych szczegółami tej analizy odsyłam do podręcznika Nieinwazyjnej Analizy Osobowości, który jakiś czas temu przygotowałam. Myślę też, że nawet osoby, które nie znają metody NAO, na widok takich napisów, myślą sobie: “jakież to żałosne”, ale przez grzeczność nie mówią tego głośno. I rzecz nie w tym, by nie zajmować się publikacją śmiesznych testów – to tylko zabawa. Rzecz w tym, by zauważyć swój problem i umieć uczciwie sobie powiedzieć: nie kocham siebie, nie doceniam, a moja samoocena wymaga podniesienia. Rzecz też w tym, by zawinąć rękawy i zmienić ten stan dla własnego dobra.

Innymi słowy: zamiast pisać sobie na czole, że jesteśmy mądrzy czy urodziwi, lepiej popracować z podniesieniem poczucia wartości. Pójść na szkolenie albo wykonać kilka ćwiczeń. Poczytać coś na ten temat i zmienić swój wzorzec na taki, który będzie nam służył. Można to naprawdę zrobić samemu, nie wydając ani złotówki na pomoc psychologa. Najważniejsze, aby dostrzec problem i zrozumieć, że potrzebujemy tej zmiany w sobie. Tymczasem często bywa tak, że właśnie naklejając sobie etykietki z różnych testów, ogłupiamy samych siebie i wypieramy prawdę ze świadomości. Popadamy w absurdalną filozofię: “Skoro test mówi, że jestem urodziwa, opublikowałam to i moi przyjaciele to podlajkowali, to już nic nie muszę robić przecież wszyscy już widzą, że jestem taka piękna. A tylko o to mi chodziło, żeby mój były zobaczył, jaka ja cudna jestem….” Na takie podejście lekarstwo trudno znaleźć. A lekarstwa niestety wymaga i to bardzo.

Bez miłości do siebie nie będziemy szczęśliwi, nawet wtedy, kiedy staniemy się bogaci i sławni. Smutnym potwierdzeniem jest wiele gwiazd ekranu i sceny – tych, które cierpią lub cierpiały na depresję, uciekały w alkohol i narkotyki. Przecież są to ludzie, którym inni zazdroszczą popularności i ogromnych pieniędzy. Marząc o sławie i rozdawaniu autografów myślimy, że dla takiej osoby wszystko jest możliwe, a jej życie to pasmo nieustającej błogości. I pomijając tutaj oczywisty fakt, że praca aktora (piosenkarza, piłkarza, dziennikarza czy innego VIP-a) może być równie ciężka i stresująca, jak każda inna, zadajemy sobie tylko pytanie: dlaczego ludzie, będący na szczycie naszych marzeń, nie są obłędnie szczęśliwi? Odpowiedzią może być przede wszystkim brak miłości dla siebie.

A kochanie siebie jest moim zdaniem naszą największą siłą. To właśnie ono toruje nam drogę do błogości, zadowolenia i spełnienia. Jeśli nie lubimy siebie, to największe nawet bogactwo materialne nie da nam radości. Oczywiście o wiele łatwiej jest być zadowolonym z życia, kiedy czynniki zewnętrzne nam sprzyjają, czyli wtedy, kiedy jesteśmy zdrowi, zamożni i w dobrym związku. To jasne. Ale rzadko kiedy zauważamy, że to wysoka samoocena kształtuje te czynniki w odpowiedni sposób.

Każda relacja opiera się na tym, jak myślimy o sobie. Jeśli szanujemy siebie naprawdę, wówczas inni ludzie nas lubią i doceniają. Być może nie u wszystkich budzimy sympatię, ale niechętne nam osoby omijać nas będą szerokim łukiem. Wszechświat to zwierciadło naszych myśli. Jeśli nie ma we mnie podświadomej niechęci do siebie i poczucia winy, to w zewnętrznej rzeczywistości nie ma miejsca na wrogów. Nikt nas nie okradnie i nie skrzywdzi. Właśnie dlatego samoakceptacja to nasza największa siła. Nic nas tak nie chroni przed problemami i przykrościami jak miłość do siebie.

W związkach intymnych jest podobnie. Nie ułożą się one szczęśliwie, dopóki nie odnajdziemy w sobie tych wszystkich uczuć, których pragniemy doświadczać. Wiele razy w młodości słyszałam mądrość: “nie szukaj miłości u innych, sama ją sobie daj, pokochaj siebie”. Kiedyś nie rozumiałam, jakie to oczywiste. Słuchając takich słów myślałam, że jak sama sobie dam miłość, to już mi partner potrzebny do niczego nie będzie.  Tymczasem o to czasem chodzi, by pragnąć, ale nie potrzebować… Ponadto lustro wszechświata odbija tylko to, co mam w sobie. Dopóki nie kocham siebie, nikt naprawdę mnie nie pokocha. Oczywiście mogę być w “jakimś” związku, mogę nawet uprawiać radośnie seks, ale nie doświadczę miłości, bo nie mogę przyciągnąć czegoś, czego nie mam w sobie. Podobnie jak nie zobaczę w lustrze kapelusza na głowie, jeśli go tam nie włożę.

Największa siła wszechświata porządkuje też nasze zasoby i daje nam tyle, na ile zasługujemy. Oczywiście we własnych oczach. Na nic nam zapewnienia dobrych przyjaciół i ich pełne życzliwości serca. Jeśli czujemy, że jesteśmy nijacy, niegodni, gorsi od innych, to nasze dłonie ciągle będą puste. Będziemy stać na brzegu oceanu z sitkiem w rekach i zastanawiać się, jak nabrać dla siebie wody. A wystarczy wiadro pozytywnych myśli i opcja natychmiast staje się dla nas korzystna. Kochanie siebie to pewność, że zasługujemy na wszystko, co najlepsze. Tacy jacy jesteśmy. Tu i teraz.

Bogusława M. Andrzejewska

Motywacja

Nie będę pisać o motywowaniu siebie do działania. Myślę, że kiedy kochamy to, co robimy, to żadna zachęta nie jest nam potrzebna. Nakłanianie do robienia czegoś bywa potrzebne tylko wtedy, kiedy ludzie męczą się, nudzą lub czują wypaleni. Stąd w szkoleniach firmowych ważne miejsce umiejętności motywowania pracowników do tego,  czego chce firma. Warto na to też czasem zwrócić uwagę, że wielkie korporacje nie działają na rzecz człowieka, tylko dla własnego zysku, a pracownik jest tylko trybikiem w maszynce do robienia wielkich interesów. Być może czasem wygodnie jest być takim trybikiem – jest zaplecze socjalne, opieka zdrowotna i nawet karnet na siłownię, a przy tym pieniądze wpływają co miesiąc na konto, możemy więc czuć się bezpieczni. Wszystko ma swoje dobre strony. Co wcale nie oznacza, że jest przejawem prosperującej świadomości. Praca w korporacji niestety nie jest. Ale nie o tym.

