Stereotypy

Stale przychodzą mi do głowy nowe pomysły. Prawdę mówiąc wena rzadko mnie opuszcza, więc ciągle piszę coś nowego, obejmując nowe tematy i zagadnienia. Staram się pokazywać problem z każdej strony, dając Czytelnikowi przestrzeń do samodzielnych przemyśleń. I właśnie dzisiaj ponownie uświadomiłam sobie, że nic nie jest jednoznaczne i nikt nie ma monopolu na słuszność. Nie ma nawet jednej prawdy, ponieważ w obszarze psychologii wszystko jest względne. Każdy z nas może odczuwać inne emocje w związku z tą samą sytuacją, a przecież one nie są złudzeniem.

Kiedy poruszamy się w obrębie ludzkich odczuć i przekonań, wszystko jest prawdą. Nawet wtedy, kiedy każdy ma inne zdanie. Ot, choćby popularny temat zdrady małżeńskiej. Stereotyp głosi jednoznacznie: wiarołomca zły i precz z nim. Nawet beletrystyka powiela nudne schematy, nie dając ludziom innego wyboru. I tutaj wychodzę poza stereotypy i piszę obyczajowe powieści o tym, czego ludzie nie widzą. O odmiennych od standardu decyzjach, które prowadzą do szczęścia i spełnienia. O odwadze wybrania tego, co społecznie określone jako głupie i naiwne. O indywidualności i działaniu zgodnie z sercem, a nie zgodnie ze społecznym nakazem.

Albowiem w istocie nic nie jest złe ani dobre. Czy ktoś, kto oszukuje partnerkę i chociaż uczucia dawno w nim wygasły tkwi przy niej dla świętego spokoju jest lepszy od kogoś, kto odchodzi, bo gdzie indziej znalazł miłość? A jeśli ktoś w tajemnicy zdradza, to może wcale nie z lęku? Może nie jest tchórzem i kłamcą jak chcą wszyscy dookoła? Może nie umie zranić i szuka sposobu, by samemu być szczęśliwym, ale nie zadawać niepotrzebnego bólu. Nie każdy bowiem wychodzi z założenia, że najgorsza prawda jest lepsza od słodkiego kłamstwa. Niektórzy wiele by oddali, by nigdy nie poznać prawdy.

Nie wierzę w stereotypy. Uważam, że wymyślili je moraliści, aby mieć kontrolę nad innymi i móc osądzać człowieka. A to jak wiemy jest iluzorycznym lekarstwem na kompleksy. („Może i jestem wredny i głupi, ale nie zdradzam żony, jestem więc dużo wyżej na piedestale, niż ci wszyscy inteligentni pięknisie”). Nie należy dzielić ludzi na złych i dobrych. W swojej psychologicznej praktyce spotykam argumenty o jakich nie śniło się filozofom. Ludzie wierzą w to, co czują i szukają najlepszych dla siebie rozwiązań. Mają do tego prawo. A społeczeństwo ocenia według własnych kryteriów.

Moja praktyka pokazuje, że małżeństwa, które umiały przejść zwycięsko przez zdradę, tworzą potem najpiękniejsze związki. Tak jakby doświadczenie tego koszmaru pozwoliło ludziom zrozumieć, ile troski i miłości wymaga intymna relacja i że nic nie przychodzi samo z siebie, wszystko wymaga starań. To też potrzeba zmiany wewnętrznych wzorców i rozwinięcie prosperującej świadomości. A to procentuje szczęściem, do którego nie będą mieć dostępu ci, którzy nie przeszli przez ogień. To tak działa, chociaż oczywiście każdy związek jest inny i inaczej działa w nim swoista dynamika. Trudno mierzyć wszystkich jedna miarką.

