Slow

To jest to, co kocham najbardziej. Działanie powolne, spokojne, ze starannym smakowaniem życia. Zmysłowe do granic rozkoszy. Życie, w którym nie przeoczę zapachu kawy parzonej przez córkę ani lekkiej mgiełki aromatu nowej kwiatowej świecy. Życie, w którym delektuję się smakiem świeżej bułki i mrużę oczy, kiedy jem maliny. Życie przynoszące dźwięki dobrej muzyki i śpiew ptaków za oknem nad ranem. Zauważę i docenię promienie słońca przenikające przez liście drzew i odbijające się w szybach zaparkowanych przed domem samochodów. Podniosę brwi w zachwycie, kiedy przypomnę sobie, że tak właśnie wygląda środek lata nad jeziorem, kiedy słoneczny blask kąpie się w wodzie.

Piękno codzienności. Kto je zauważa, zagoniony pomiędzy kolejnymi sprawami do załatwienia? Tysiące rzeczy, urzędy, sklepy, szkoła, przychodnia… Biegniemy, bo musimy, bo potrzebujemy. W popłochu spoglądamy na zegarek. Kiedy wreszcie znajdziemy czas, by przysiąść nad kawą, jedyne co zaprząta naszą uwagę to ulga w zmęczonych stopach i kojące ciepło na podniebieniu. Małe radości też są ważne. Ale jeszcze ważniejsze jest to, by nie umykała nam reszta cudownego życia.

Wiele lat temu, kiedy pracowałam w pewnej firmie, przechodziłam jak każdy pracownik psychologiczne badania. Zdałam wszystkie poza jednym – działaniem na czas. Pani psycholog poleciła mi zbierać szczypczykami malutkie kuleczki i wrzucać do specjalnego otworka. Zauważyłam, że włączyła stoper, ale przekornie bawiłam się, zgarniając kuleczki powolnymi leniwymi ruchami.

– Czy pani widziała, że mierzę czas? – zapytała mnie zaskoczona.

– Oczywiście. Ale nie lubię się spieszyć. – odpowiedziałam.

Mina pani była oczywiście bezcenna, ale przecież nie robiłam jej na złość. Chciałam być uczciwa wobec samej siebie, czyli postępować zgodnie z tym, co uważam za słuszne. Nigdy nie lubiłam pośpiechu. Jest dla mnie kwintesencją braku harmonii. Kiedy się spieszę, wszystko leci mi z rąk, mówię głupoty, denerwuję się z byle powodu i serce zaczyna mi wpadać w arytmię. Uważałam od lat, że pośpiech jest zły. I jak zwykle doczekałam się naukowego potwierdzenia, że tak właśnie jest. A nawet czegoś więcej: informacji, że pośpiech szkodzi zdrowiu. Cóż… stara dusza zawsze wie, co jest harmonijne, bo po prostu czuje energię rzeczy, działań i zjawisk.

Życie „slow” jest czymś takim jak duńskie hygge i szwedzkie lagom, czyli życie zmysłowe, wygodne, sprawiające przyjemność. Zanim jeszcze ktoś ukuł takie określenie, ja już tak właśnie sobie żyłam, ciesząc się każdą chwilą. Nie ma nic złego w dążeniu do przyjemności, choćby dlatego, że to przyjemność nas inspiruje, warto o tym wiedzieć. Czasem lęk lub ból też jest motywacją, ale to słabsza opcja niż pragnienie piękna, lekkości, zachwytu. Kiedy siadam przed płótnem, by namalować obraz, to inspirują mnie dwie rzeczy: pierwsza to oczekiwana przyjemność dotyku i zapachu farb, a drugą jest cudne uczucie podziwiania efektu końcowego. Uwielbiam zatem to moje „slow” we wszystkich obszarach życia.

Zresztą nie chcę się spieszyć, jak pisałam wcześniej. Od wielu lat nie jest to dla mnie problemem, ponieważ sama ustalam sobie plan dnia, włączając w to czas wolny na wszystko, co kocham. A na umówione spotkania przygotowuję się na tyle wcześnie, aby być gotową przed czasem. Moi znajomi wiedzą, że nie zwykłam się spóźniać i zazwyczaj czekam kilka minut przed umówioną godziną. W moim slow jest miejsce na to, by spokojnie się przygotować. Co ciekawe, jako nastolatka byłam bardzo spóźnialska. Zmieniłam wzorzec właśnie dlatego, że zaczęłam doceniać powolne smakowanie życia, bez nerwowości. Można tak wszystko poukładać, by nigdy się nie spieszyć. Poza ewentualną sytuacją awaryjną, ale dziś nie o tym.

Niektórym wydaje się, że „slow” to lenistwo, ponieważ ktoś, kto jest powolny robi przecież mniej niż też, który pracuje szybko. Ale to nieprawda. Wbrew angielskiemu znaczeniu tego słowa styl „slow” nie oznacza, że ruszamy się jak leniwce. Można uprawiać jogging, jeździć na rowerze, spacerować z kijkami i robić tysiące innych rzeczy. Ważne, by umieć w tym wszystkim zatrzymać się na chwilę zachwytu i czerpać przyjemność ze swoich poczynań. Uważam, że jestem niesłychanie twórcza: piszę książki, maluję, fotografuję, prowadzę bloga i cztery fanpejdże, a oprócz tego konsultuję, szkolę i robię horoskopy. O nowych projektach nie wspomnę. Wyśmiałabym radośnie każdego, kto zarzuciłby mi lenistwo. A jednak smakuję w tym wszystkim życie i bardzo tego smakowania pilnuję.

Człowiek „slow” nie jest leniwy. Jest – jak pisałam – zmysłowy i uważnie podąża przez życie, dostrzegając jego piękno. I już sam ten fakt sprawia, że efektywniej rozwija się duchowo. Po pierwsze dlatego, że zeszliśmy tu na Ziemię, by doświadczać jak najwięcej. Wyścig szczurów, codzienna pogoń z listą zakupów w ręce to nie jest to, co rozwija duszę. Może czasem, ale nie w kółko to samo każdego dnia. celem duszy jest między innymi usłyszeć gdzieś w oddali piękną muzykę, poczuć zapach pieczonego ciasta i zauważyć tęczę w kałuży. Tysiąc małych ale urozmaiconych doznań – oto czego pragnie dusza.

Po drugie – jedną z najpiękniejszych ścieżek do oświecenia jest zachwyt. To właśnie on pozwala poczuć szczęście, miłość i odkryć, że jesteśmy Wszystkim Co Jest. Tu i teraz. W jednym momencie, kiedy słodki trel ptaka splata się z zapachem kawy i promieniami słońca prześlizgującymi się przez liście. Zauważanie piękna i pełne odczuwanie go, poprzez przeniesienie ze zmysłów na głębszy poziom, pozwala nam wejść spontanicznie w Pole Serca, w którym dzieje się prawdziwa magia. To tutaj tworzymy swoje szczęście i spełnienie. Właśnie dlatego slow jest tym, co naprawdę dobre.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s