Każde działanie, które podejmujemy jest czymś spowodowane. Często spotykaną motywacją bywa rozsądek lub wygoda. Wybieramy jakąś pracę lub nawet małżeństwo kierowani logicznym wyważeniem tego, co jest dla nas korzystne, co da nam komfort lub poczucie bezpieczeństwa. Bywa, że jesteśmy potem zadowoleni, żyjąc bez wzlotów i upadków, ale za to w sposób bezpieczny i przewidywalny. Czasem okazuje się to jednak ślepą uliczką. Przykładowa praca w korporacji, która miała nam dawać stałe dochody i tym samym spokojny byt, kosztuje nas mnóstwo zdrowia i nerwów. Wyścig szczurów, niesprawiedliwość, konieczność ciągłej walki o wszystko zabiera nam siły i mamy ochotę uciec na drugi koniec świata. To wcale nie daje nam szczęścia.

Łatwiej bywa w przypadku małżeństwa z rozsądku. Znam wiele takich letnich i pogodnych związków, gdzie rozwija się przyzwyczajenie i sympatia, a życie toczy się spokojnie bez wzlotów i upadków. Dopóki ktoś się nie zakocha i nie odkryje, że ominęło go coś niesłychanie ważnego, co zabarwia nasze serce w niepowtarzalny sposób. Z tego rodzi się poczucie przegranej, a złudzenie szczęścia i bezpieczeństwa pryska jak bańka mydlana.

Czasem motywacją bywa wyrachowanie. To też forma kierowania się rozsądkiem i wygodą, lecz podszyta egoizmem i chciwością. Taki człowiek zanim podejmie decyzję, zadaje sobie pytanie: co będę z tego miał? Już wiemy, że rozwój i dążenie do szczęścia polega na pytaniu: jak mogę usłużyć innym poprzez swój unikalny talent? Dlatego też świadomość prosperująca nie skupia się na zabezpieczaniu swoich materialnych potrzeb. To się dzieje samo wtedy, kiery robimy to, co naprawdę kochamy.

Najtrudniej jednak jest nam wtedy, kiedy kierujemy się w życiu kompleksami. Niskie poczucie wartości pcha nas w pułapki imponowania innym. Zamiast robić to, co rzeczywiście dałoby nam szczęście, gromadzimy pieniądze albo rzucamy się na obce nam i niemiłe działania, które mają nas dowartościować i podnieść w oczach innych. Przez chwilę czujemy się radośnie, kiedy zarobimy wielkie pieniądze i możemy popisać się przed uboższym sąsiadem nowym samochodem czy domem, ale potem zostajemy sami ze swoim bólem niespełnienia, z pustka w życiu, które zapychaliśmy sztucznymi zabawkami.

To temat ciekawy i często spotykany. Osoba o niskiej samoocenie wyszukuje sobie takie rzeczy, dzięki którym mogłaby chociaż przez chwilę poczuć się lepsza. To działa tylko przez moment, a potem jak głodny demon wraca brak samoakceptacji i bezbrzeżny smutek, którego niczym nie dało się ukoić. Moim zdaniem o wiele lepiej popracować przez miesiąc nad podniesieniem poczucia wartości, by zacząć potem żyć dla siebie i własnej satysfakcji. Kiedy pokochamy siebie, znajdziemy swoją unikalną ścieżkę, która sprawi, że nasze życie stanie się pasją.

Wielką pułapką jest poświęcanie się dla kogoś. Bierze się najczęściej z poczucia powinności i mocno wtłoczonych do głowy zasad. Czasem i tutaj odzywa się niskie poczucie wartości, które chcemy zagłuszyć, pokazując światu, jacy jesteśmy wspaniali i szlachetni. A takie działanie jest nieuczciwością wobec osoby, dla której się poświęcamy. Jest zaciągnięciem długu w imieniu tej osoby i to bez jej zgody. Potem oczekujemy docenienia, odwzajemnienia, czyli spłaty tego długu i często się rozczarowujemy, bo któż chce spłacać coś, o co wcale nie prosił? Żyjemy tutaj dla siebie i naszym obowiązkiem jest dbanie o siebie. Pomagać innym należy mądrze i bezinteresownie. W odpowiednim miejscu i czasie, bez zaniedbywania swojego życia i swoich wartości.

Mam wiele mieszanych uczuć w kwestii podejmowania decyzji w oparciu o jakąś religię. Wszelkie wyznania są na tyle kontrowersyjne, że bywają fatalnie interpretowane. Z jednej strony ktoś może działać szlachetnie, np. wybaczać, pomagać, otaczać troską tylko dlatego, że wierzy w Boga. Z drugiej – obserwujemy terrorystyczne ataki, poniżanie i represjonowanie innowierców oraz religijne wojny. Motyw zatem grząski, wymagający dużej duchowej dojrzałości, którą rzadko można spotkać. Jeśli ktoś wierzy, że ma prawo krzywdzić innych ludzi i w ten sposób zasłuży sobie po śmierci na niebo i tańczące wokół niego hurysy (lub anioły), to moim zdaniem nie ma tu z kim rozmawiać o rozwoju. Równie dobrze można byłoby w epoce kamienia łupanego przypadkowo spotkanemu myśliwemu tłumaczyć zasadę działania elektrowni jądrowej.

Jednym z ciekawszych motywów naszego działania jest też potrzeba zemsty. Temat rzeka, który jak sadzę, nie wymaga obszernego komentarza. Jest jaskrawym przykładem świadomości ubóstwa, która nie rozumie, dlaczego coś ją w życiu spotkało i szukając winnych, załatwia swoje sprawy krzywdząc drugiego człowieka. Robi to w nadziei odnalezienia ulgi w swoim cierpieniu. Jak wiemy, złudna to nadzieja, ponieważ niczego nie uzdrawia, niczego nie załatwia, a jedynie wpędza w kołowrót kolejnych przykrych wydarzeń, które będą się powtarzać aż do zrozumienia lekcji. Czasem nawet do śmierci.

Najpiękniejszą motywacją, która przynosi nam najwięcej szczęścia jest rzecz jasna miłość bezwarunkowa. W związkach to oczywiste. Kierując się uczuciem odnajdziemy spełnienie. Podobnie w pracy – kiedy robimy to, co naprawdę kochamy, pasja zawsze będzie nam towarzyszyć, a wraz z nią przypłyną też klienci, pieniądze i powodzenie. Zauważyłam, że robienie tego, co kochamy, daje nam prawdziwe szczęście. Tak po prostu – robiąc to, jesteśmy w błogości i satysfakcji. Nawet kwestia zarabiania schodzi na drugi plan. To ważne. Warto odnaleźć swoja pasję, ponieważ to sprawia, że nasze życie staje się piękne. Na stałe, a nie tylko na chwilę.