Znam co najmniej kilka takich przypadków, które zachwycają mnie dojrzałością i pięknie realizowaną mocą mądrości, dzięki temu, że partnerzy wspólnie przeszli przez piekło. Miłość u tych ludzi jest zabarwiona jakościami, których trudno szukać u innych pozornie zgodnych par. Zatem ktoś, kto dopuścił się zdrady, nie jest wcale złym człowiekiem i  potrafi pięknie kochać. Obserwuję też, że ci, którzy najgłośniej krzyczeli: „rozwiedź się, to drań, drań!” już dawno rozbili w pył swoje własne związki i bezskutecznie szukają miłości. Ktoś, kto nie umie wybaczać i dać kolejnej szansy, nigdy nie będzie szczęśliwy, bo nigdy sam takiej szansy nie dostanie. Świat to lustro – nie odbije tego, co nie istnieje.

Inny przykład stereotypu: ucz się, ucz, to potęgi klucz. Być może kiedyś to działało, dzisiaj wykształcenie nie daje ani szacunku ani nawet ekonomicznego zabezpieczenia. Poza wyjątkami – takimi jak np. lekarze czy informatycy – ludzie, którzy ukończyli studia wcale nie mają łatwego życia. Obserwuję też osoby, które nie mają nawet matury, a świetnie sobie radzą – prowadzą dochodowy biznes, kochają, zakładają rodziny i są po prostu szczęśliwe.  Nic nowego pod słońcem. Od lat powtarzam, że to poczucie wartości i wiara w siebie oraz pasja prowadzą nas do spełnienia i sukcesu. A w społeczeństwie schemat wykształcenia niech sobie tkwi.

Nie mam nic przeciwko nauce i nie próbuję jej zdyskredytować. Uważam tylko, że jesteśmy bardzo różni i mamy rozmaite talenty. Jeśli ktoś ma pasję ogrodniczą, to oczywiście może ukończyć odpowiednie szkoły i kursy, ale i tak najwięcej skorzysta dzięki praktyce uprawiania roślin. Jeśli ktoś z zamiłowaniem aranżuje i wykańcza łazienki, to niekoniecznie musi mieć studia inżynierskie. Warto docenić swój profesjonalizm nawet wtedy, kiedy nie mamy ścian zawieszonych dyplomami.

Do tego zresztą zmierzam w tym artykule – do wiary  w siebie. Do tego, by nie popadać w stereotypy, by im nie wierzyć i więcej: by im nie zawierzać swojej wartości. Często popełnianym błędem jest poddawanie się cudzym poglądom, tym powszechnie znanym. Powtarzane przy piwie nagle stają się wyznacznikiem naszego życia. Aby poczuć się spełnionym, próbujemy dosięgnąć jakiegoś dziwnego celu, który nijak ma się do nas i naszych zdolności. Każdy z nas jest indywidualnością, warto o tym pamiętać.

Jest takie żartobliwe powiedzonko, że prawdziwy mężczyzna powinien spłodzić syna, zbudować dom i posadzić drzewo. Niektórzy nawet w to wierzą. Tymczasem biologia już dawno udowodniła, że silni i bardzo męscy mężczyźni płodzą córki. To kwestia oczywiście plemników. Te z żeńskim chromosomem są silne i wytrwałe, u zdrowych i męskich mężczyzn jest ich więcej. Uświadomił mnie w tym pewien mądry profesor, ginekolog, ojciec dwóch pięknych córek. Z radością kupiłam to przekonanie i jest mi z nim dobrze. To tylko program. A ten mi akurat odpowiada. Warto wybierać takie przekonania, które nam służą.

A co by było, gdybym ogłosiła, że każda prawdziwa kobieta powinna doświadczyć wielokrotnego orgazmu, co najmniej raz się rozwieść i namalować obraz? Absurdalne, prawda? A przecież gdybym to odpowiednio często powtarzała i publikowała stale w sieci, to ktoś by się zatrzymał i zapytał siebie: „a może to prawda? A czemu ja nie spróbuję?”. O ile wielokrotny orgazm jest cudnym doznaniem, wartym spróbowania, o tyle rozwód już nie. Ale tak powstają stereotypy. Dzisiaj dzięki globalizacji nawet szybciej niż kiedyś. A my łykamy je jak bocian żaby. Nie warto.