Kiedy kierujemy się miłością, wszystkie drzwi stają przed nami otworem. Ludzie traktują nas z sympatią. Sprawy same się rozwiązują. Pogoda nam sprzyja. Pieniądze napływają szeroką strugą. Wszystko nabiera zupełnie innego pięknego wymiaru. My sami zanurzeni w takiej wibracji umiemy dostrzec sens swojego działania i znaleźć właściwe słowa i właściwą drogę działania. Miłość bezwarunkowa prowadzi nas najlepszą dla nas ścieżką. A co ważne: nie tworzy żadnych karmicznych uwarunkowań.

Bogusława M. Andrzejewska

Niezależność

Uznawana za zdecydowanie pozytywną i potrzebną w życiu jakość, nie zawsze bywa właściwie rozumiana. Bardzo często jest mylona z całkowitą wolnością i wyrwaniem się spod jakiejkolwiek kontroli. Trąca często anarchią i arogancją. Grzeszy głupotą i lękiem przed odrzuceniem. Tego typu „niezależność” jest pozorna i nie mniej skomplikowana od owczego pędu i braku własnego zdania.

Podstawowe założenie jest oczywiście słuszne: mieć własne poglądy, własne zarobki, być samodzielnym i móc samemu podejmować wszystkie ważne decyzje. Pragnie tego niemal każdy, odkąd wyjdzie z domu i zobaczy na ulicy lub w szkole coś innego, niż widzi na co dzień w domu. Jednak ciekawość świata i potrzeba wyrwania się spod kontroli rodziców nie zawsze popycha we właściwym kierunku.

Z jednej strony samodzielność jest  budująca.  Uczy nas radzenia sobie z najbardziej inspirującymi doświadczeniami. Z drugiej – często cena, jaką płacimy za poznawanie i smakowanie życia bez opiekuńczego parasola rodziców – bywa wysoka. Być może wsadzenie palca do kontaktu jest lepszym sposobem na poznanie działania prądu, niż słuchanie zakazu starszych od siebie, ale może być niebezpieczne. Z całą pewnością wiemy, że nadopiekuńczość z kolei rodzi osoby bezradne i niedojrzałe. Ta droga zatem też nie jest właściwa. Może więc lepiej znaleźć złoty środek i wyprowadzać się z rodzicielskiego domu, ale nie przedwcześnie? Może warto szanować autorytety, słuchać ich, uczyć się, a w pewnym momencie odważyć się samemu rozwinąć skrzydła i zdobywać własne ostrogi?

Prawdziwa niezależność to także droga środka. Z jednej strony mamy osoby całkowicie zależne, które jak małe dzieci wieszają się na swoich rodzicach. Niby studiują, niby pracują, a w gruncie rzeczy, zginęliby, gdyby zostali zdani tylko na siebie. Szczególnie wtedy, kiedy nie umieją sami siebie zabezpieczyć finansowo na tyle, by przetrwać. W tej grupie często spotykamy wyuczoną bezradność, która jest przejawem przede wszystkim życiowej niedojrzałości. To ogrom pracy dla terapeuty. Chociaż bywa też, że egzamin zdaje prosty ruch – wyrzucenie z gniazda silnym kopniakiem i zdecydowanym: „radź sobie sam”. Czasem przynosi to zbawienny skutek.

A z drugiej strony widzimy anarchistów, którzy nikogo nie słuchają i z niczym się nie liczą, ponieważ „nikt im nie będzie mówił, co mają robić”. W tym przypadku jest teoretycznie łatwiej odnaleźć właściwe podejście do życia i uświadomienie sobie, że żyjąc w społeczeństwie, nie jesteśmy sami dla siebie. Zazwyczaj wystarczy usunąć lęk przed odrzuceniem poprzez podniesienie poczucia własnej wartości. To pozwala na współpracę i naukę tolerancji oraz rozumienia drugiego człowieka. Bez obawy, że nas skrzywdzi tylko dlatego, że ma inne zdanie. Jednak jest to teoria, bo wśród tego typu myślenia są zarówno spokojni, lecz lekko zakompleksieni ludzie, jak i cała masa różnego rodzaju osób z zaburzeniami aspołecznymi. Żadna to oczywiście niezależność. To raczej niedostosowanie.

W codziennym funkcjonowaniu najczęściej spotykamy się z zależnością od ludzkiej opinii – dotyka to także te osoby, które w sensie materialnym i życiowym są całkowicie samodzielne, zaradne i wykształcone. Kluczowa jest tutaj potrzeba akceptacji i bycia docenianym. Aby być lubianym człowiekiem, staramy się często zaspokajać oczekiwania innych, nawet wtedy, kiedy są w sprzeczności z tym, czego sami potrzebujemy. Dotykam tu tematu braku asertywności i bycia wykorzystywanym, ponieważ problem ten także rodzi się z zależności. Chcemy czyjejś akceptacji, więc przyjmujemy cudzy punkt widzenia i cudzy sposób życia. Naginamy się do czyjegoś życzenia, chociaż w środku w nas wszystko krzyczy z niezadowolenia. I nie umiemy się wyrwać z tego kręgu, ponieważ boimy się stracić sympatię przyjaciela, koleżanki, kogoś bliskiego. Jesteśmy emocjonalnie zależni od cudzego zdania i cudzej oceny, bo chcemy tej magicznej akceptacji.

Temat to bardzo obszerny, ale zamknę go wielkim skrótem. Warto działać w harmonii ze swoim wnętrzem i rozwijać asertywność, podnosząc swoją samoocenę. Aby przyciągać do swojego życia ludzi, którzy nie będą nas wykorzystywać, trzeba nauczyć się naprawdę szanować siebie. Prawdziwy szacunek do siebie samego wywoła odpowiednie traktowanie u innych – ponieważ wszechświat działa zgodnie z zasadą lustra. Inaczej być nie może – jeśli doceniam siebie i traktuję z godnością, to i każdy, kogo spotkam, też tak mnie będzie traktował. To działa – jak prawo grawitacji. Czy w to wierzymy, czy nie – po prostu się dzieje.

A jak to jest z cudzymi opiniami? Czy rzeczywiście warto mieć tylko swoje zdanie i być nieustępliwym w głoszeniu swojej prawdy? I tu najlepszym sposobem jest poszukanie tego złotego środka. Nie da się żyć w oderwaniu od opinii innych ludzi. Jesteśmy istotami społecznymi. Potrzebujemy sympatii, akceptacji, zrozumienia i wspólnych ścieżek w pracy. Warto zatem ustalić sobie listę priorytetów i wybrać to, co dla nas najważniejsze. W tych kwestiach pilnujemy własnych wyborów dla własnego dobra, aby móc żyć w pełnej harmonii z tym, czego pragniemy. Pozostanie jednak całe mnóstwo błahostek, o które nie warto kruszyć kopii.

Oto ktoś zachwyca się filmem, który my uważamy za totalny kinowy niewypał. A niech się zachwyca – ma prawo. Tak, jak my mamy prawo mieć inne zdanie. Możemy je powiedzieć głośno lub też nie – jeśli nikt nas o zdanie nie pyta. Możemy zdecydować, że pozwolimy tej osobie na radość i subiektywną ocenę. Cóż to ma za znaczenie? Czy przez to jakość naszego życia się zmieni? Często w takich przypadkach zadaję sobie pytanie: chcę mieć rację, czy pozwolić komuś na chwilę zadowolenia? I wybieram tę drugą opcję. Natomiast nie pozwoliłabym, aby ktoś pokierował moimi ważnymi sprawami inaczej, niż bym chciała. Myślę, że takie rozróżnienie warto w sobie uczynić, inaczej stajemy się pieniaczami i anarchistami. Dobrze jest też nauczyć się czasem pójścia na kompromis. To tylko inna forma współpracy, niczego nam nie ujmuje z naszej godności, a pozwala na znalezienie wspólnej drogi z kimś dla nas ważnym.

Na drugim końcu są z kolei ludzie, którzy jak owce wędrują za innymi, nie mając własnego zdania. Wynika to najczęściej z braku świadomości samego siebie. Warto nauczyć się słuchać głosu swojego serca, właśnie po to, aby być w harmonii z samym sobą. Dobrze jest znać siebie, swoje upodobania i potrzeby, aby móc szukać najlepszych dla siebie rozwiązań i podejmować samodzielnie decyzje. Jeśli nie zrobimy tego wystarczająco wcześnie, to może nam uciec większość życia – uciec na powielaniu cudzych dróg. Któregoś dnia możemy nagle odkryć, że podążamy cudzymi ścieżkami i czujemy z tego powodu pustkę w sobie. Czasem wchodzimy w taką ślepą uliczkę tylko po to, by się dowartościować, bo boimy się zrobić to, czego naprawdę pragniemy. Boimy się poczucia bycia gorszym lub innym od reszty stada…

Najzabawniejszym przykładem ogromnej potrzeby podziwu ze strony innych jest znakomita postać z angielskiego serialu „Co ludzie powiedzą?” – rewelacyjnie zagrana Hiacynta Bukiet. Oto skrajny przykład życia pod dyktando wymyślonych wzorców bycia kimś lepszym od reszty świata. Głowna bohaterka staje niemal na głowie, aby przekonać wszystkich dookoła, że jest personą z wyższych sfer. Robi wiele, tylko nigdy nie jest naprawdę sobą. Znam kilka takich Hiacynt… I podziwiam je za wytrwałość w noszeniu masek, które wcale im nie służą. Serial znakomity – polecam na długie zimowe wieczory.

Bywają też ludzie, którzy głośno mówią, że nic ich nie obchodzą inni ani cudze opinie na ich temat. To najczęściej tylko poza. Im bardziej ekscentrycznie zachowuje się lub ubiera taka osoba, tym bardziej chce zwrócić na siebie uwagę. Swoista prowokacja i pozorne lekceważenie drugiego człowieka jest tylko formą obrony przed krytyka, której taka osoba przyjąć nie potrafi. Nie rozumie, że konstruktywna krytyka może być cenna, bo pokazuje lęki naszej podświadomości lub problem wewnętrznego dziecka i pomaga uzdrowić te wzorce, które nam w żaden sposób nie służą.

Prawdziwa niezależność to silna osobowość, która samodzielnie decyduje o sobie, ale ma na tyle wysoką samoocenę, że jest serdeczna, tolerancyjna i wyrozumiała wobec innych. Ceni zdanie autorytetów i w oparciu o doświadczenie lub mądrość innych, w połączeniu z własnymi wyborami buduje swoje poglądy. Szanuje siebie i innych. Jest otwarta na nowe doświadczenia i nieznaną wcześniej wiedzę. Nie musi nikogo kontrolować, by czuć się niezależną. Słucha uważnie, czyta i uczy się przez całe życie, nie bojąc się przyznać, że czegoś nie wie lub nie rozumie. Chętnie ustąpi w drobiazgach, nie bojąc się, że przez to straci szacunek u innych, ponieważ jest świadoma swojej wartości.

Bogusława M. Andrzejewska

Terapia mocno rekomendowana

Reklama dźwignią handlu, co do tego nie mamy wątpliwości. Rekomendacje i oceny towaru też się nam przydają. Kiedy wybieram się do restauracji, mogę skorzystać z opinii innych klientów, chwalących „kaczkę na dziko” i spróbować im zaufać. Do stracenia nie mam nic. Jeśli danie okaże się przypalone, po prostu nie zapłacę za obiad.

Jednak zupełnie inaczej rzecz ma się z usługami np. doradztwa czy terapii. Reklama zawsze jest w porządku. Kiedy jednak widzę, że „terapeuta” czy doradca zamieszcza na swoim blogu liczne opinie zadowolonych klientów, natychmiast włącza mi się czerwone światełko. I jest to naturalny odruch, bo w tej dziedzinie – inaczej niż w przypadku sprzętu AGD czy usług gastronomicznych – rekomendacje budzą poważne wątpliwości.

Przede wszystkim dlatego, że osoba, która musi podpierać się pochwałami klientów, aby zdobyć kolejnych, ma przerażająco niskie poczucie wartości. Jak zatem korzystać z kursu czy poradnika „Poznaj swoją  wartość i zacznij cenić siebie”, jeśli widać gołym okiem, że autor jest zakompleksiony? To tak, jakbyś powierzył swój tekst do korekty komuś, kto sam robi błędy ortograficzne! Jaki to ma sens? Czy nie lepiej poszukać dobrego specjalisty, który emanuje prawdziwą radością życia i pewnością siebie?

Nie odkryję też Ameryki, jeśli napiszę, że 99 procent owych pochwalnych wpisów to produkcja własna autora blogu. Po czym to poznać? Po pierwsze, zastanówmy się, jakie jest prawdopodobieństwo, że w wielkiej przestrzeni Internetu dwie obce osoby wpisują w odstępie 3 minut peany typu: „superrrr! Ależ piękny kurs!”. Po drugie: na ile wiarygodne są pochwały kursu on-line, który został wstawiony do sieci tydzień temu, a klienci już mają efekty i na przykład aż trzy osoby schudły już cztery kilo. Kto schudnął 4 kilo w przeciągu tygodnia dzięki internetowemu kursowi ręka w górę!