Warto natomiast każdego dnia zadać sobie takie pytania: co mnie uszczęśliwia? Co mogę fajnego zrobić dzisiaj dla siebie? A co dobrego mogę dać innym? Jak sprawić, żeby to był cudny dzień? Co wybrałaby dzisiaj miłość? Za co jestem wdzięczna? Co kocham? Co podziwiam w sobie? Za co kocham swojego męża? Co mnie zachwyca? Odpowiedzi na te pytania budują prosperującą świadomość i sprawiają, że nasze życie staje się wyjątkowe.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Przebudzenie 5

Internet jest pełen doradców i specjalistów od rozwoju, którzy próbują innych uczyć duchowości. Niektórzy być może wiedzą, o czym piszą. Niektórzy nie. Nawet sama definicja przebudzenia jest trudna, bo czy to już oświecenie, czy tylko pierwsza przymiarka? Logicznie rzecz biorąc przebudzenie to otwarcie oczu i uświadomienie sobie, że rzeczywistość, którą wciąż czujemy pod powiekami, była tylko snem. A zatem w duchowym rozwoju to uświadomienie sobie, że wszystko jest iluzją, a prawdziwe Ja jest boskie i nieśmiertelne. Prawdziwe przebudzenie to wyjście poza dualizm i spokojna obserwacja tego, co nas otacza.

Jeśli za punkt wyjścia przyjąć teorię, to mamy wokół siebie setki przebudzonych. Ludzie czytają, uczęszczają na kursy, medytują i rozumieją jaki jest sens naszego istnienia. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę praktykę, to trudno znaleźć istotę, która tę jakość urzeczywistniła. Nie jest problemem wyrobić sobie nawyk pozytywnego myślenia, wybaczyć ludziom i zacząć akceptować skomplikowane wydarzenia jako konieczne nam do rozwoju lekcje. Nie jest też problemem wyciszyć umysł i zacząć doświadczać odmiennych stanów świadomości. Trudność pojawia się wtedy, kiedy trzeba uwolnić wszystkie emocje i z prawdziwym spokojem przyjmować ludzkie zachowania pełne złości i zazdrości. Rzecz nie polega przecież na tłumieniu tych emocji, lecz mówiąc dość obrazowo  na dostrzeganiu w drugim człowieku boskiej istoty. I na prawdziwym odczuwaniu, że wszystko jest w harmonii. Bo oczywiście można udawać, ale czy zawsze czujemy, że tak jest?

Czytałam niedawno artykuł pewnej pani, która próbowała opisać, jak zachowuje się przebudzony człowiek. Pięknie pokazała pozytywne myślenie, wybaczanie, wewnętrzny spokój i akceptację takich zjawisk jak np. śmierć. Podkreśliła jednak też, że przebudzona osoba nie je mięsa, nie ogląda telewizji, nie przejmuje się politykami. I tu już zobaczyłam, jak opisuje samą siebie, nie rozumiejąc zupełnie o co chodzi. Szczególnie kiedy zaprzeczyła temu, co napisała wcześniej, podkreślając nie tolerowanie kłamstwa. Zonk! Jak można ignorować zachowania polityków i oburzać się na kłamstwo  jedno drugi wyklucza.

Przebudzenie jest przede wszystkim akceptacją tego, co jest i dostrzeganiem świata jako niedualnego. Dla przebudzonej istoty nie istnieje pojęcie kłamstwa ani prawdy  wszystko jest tym samym. Jest zjawiskiem poza oceną. Nie ma znaczenia jedzenie lub niejedzenie mięsa, czy oglądanie telewizji. To opis wymyślony z poziomu osoby nie przebudzonej  tak ona sobie wyobraża ten stan. Chciałaby go wstawić w swojego ramki wyrastające mocno z ego i niemal biblijnych zasad, które dzielą życie na zło i dobro.