Po trzecie: od lat zajmuję się redakcją i publikacją, potrafię zatem wyłapać styl pisania danej osoby. Jest on zazwyczaj niepowtarzalny jak odcisk palca. Jak zatem wytłumaczyć fakt, że 5 wpisów pochwalnych umieściła na blogu jedna i ta sama osoba, podpisując się 5 różnymi imionami? Wszak nikt tego nie sprawdzi i nie udowodni, bo nie możemy zażądać kontaktu do rzekomego „Irka” czy „Magdy” – chroni ich przepis dotyczący poufności danych. Jakież to wygodne dla takiego zakompleksionego blogera!

Po czwarte: duże przedsiębiorstwa handlowe zatrudniają na etat osoby, których zadaniem jest wpisywanie pozytywnych opinii w internetowych sklepach, jest to naturalna powszechnie stosowana praktyka. Cena jednego pochwalnego wpisu waha się od 1,5 do 3 zł. Pisza o tym popularne magazyny. Żadna to nowość, że można kupić pochwalne peany produktu, nawet takiego, który w ogóle nie istnieje, bo zawodowi “wpisywacze” pochwał nie są zainteresowani faktami, mają swoje gotowce. Zakładam, że wy również o tym wiecie. Dlaczego zatem znudzona brakiem klientów terapeutka nie może poświęcić pół godziny na wpisanie sobie za darmo paru dobrych słów, których nie dostaje od ludzi, bo nikt do niej nie przychodzi?

Po piąte: autentyczne komentarze na blogach rozpoznajemy po różnorodności. Ludzie wpisują oceny, zadają pytania, dzielą się spostrzeżeniami, mają swoje dodatkowe uwagi. Fałszywe to wyłącznie peany na cześć autora. Jak widzisz rząd samych pochwał w stylu: „ależ to superrr! Moje życie się zmieniło od tej jednej książki” to niech i tobie zapali się czerwone światełko. Jesteśmy różni, mamy różne gusta i niepowtarzalny sposób wyrażania siebie. Wpisy powinny być zróżnicowane.

Po szóste: jeśli masz wątpliwości, zawsze możesz sam sprawdzić. Wystarczy na takim podejrzanym blogu wstawić nieprzychylną opinię. Nie namawiam tu do złośliwości, a jedynie oceny typu: „nie podoba mi się, mam inne zdanie”. Uczciwy doradca zamieści twój wpis, może nawet zachęci cię do polemiki i zapyta, dlaczego. Nieuczciwy usunie wpis, ponieważ negatywna ocena psuje mu starannie układane nieszczere pochwały.

Nawiasem mówiąc wpisywanie sobie samemu rekomendacji to zwykłe oszustwo. Ja nie chciałabym iść do terapeuty-oszusta. Ale to już twoja suwerenna decyzja. Być może uznasz, że to przejaw sprytu i tego właśnie chcesz się od takiego doradcy nauczyć. Wówczas: powodzenia!

Po siódme: za kupno dobrej lodówki czy wspaniałych wczasów można zamieścić wielkie oficjalne podziękowanie w necie. Jeśli jednak dzięki terapeucie czy doradcy przeszłaś zwycięsko rozstanie lub żałobę i nie poddałaś się myślom samobójczym, to nie jest to temat nadający się do publikacji. Klientka prędzej wyśle ci kosz kwiatów niż napisze o tym w sieci. Dlatego też właśnie cukierkowe pochwały na stronach proponujących poradniki, konsultacje i kursy rozwoju osobistego budzą tyle moich wątpliwości. Jakoś trudno mi bez zastrzeżeń wierzyć w autentyczność wpisu o treści mniej więcej: “byłam gruba, brzydka i leniwa, a dzięki twojemu godzinnemu kursowi internetowemu stałam się mądra, szczupła i szczęśliwa.” Trudno przyjąć, że najbardziej nawet zobowiązany klient będzie sam siebie piętnował pisząc: “gdyby nie twój cudowny kurs nadal pozostałbym beznadziejnym, grubym nieudacznikiem”. Trudniej tym bardziej, że z doświadczenia wiem, co zawierają listy od wdzięcznych klientów. To wspaniali wartościowi ludzie, którzy potrzebowali mojego wsparcia w jakimś jednym maleńkim kawałku swojego życia. Tylko jednym. Proponuję: nie ufajcie takim doradcom, którzy podnoszą swoje poczucie wartości kosztem wymyślonych “beznadziejnych, nieszczęśliwych grubasów”.

Ponieważ wykonuję usługi, ja również dostaję piękne listy z podziękowaniami od klientów. Co najmniej raz w tygodniu czytam ciepłe słowa pod swoim adresem i to mnie oczywiście ogromnie cieszy, a nierzadko ogromnie wzrusza. Dzięki temu wiem, że to, co robię jest dobre i wartościowe. Wiem, że sprawdzam się w tym, co robię. Kilka lat temu jeden z listów wręcz wycisnął mi łzy emocji z oczu. I przez jeden krótki moment pomyślałam: „och jakie to piękne! Mogłabym to zamieścić w dziale REKOMENDACJE, niech ludzie czytają…” i tu w domyśle: „…jaka jestem wspaniała”. W tym samym momencie zawstydziłam się takiego pomysłu. Bo od razu zobaczyłam, że przechwalanie się nie jest zupełnie w moim stylu. Ponadto zauważyłam, że w tym liście jest wiele bardzo osobistych przemyśleń i faktów z życia mojej klientki. Jak to zamieścić, bez naruszania jej prywatności? Na koniec poczułam, że to podziękowanie również i dla mnie jest czymś… bardzo osobistym. Do schowania w sercu, a nie do zamieszczania w sieci.

Nie bez powodu piszę wyłącznie o usługach terapeutycznych. To moja działka. Znam się na tym i dlatego wypowiadam. Nie zabieram natomiast głosu na temat rekomendacji sprzętu RTV czy innych usług. Nie ma dla ciebie znaczenia, czy telewizor sprzeda ci zakompleksiony sprzedawca, bo ważne jest, aby sprzęt był sprawny, dobry i spełniał twoje oczekiwania. Psychologiczny portret sprzedawcy nie ma tu znaczenia. Inaczej sprawa ma się w sytuacji, kiedy sam szukasz pomocy, bo życie traci dla ciebie sens i czujesz się nieszczęśliwy. Jeśli dasz się złapać w sidła niekompetentnego „pseudoterapeuty”, to może się to skończyć żałośnie dla ciebie.