No właśnie. Ludzie próbują nazywać coś, czego nie czują i o czym nie mają pojęcia. Osoba przebudzona to dla nich ładna, wyciszona laleczka, która nie okazuje emocji i ze szklanym uśmiechem łyka jak żabę wszystko, co się wydarza. A potem dokładają do tego opisu moralne zasady rodem z biblii: nie kłamie, nie kopie, nie kradnie. A to tak nie działa. Przebudzenie pozwala nam uzyskać wgląd i działać zgodnie z tym wglądem. Jak pisałam wcześniej spędziłam trochę czasu przy osobie oświeconej. Rozpoznawał nasze myśli, porozumiewał się telepatycznie, czarował, ale potrafił też rzucić w drugiego człowieka kamyczkiem, aby go przywołać do rzeczywistości i krzyczeć na kogoś, jeśli taka była potrzeba. Wiem też, że okazywał rozmaite emocje, jadł chyba też czasem mięso i oglądał telewizję. Nie zatem od diety zależy oświecenie i nie od zaniechania oglądania telewizji.

Przebudzenie to miłość bezwarunkowa do wszystkich czujących istot. To bycie boską istotą i zarazem jednością ze Wszystkim Co Jest. To poczucie, że jesteśmy jednym z każdym mordercą, kłamcą, złodziejem i z każdym uzdrowicielem, zbawcą, bohaterem. To patrzenie z zachwytem na wszystko i wielka cisza, która kołysze nas w środku, zamieniając się w błogość z każdym głębszym oddechem. To pulsujące poczucie rozkoszy, które nas łączy z falowaniem wszechświata i którego wręcz nie umiem opisać. Jedno jest pewne: przebudzenie to stan poza oceną. Z poziomu przebudzenia nic nie jest złe ani dobre. Jeśli ktoś Wam powie, że człowiek przebudzony wybiera tylko grzeczne i przyzwoite zachowania  nie wierzcie. Kiedy się przebudzicie, nic nie będzie grzeczne ani niegrzeczne. Wszystko będzie tym samym przejawianiem miłości na różne sposoby.

Bogusława M. Andrzejewska

Sens życia

W fascynującym wielobarwnym życiu dominuje doświadczanie, jako najważniejszy powód naszego istnienia. Są tacy nauczyciele duchowi, którzy w ogóle podważają sens naszego rozwoju zakładając, że jedyne po co zeszliśmy na Ziemię to właśnie przeżywanie i poznawanie. Z tego punktu widzenia cokolwiek się dzieje jest dobre i godne uwagi. Nawet to, co postrzegamy jako zło czy cierpienie dla nas, dla duszy jest radością nowego doświadczenia. Ta hipoteza ma jedną dobrą stronę: nie musimy się wysilać, wystarczy być i już spełniamy wymogi istnienia.

Ja jednak jestem zdania, że Ziemia jest dla duszy poligonem rozwoju i w moim postrzeganiu świata wzrastanie, rozpoznawanie w sobie mocy dobra i nauka bezwarunkowej miłości są najważniejszym celem życia. Jesteśmy tutaj po to, aby uczyć się kochania pomimo wszystkiego, czego doświadczamy. Czasem nawet niejako na przekór trudnym wydarzeniom.

Moja hipoteza sensu życia może stać się logicznym wyjaśnieniem tego wszystkiego, co w naszym dualnym pojmowaniu świata jawi się koszmarem. Te wszystkie wojny, kataklizmy, nieuleczalne choroby i inne nieszczęścia nie są przecież przypadkiem ani jakąś karą dla nas. Są odzwierciedleniem jakiejś cząstki, którą w sobie nosimy jako istoty wielowątkowe. Nawet jeśli świadomie pragniemy wyłącznie dobra, to na głębszym poziomie mamy w sobie lęk albo potrzebę odwetu, albo żal czy gniew, którego nie jesteśmy gotowi uwolnić.