Na pewno każdy zauważył, że są w Internecie specjalne fora, na których można wymieniać się opiniami na temat firmy, towaru czy usług. To są dobre miejsca, można spokojnie poczytać wszystkie za i przeciw. Nawet, jeśli ktoś podszywając się pod cudze imię, wpisze swojej firmie pochwały, to nie będzie w stanie wykasować uwag krytycznych i pewna równowaga zostanie zachowana.

A zdecydowanie najlepsza jest „poczta pantoflowa”. Znakomita większość moich klientów to znajomi osób, które korzystały kiedyś z moich usług. Bardzo mi się to podoba, nie tylko dlatego, że lista zainteresowanych rozszerza się w postępie geometrycznym. Przede wszystkim ja sama taką formę rekomendacji preferuję. Jeśli szukam specjalisty od np. Feng Shui to pytam moich znajomych: kogo mi polecasz? Jeszcze nigdy się nie rozczarowałam. Wam również taką metodę sugeruję.  W epoce Facebooka i komunikatorów internetowych naprawdę lepiej zapytać kogoś, niż grzebać w wyszukiwarce i czytać peany pod blogiem, zastanawiając się: „sama sobie wpisała, czy rzeczywiście jest dobra?”.

Bogusława M. Andrzejewska

Harmonia odtwórcy

Mam swoich naśladowców w sieci. To nic złego, to tylko oznacza, że jestem naprawdę świetna, jeśli ktoś zapożycza ode mnie większość tematów, pomysłów, form graficznych, a nawet tak prostych drobiazgów, jak sposób pozdrawiania. Wiedza, którą udostępniam jest dla wszystkich, zatem nie przeszkadza mi, że ktoś „ściąga” publikowane przeze mnie treści i podaje dalej na swojej stronie, lekko zmienione. I tak sprzedaję wodę na brzegu rzeki – przecież prosperita to sposób szczęśliwego życia w miłości i radości, to coś tak oczywistego, że nosimy to uśpione w każdej komórce swojego ciała. Nic tu nie jest moją własnością, poza prywatnymi zdjęciami.

Bardzo mnie w tym zjawisku ucieszyło, że moi naśladowcy także pilnie uczą się ode mnie. Na przykład: zamieniają niekorzystne słowo „obfitość” na dobrostan, dobrobyt i bogactwo – na co niedawno zwracałam uwagę w swoim artykule. Zmiana nazewnictwa nastąpiła oczywiście zaraz po tym, jak opublikowałam swój artykuł w sieci. A to znaczy, że osoby te pilnie czytają moją stronę i rozwijają się dzięki energii, która jest w każdym moim słowie. To ważne, ważniejsze niż szybkie zamieszczenie faviconki zaraz po tym, jak ten drobiazg graficzny pojawił się u mnie. Obrazek nie ma znaczenia, a właściwe nazewnictwo tak, ponieważ słowa mają moc.  Cieszę się, że oprócz setek studentów i klientów, dla których jestem autorytetem, mam także ukrytych pilnych uczniów, którzy skrupulatnie czerpią ode mnie wiedzę w wielkiej tajemnicy. Jestem dumna tym bardziej, że to doradcy, prowadzący blogi o psychologicznej treści, a więc śmiało mogę powiedzieć: jestem nauczycielem dla nauczycieli i psychologiem dla psychologów. Jestem The Best !

Czasem tylko zastanawiam się, dlaczego ludzie nie działają w harmonii serca, lecz udają kogoś, kim nie są. Nie mam wątpliwości, że ktoś, kto podąża własną ścieżką nie musi powielać cudzych wzorców. W pewien sposób wszyscy się oczywiście uczymy – przede wszystkim przez własne doświadczenie, ale też przez książki, audycje, nagrania. Jednak to, co jest pieśnią naszej duszy, przychodzi z wnętrza. Kiedy piszę dla Was kolejny artykuł na swoją stronę, to dlatego, że on sam do mnie przychodzi. Spływają słowa i zdania, spływają argumenty. Krążą we mnie, kiedy zmywam naczynia i spaceruję. Uspokajają się dopiero wtedy, kiedy przeleję je na papier lub ekran komputera. W gruncie rzeczy są jednak tylko moje. Oczywiście – sama inspiracja może przyjść z zewnątrz – z wydarzenia, spotkania, przeczytanej książki. A nawet jak w tym wypadku: z przypadkowego trafienia na jeden z blogów. Potem jednak wszystko, co tworzę, jest już tylko moim przemyśleniem.

Często zadaję sobie pytanie, jaki jest sens podążania cudzymi ścieżkami? Harmonia serca to stan pełnego rozumienia własnej duszy i realizowania tego, co jest naprawdę ważne dla nas. Czujemy to w sobie. Nie musimy tego szukać na stronach innych ludzi. Odnajdujemy to w każdym swoim oddechu, wiedząc, że jesteśmy absolutnie unikalni i doskonali tacy, jacy jesteśmy. Idąc za głosem własnego serca, dostajemy w darze błogość szczęśliwego życia i poczucie spełnienia. Nic nam tego nie zastąpi i nie znajdziemy klucza do własnych drzwi w cudzej kieszeni.

Stale powtarzam, że każdy z nas powinien myśleć samodzielnie, a najlepszy drogowskaz znajdziemy we własnym wnętrzu. Kiedy słuchamy siebie, realizujemy plany własnej duszy. Aby przybliżyć ten temat, wprowadziłam nawet osobny rozdział dotyczący harmonii serca, bo uważam, że rozumienie tego pojęcia jest kluczowe dla naszego rozwoju. Tego właśnie dotyczy – autentyczności. Zaufania w to, że jest się doskonałym takim, jakim się jest i nie potrzeba dowartościowywać się kopiowanymi od innych określeniami i pomysłami. A może lepiej usiąść spokojnie i podążyć uwagą w sam środek własnego serca, by zapytać: co jest dla mnie najlepsze? Czym powinienem się zająć? W jakim obszarze będę twórcą, a nie odtwórcą?

Nie mam monopolu na całą wiedzę Wszechświata i czasem nie znam odpowiedzi na takie pytanie, jak sensowność naśladownictwa. Dostrzegałam tu tylko działanie przeciw sobie i samooszukiwanie. Taka dusza odchodzi z tego świata z długiem karmicznym, aby w kolejnym wcieleniu ponownie przymierzyć się do swojego prawdziwego celu. Kiedy jednak przemedytowałam swoje wątpliwości, pojawiła mi się informacja, że czasem celem życia jest właśnie naśladownictwo samo w sobie. Takie osoby spełniają tu na ziemi ważną misję – są kopiarką dla treści, które powinny dotrzeć do jak największej ilości osób. Dzięki temu, że podają dalej dobre myśli i pozytywne nauki, umożliwiają wzrastanie większej ilości osób. Czasem listonosz, który doręcza list jest równie ważny jak nadawca, który zawarł w liście całą swoją miłość.

Wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni i współistniejemy w harmonii. Pozornie trudno dostrzec harmonię tam, gdzie obok twórcy wyrasta odtwórca. Jednak z duchowego punktu widzenia, oboje współpracują ze sobą, a ich role są równie ważne. Najciekawsza książka bez wydawcy i księgarni straci swoja wartość, bo nikt nie będzie wiedział o jej istnieniu. Podobnie z wartościową wiedzą – powinna być rozpowszechniana na wszelkie możliwe sposoby. Jest mi niezmiernie miło, że to moje słowa, pomysły i określenia są naśladowane.

To ważna lekcja, bo w dualnym i materialnym świecie bardzo mocno przywiązujemy się do podziału: to jest moje, a to twoje. Prawa autorskie spędzają ludziom sen z powiek. Tymczasem wszystko to, co robimy dla dobra innych, jest wspólne. Nigdy nie miałam problemu z poczuciem własności. Zdarzało mi się trafić w sieci na swoje teksty podpisane cudzym nazwiskiem lub wcale nie podpisane. Traktowałam je jako mój dar dla świata i cieszyłam się, że komuś się aż tak spodobały, że chciał je opublikować. Nie przeszkadza mi to, błogosławię każdego, kto z ciekawością przeczyta to, co mam do przekazania.

Bogusława M. Andrzejewska

Soul Coaching

“Serce to siedziba duszy, słuchaj głosu swego serca. Nie musisz nigdzie podróżować, nikogo pytać, wszystkie odpowiedzi są w tobie”.

Metoda nazywana Soul Coaching przypomina duchowe poszerzenie klasycznego coachingu. W tym tradycyjnym nawiązujemy kontakt ze sobą i zadajemy sobie samemu pytania o to, co dla nas ważne. Jest to dobre, ponieważ wiadomo, że każdy z nas nosi w sobie wewnątrz wszystkie odpowiedzi.  Zazwyczaj są świetnie dopasowane do naszej rzeczywistości. Uważam, że głównie w sobie warto szukać nauczyciela i przewodnika, chociaż oczywiście możemy mądrze rozglądać się wokół siebie i uczyć od innych. Doświadczenie i wiedza autorytetów jest równie ważna, jak nasza intuicja, zapewne dobrze byłoby łączyć obie te ścieżki.

W Soul Coaching sięgamy dużo głębiej niż w tradycyjnym treningu. Zadajemy pytania naszemu najgłębszemu ja. Odpowiedzi szukamy na poziomie serca i duszy. Autorką metody jest Denise Linn, amerykańska terapeutka, która podróżując po świecie i odwiedzając wszystkich możliwych guru, próbowała uzdrowić traumy oparte na trudnych doświadczeniach z dzieciństwa. W pewien sposób odzyskała spokój, jednak, kiedy w wieku 50 lat zachorowała na raka, zrozumiała, że szukała odpowiedzi wszędzie poza sobą. Ale nie w sobie.

Zasada jest prosta. Wystarczy kładąc rękę na sercu, zadać sobie pytanie, poczuć je w sobie, zaufać, nastawić się na odbiór. Można wprost sformułować swoją wątpliwość, kierując się do własnej duszy. Można zapytać: “co mam zrobić, moja duszo?”. Wewnątrz nas istnieje ta magiczna część, która łączy nas z Najwyższym Źródłem. Docieramy do niej także w zaawansowany sposób duchowy, budując antakaranę. Tutaj jednak, w tej metodzie pozostajemy na bardziej ziemskim poziomie, pytając o to, co dotyczy naszej obecnej egzystencji.

Kiedy pierwszy raz trafiłam na opis tej metody, uśmiechnęłam się do siebie, bo nie znając ani Soul Coachingu, ani autorki – od zawsze pytałam swoje wnętrze o wszystko, co dla mnie ważne. Niektóre stosowane przeze mnie metody – np. ta dotycząca podejmowania decyzji – są dokładnie tym samym, czego uczy Denise Linn. Nie wiem, skąd pochodzi ten sposób, znam go od 20 lat i dzięki niemu jestem dzisiaj dokładnie w tym właśnie miejscu swojego życia. Ponad 20 lat temu, zadałam sobie pytanie, czy mam prowadzić szkolenia… To był czas, kiedy publiczne wystąpienia powodowały u mnie ścisk gardła i miękkie kolana. Intrygująca propozycja, jaką dostałam od przyjaciela, była dla mnie raczej absurdalna. Zadałam pytanie, kładąc rękę na sercu… Odpowiedź była tak silna i jednoznaczna, że podjęłam się zadania, które pozornie było nie dla mnie. Pozornie. Dzisiaj, po wielu latach pracy w roli szkoleniowca, widzę, że zostałam do tego zawodu stworzona. Moi studenci z pewnością chętnie to potwierdzą. Gdyby nie kontakt z własną duszą, nie dostałabym zaskakującej odpowiedzi, która była w opozycji do tego, co podpowiadał rozum.

Podoba mi się ogromnie Soul Coaching, chociaż nigdy nie byłam na żadnych warsztatach, a jedynie przeczytałam książkę twórczyni tej metody. To jedna z wielu synchronii we Wszechświecie. Wiele osób równocześnie odkrywa to samo, robi to samo, myśli tak samo. Nic w tym nadzwyczajnego. Żyję od lat według zasad Soul Coachingu, być może nawet dużo dłużej niż istnieje sama metoda. Być może kładłam rękę na sercu wcześniej, zanim Denise Linn nazwała, opisała i uporządkowała metodę. To jednak przede wszystkim styl życia i styl myślenia, który wszystkim polecam.

Soul Coaching to metoda w dużej mierze potwierdzająca to, czego od lat uczę na prospericie. Jedną z jej podstawowych zasad, to życzliwość i miłość dla siebie. Denise Linn zachęca, aby być dla siebie dobrym, łagodnym, wyrozumiałym. Kładzie nacisk na to, co w rozwoju osobistym jest absolutnie na pierwszym miejscu – samoakceptację.

Namawia także do radości życia, cieszenia się pięknem otaczającego nas świata, szukania wokół siebie tego, co dobre. Niezależnie od różnych trudności, które nas spotykają, podkreśla, jak ważne jest powolne smakowania życia. W ciągu 28 dni specjalnego programu, Denise Linn pokazuje, jak pracować z czterema podstawowymi żywiołami, aby wspierać się także niezwykłą mocą natury.