To ludzie wywołują wojny, okradają siebie nawzajem, niszczą planetę i kłócą się ze sobą. To ludzie kształtują swoje ciało zabarwiając je chorobą, co wyraźnie pokazuje psychosomatyka. I najprostsze, co przychodzi na myśl w takim kontekście, to mozolne uczenie się zasad życia tak, aby przestać niszczyć Ziemię, zabijać czy krzywdzić innych, ranić samych siebie chorobami. Wiedzę zdobywamy najdosłowniej poprzez doświadczenie. Cierpiąc, zadajemy sobie pytanie: co robić, aby to uzdrowić? Odpowiedzią zawsze jest miłość i dobroć. Tego właśnie się tutaj uczymy: wyjścia poza negatywne emocje, chęć zemsty czy udowodnienia innym swojej siły.

Temu też służy cała ta „ciemna strona”, która budzi w ludziach tyle wątpliwości. Czasem zadajemy w stronę Nieba rozpaczliwe pytanie: „skąd tyle zła? Dlaczego i po co ono?” Każdy z nas, kiedy wsłucha się w siebie wie, że Najwyższe Źródło jest bezmiernym oceanem miłości bezwarunkowej. Skąd zatem tyle cierpienia? Kto nas tak karze i za co? Powstały nawet wyznania, które próbują nas przekonać, że Ziemia jest planetą, która nie podlega Bogu-Stwórcy, lecz została oddana ciemnym siłom. Inne hipotezy głoszą, że jesteśmy hodowlą „złych” istot, które nas wykorzystują. A że energetyka naszej planety jest specyficzna, to takie teorie wydają się niektórym bardzo prawdopodobne.

Tymczasem najrozsądniejsze może być wyjaśnienie najprostsze, czyli zauważenie, że nasz świat to właśnie poligon treningowy, gdzie uczymy się kochać i być dobrymi, pomimo całego zła, jakie tylko można wymyślić. I w tym ćwiczeniu biorą udział te dusze, które się kształcą, rozwijając w sobie dobro i te, które przyjęły na siebie trudną rolę „katów”. Bo przecież w raju niczego nauczyć się nie można. Leżąc na pachnącej trawie wśród kwiatów i rozmaitego bogactwa, w pełnym bezpieczeństwie – cóż można poza rozkoszowaniem się istnieniem? Dopiero w trudnych warunkach uczymy się szlifowania swoich umiejętności.

Wcale nie ukrywam, że chętnie poleżałabym w raju na trawce. Oczywiście. Ale moja dusza wybrała sobie całą masę skomplikowanych wyzwań, które raz po raz rzucają mnie twarzą o ziemię i to wcale nie na miękką trawę. Nie mam innej opcji, muszę podążać za wyborem swojej duszy i zaakceptować wszystkie lekcje, które mi stawia na drodze. Jednak sens życia nie polega wyłącznie na pogodzeniu z losem, lecz na odnajdowaniu wszędzie dobrej energii. To nie poddanie trudnym doświadczeniom zapewnia nam punkty w treningu, lecz radość życia, zachwyt, odczuwanie miłości i wdzięczności czy nawet wybaczenie katowi, który ma jeszcze dłonie mokre od naszej krwi.

W tym wybaczeniu bardzo pomaga świadomość harmonii wszechświata i dostrzeganie logiki wydarzeń. Kiedy widzimy i rozumiemy swoją lekcję, to nie możemy mieć żalu do nauczyciela. Możemy jedynie odczuwać wdzięczność do niego za to, co nam pokazał. I w gruncie rzeczy potrzeba wybaczania znika całkiem. Bo po co wybaczać komuś, do kogo czujemy jedynie wdzięczność?

Wiem, że moje słowa dalekie są od praktycznego przeżywania emocji. Łatwo się pisze o wybaczaniu i nauczaniu, o wiele trudniej doświadczać tego wszystkiego i przy tych uczuciach odkrywać w sobie dobro. To czasem niezwykle trudne doznania, które owocują dużą ilością silnych negatywnych emocji. Mam jednak w sobie ogromną pewność, że właśnie o to chodzi w tej fascynującej grze, aby umieć wyjść poza to, co się czuje i świadomie wejść na boski poziom istnienia. Czyli właśnie w chwili największego żalu i gniewu pokłonić się z wdzięcznością duszy „kata” i pobłogosławić go bezwarunkową miłością.

Bez względu na to, w co wierzymy, każdy zgodzi się ze mną, że to bardzo trudne zadanie – spontanicznie wychodzić poza negatywne emocje i złe oceny innych ludzi i sytuacji. Bo sytuacje też nas drażnią – śnieg w środku wiosny, kiedy złaknieni jesteśmy ciepła, spóźniający się pociąg, kiedy jesteśmy zmęczeni, brak prądu, kiedy mamy mnóstwo pracy… Wszystko wokół nas toczy się swoim rytmem, nie zawsze zgodnym z naszymi oczekiwaniami. I rzadko kiedy udaje nam się zachować spokój i pozostać z rozsądnym pytaniem: czego mnie to uczy? Co mi pokazuje? Najczęściej poddajemy się uczuciom i szarpiemy sami ze sobą w gniewie, żalu lub rozpaczy. Tworzymy w sobie opór i nie pozwalamy płynąć energii. Tymczasem właśnie wiara w harmonię wszechświata jest tym, co powinno nam zawsze towarzyszyć.

Bogusława M. Andrzejewska

  

Dualizm

Z duchowego punktu widzenia wszystko jest niedualne, pozostaje w harmonii z Wszechświatem. Nawet to, co wydaje nam się złe, brzydkie czy nieetyczne. Wszystko jest po coś, wszystko ma swój sens. Najprostszy to ten, który podkreśla, że potrzebujemy dotknąć cienia i zimna, aby docenić światło i ciepło. Ale znaczenie wydarzeń jest o wiele głębsze niż nam się wydaje. Zapewne potrzebujemy nieco zaufania, aby umieć na świat spojrzeć z duchowego poziomu nawet wtedy, kiedy czegoś nie rozumiemy.

Warto nauczyć się akceptacji wszystkiego, co obserwujemy w naszej rzeczywistości. Akceptacja jest głębokim przyzwoleniem, wynikającym z duchowej mądrości.  Dzięki niej zaczynamy prawdziwie pozytywnie myśleć. Bez akceptacji nasze postrzeganie świata jest skrzywione. Zazwyczaj przenikają je emocje i oceniamy, krytykujemy… Każda krytyka, każde narzekanie – to negatywne myślenie.

Bywa i tak, że nasze postrzeganie świata jest tylko pozornie miłe i ładne. Znając zasady prosperity staramy się oceniać wszystko jak najlepiej i głośno wypowiadamy dobre słowa. Tymczasem w głębi duszy wszystko się w nas skręca i wcale nie podoba nam się to, o czym mówimy tyle dobrych rzeczy. Ta hipokryzja obraca się przeciwko nam, ponieważ Prawo Przyciągania nie działa w oparciu o wyważone słowa – jak zdaje się niektórym – lecz w oparciu o nasze prawdziwe przekonania. Jeśli czegoś nie lubimy i zabarwiamy to emocjami, wówczas uruchamiamy fale przyciągania tego, do swojego życia.

Samo ocenianie niczemu nie służy. Myślenie, że należy umieć odróżniać dobro od zła jest w moim odczuciu błędem. Jedyny podział, jaki sama chciałabym stosować to tylko ten – co służy miłości, a co jej nie służy. Tymczasem w nieskończoność segregujemy ludzi i rzeczy na dobre i niedobre. A przecież złodziej, wredna koleżanka czy okropna teściowa to takie same dusze, jak nasza. Pojawiają się w tym życiu, aby nas czegoś nauczyć, coś nam pokazać. Czy można ich oceniać, jako złych ludzi?