Kiedy zadajemy pytania swojej duszy, unikamy jednej z największych pułapek umysłowych decyzji – kierowania się w życiu zachciankami. Człowiek, skąpany po uszy w emocjach, nierzadko motywowany niskim poczuciem wartości, dokonuje mnóstwo niekorzystnych dla siebie wyborów. Głównie po to, aby dowartościować samego siebie. Natomiast kiedy zadajemy pytanie swojemu sercu, dostajemy informację o tym, co jest prawdziwą modlitwą duszy. Realizujemy wówczas swój prawdziwy program. Decyzje oparte na takich odpowiedziach prowadzą nas do szczęścia i samospełnienia.

Bogusława M. Andrzejewska

Zaufanie

Kiedy jesteśmy w harmonii serca, pozostajemy w równowadze z całym Wszechświatem. To oznacza dobre i szczęśliwe życie, opierające się na samospełnieniu poprzez realizację naszej indywidualnej pieśni duszy. Harmonię tę odnajdujemy, słuchając uważnie swojego wnętrza, w którym znajdują się najdoskonalsze drogowskazy. To jest w istocie bardzo proste. Jedyny warunek, jaki trzeba spełnić, to zaufać samemu sobie.

Czasem wydaje mi się, że właśnie brak zaufania do siebie blokuje nas na czerpanie mądrości ze swojej duszy. O wiele łatwiej jest szukać autorytetów na zewnątrz. Tym bardziej, że mnóstwo ludzi wokół nas sprzedaje nam swoje własne programy i marzenia. Zazwyczaj ludzie tacy mają w sobie aż tyle arogancji, że twierdzą, iż wiedzą doskonale, co jest dla nas najlepsze. Najczęściej to nasi rodzice, wujkowie albo osoby, którym nie udało sie czegoś zrealizować. Bardzo łatwo rozpoznać, czy to, co nam doradzają jest rzeczywiście dobre dla nas. Wystarczy położyć dłoń na sercu, przymknąć oczy i pozwolić sobie poczuć tę ścieżkę, którą ktoś nam rekomenduje. A potem trzeba zaufać tym uczuciom. Jeśli są pełne ciepła, radości i poczucia zadowolenia, to możemy śmiało za takim marzeniem podążać. Jeśli czujemy, chłód, lęk i niechęć, to lepiej trzymać sie od takich doradców z daleka.

Rzecz jasna to duże uproszczenie. Warto włożyć więcej starania i rozpoznać, co jest naszym celem w życiu. Jednak problem nie polega na tym, że za mało sie zastanawiamy, a raczej na tym, że bezkrytycznie przyjmujemy argumenty, płynące z rozumu. Na przykład sugestie: “zostań prawnikiem, to dobre pieniądze” albo “studiuj medycynę, to daje prestiż i kasę”. To rzecz jasna piękne zawody i bardzo potrzebne, ale jak w każdym przypadku, tak i tutaj – jeśli chcemy być szczęśliwi, powinniśmy zajmować się tym, co naprawdę sprawia nam radość.

Doskonale rozumiem, że żyjemy w czasach, w których priorytetem są zawsze i wszędzie pieniądze. Niemniej nie warto pracować tylko dla pieniędzy. Znam mnóstwo osób, które są bardzo zamożne, a jednocześnie ogromnie smutne i nieszczęśliwe. Oczywiście “kufereczek stóweczek” zawsze jest mile widziany i o pieniądzach myśleć należy z miłością. Jednak o pracy też należy myśleć z miłością. A to oznacza, aby wybierać sobie takie zajęcia, które budzą w nas miłość bezwarunkową – bez względu na to, czy są to prestiżowe zawody i pozwalają dużo zarobić, czy też nie.

Jeśli już jako dziecko przyklejamy misiom plasterki i dajemy lalkom zastrzyki – to niewykluczone, że właśnie bycie lekarzem jest pieśnią naszej duszy. I nie jest ważne, kim jest wujek i co doradza ojciec – istotne, aby podążać za swoimi marzeniami. Ale warto najpierw sprawdzić, dokąd nasze marzenia prowadzą i czy są rzeczywiście prawdziwie naszą ścieżką. Sztuka polega na tym, aby szukać dla siebie takich dróg, które dają nam szczęście i spełnienie. Podpowiedź drzemie w naszym sercu. Czasem wystarczy wyobrazić sobie przez chwilę, że mamy mnóstwo czasu i mnóstwo pieniędzy, a potem zapytać siebie, co chcielibyśmy robić. To właśnie zaufanie do siebie.

Oczywiście są też psychologowie, trenerzy, motywatorzy – ludzie na tyle doświadczeni, że umieją pokazać nam nasze własne unikalne talenty i zaproponować nam sensowną realizację swojej życiowej drogi. Jest wielu mądrych ludzi, dlatego warto mieć oczy szeroko otwarte na świat i słuchać, co inni mają do powiedzenia. Czasem nie uświadamiamy sobie własnych zdolności i nie mamy pojęcia, po co zeszliśmy na Ziemię. Może być trudno odkryć własną wyjątkowa misję, szczególnie wtedy, kiedy większość planet układa się w niesprzyjających aspektach do naszego karmicznego programu. Właśnie wtedy warto posłuchać o tym, co możemy osiągnąć, a następnie zwrócić się do swojego wnętrza po potwierdzenie i zapytać, na ile możemy siebie w tym odnaleźć.

Czasem na przeszkodzie w odnalezieniu zaufania do samego siebie staje niskie poczucie własnej wartości. Bywa głęboko ukryte. Nie zawsze uświadamiamy sobie, jak niska jest nasza samoocena. A może być silną barierą na drodze do szczęścia. Myślenie o sobie, jak o kimś niegodnym czy niemądrym, wcale nie pomaga w przyciąganiu szczęścia do swojego życia. Przecież trzeba mieć mocne przekonanie, że zasługujemy na to, czego pragniemy. Podobnie, aby sobie zaufać i słuchać samego siebie, trzeba być dla siebie wiarygodnym. W pewien sposób warto poczuć się autorytetem.

Jest to też kawałek duchowości. Jeśli zrozumiemy, Kim w Istocie Jesteśmy, to poczujemy się integralną częścią Wszechświata. Poczujemy też pełną harmonię ze wszystkim, co jest. Zrozumiemy, że wszystko, co się wydarza jest harmonijne, że dobro i zło nie istnieje, to tylko pozorny dualizm. Zrozumienie takie pociąga za sobą głęboka ufność i poczucie bezpieczeństwa. Nie zadajemy wtedy żadnych pytań, tylko otwieramy swoje serce jak wielką księgę i płyniemy, niesieni mądrością, akceptacją i bezwarunkową miłością.

Bogusława M. Andrzejewska