Czasami ograniczamy się do oceniania tylko wydarzeń, próbując wzbudzić w sobie współczucie dla kogoś, kto postąpił nieładnie. Mówimy wtedy: „biedny człowiek, nie rozumie”. A przecież wydarzenia są optymalnie rzecz biorąc – po prostu harmonijne. Mogą nam się podobać lub nie, mogą wywoływać w nas emocje lub nie, ale zawsze są właściwe i najlepsze na dany moment.

Jest taka piękna historyjka o starym, mądrym człowieku, która cudownie pokazuje nie dualność Wszechświata. Nic nie jest ani złe, ani dobre…

 

Pewien stary człowiek o imieniu Jan miał stado pięknych koni, które wypasał na łące pod lasem. Któregoś dnia jeden z koni uciekł i pomimo poszukiwań, nie udało się go odzyskać. Ludzie przychodzili do starca i współczuli mu: „oj jak to niedobrze, jaka to strata…”

Tymczasem Jan pykał dymem z fajeczki i filozoficznie odpowiadał:

– Może to niedobrze, a może dobrze.

Kilka dni potem zaginiony koń powrócił do domu, przyprowadzając ze sobą piękną dziką klacz. Mieszkańcy wioski przychodzili tłumnie obejrzeć nowego konia i powtarzali: „oj jakie to szczęście, jak to dobrze”.

Tymczasem Jan pykał dymem z fajeczki i filozoficznie odpowiadał:

– Może to dobrze, a może niedobrze.

Następnego dnia syn Jana próbując ujeździć nową klacz, spadł tak niefortunnie, że złamał sobie nogę. Sąsiedzi przychodzili, życzliwie współczując: „Oj jaki kłopot, jak to niedobrze”.

Tymczasem Jan pykał dymem z fajeczki i filozoficznie odpowiadał:

– Może to niedobrze, a może dobrze.

Tydzień później do wsi przybyło wojsko po nowych rekrutów. Zabrali wszystkich zdrowych młodych mężczyzn. Syn Jana został, ponieważ leżał z unieruchomioną złamaną nogą. Sąsiedzi z zazdrością powtarzali: „ten to ma szczęście, temu to dobrze”.

Tymczasem Jan pykał dymem z fajeczki i filozoficznie odpowiadał:

– Może to dobrze, a może niedobrze.

 

Opowieść można ciągnąć w nieskończoność, dopisując nowe wydarzenia, z których każde jest dowodem na to, że mylimy się, ilekroć próbujemy coś ocenić jako dobre lub nie. W naszym życiu także mnożą się przykłady sytuacji, które wcale nie są jednoznaczne. Pomagamy komuś, podajemy rękę, po czym ta osoba nas okrada. Oddajemy krew, by uratować komuś życie, a ten człowiek dwa tygodnie później ginie w wypadku samochodowym. Czy zatem to, co robimy, jest dobre czy nie?

Nie podam odpowiedzi na takie pytanie, ponieważ właśnie po tę odpowiedź zeszliśmy tutaj na Ziemię i każdy musi sam jej poszukać, sam wybrać, sam zdecydować. Powtórzę tylko to, co pisałam już wiele razy – należy kierować się sercem i czynić to, co czujemy, że jest właściwym wyborem, zgodnym z miłością bezwarunkową. Niektórzy nauczyciele mówią wprost: „zadaj sobie pytanie, co zrobiłaby Miłość na twoim miejscu”. Dołóżmy do tego tworzenie równowagi w dawaniu i braniu, rezygnację z poświęcania się dla innych i szczyptę mądrości. A nade wszystko pamiętajmy, aby nikogo nie krzywdzić.

Bogusława M. Andrzejewska