Harmonia wzrastania

Wśród moich znajomych znakomita większość to osoby zainteresowane duchowym rozwojem. Często rozmawiamy o tym, co mamy do odrobienia z lekcji wewnętrznego wzrastania albo dzielimy się ćwiczeniami czy doświadczeniami. Praktyka czyni mistrza, więc im dalej na drodze, tym doświadczenie bogatsze. Z tego bogactwa zrodziło się kilka spostrzeżeń, które być może okażą się ważne dla innych. Jak w moim ulubionym cytacie – warto odsunąć kamienie, aby oczyścić innym drogę.

Pierwsza rzecz, na którą już dawno zwróciłam uwagę, to lekkość i radość, która powinna nam na tej ścieżce towarzyszyć. Moim klientom zawsze podpowiadam, aby z szerokiego wachlarza metod wybierali takie, które najbardziej im się podobają. Nie można na siłę męczyć samego siebie metodami, których zupełnie nie czujemy. Jeśli mam wykonać jakieś ćwiczenie, np. podnoszące samoocenę, to jest ogromnie ważne, aby mi się naprawdę chciało. Pamiętajmy, że podświadomość będzie stawiała na początku opór, ponieważ bardzo nie lubi zmian. Jeśli do tego dołożymy niechęć do jakieś techniki, to trudno będzie taki mur przełamać.

Warto zatem działać odwrotnie: szukać czegoś, czym osłabimy i zniwelujemy opór podświadomości. Tę rolę często spełniają wszelkiego rodzaju zabawy, czyli takie sposoby, które zaciekawiają naszego wewnętrznego sabotażystę. Frapują go na tyle, że opuszcza gardę i zaczyna się z nami bawić. Dobrym przykładem może być tu śpiewanie afirmacji lub układanie ich w formie zabawnych rymowanek. O ile pisanie afirmacji w zeszycie bardzo nudzi i nie potrafi przykuć uwagi, więc roli nie spełnia, o tyle śpiewanie czy powtarzanie wierszyków wciąga podświadomość do twórczego działania.

Zatem korzyść podwójna – zniwelowanie oporu i zwiększenie zaangażowania, co owocuje dość szybkim wprowadzeniem nowego, pozytywnego wzorca. Warto wymyślać różne nowe metody kodowania naszej wewnętrznej matrycy, ponieważ kreatywność jest ważną cechą podświadomości. Angażuje się w tworzenie i tym samym od razu „kupuje” nowe wzorce.

Ale jest jeszcze jeden bardzo oczywisty powód dla wybierania tego, co nam sprawia przyjemność w rozwojowej pracy: zachęta. Nie przesadzę, jeśli powiem, że rozwój wewnętrzny zajmuje nam całe życie. Od pewnego punktu staje się świadomy. Jednak zajęcie to będzie trwałe do ostatniej chwili. Warto zatem świadomie tak je układać, by było czymś miłym, a nie tylko gorzkim lekarstwem. Lekarstwo może być pełne goryczy, kiedy bierzemy je raz, a kiedy trzeba łykać je każdego dnia, nie może nam obrzydzać życia.

Istotną częścią duchowej ścieżki jest zmaganie się z życiowymi trudnościami. Niektóre moje klientki mówią wprost: „mam już dosyć; rozumiem, że to mnie rozwija, ale czy ta nauka nie mogłaby być ciut lżejsza?”. No właśnie. Jeśli do przewlekłej choroby czy innych przykrości dołożymy konieczność codziennego męczącego procesu – całość straci sens. Bo po co tak cierpieć? W imię czego? Czy jest tam gdzieś jakieś „Niebo”, jakieś „Oświecenie”? Czy warto? Choćby dlatego trzeba znaleźć sobie metodę, która nam podniesie energię, rozbawi i sprawi, że poczujemy się lepiej. Jest dużo takich metod – np. Reiki. Ścieżka ogromnie przyjemna. Albo twórcze malowanie. Albo uzdrawiający świadomy taniec. Co kto woli.

Radość i zabawa podnoszą nam energię, a to jest czasem niezbędne do tego, by metody zadziałały. Np. afirmacje – nie przyniosą efektu, jeśli są wypowiadane czy pisane we łzach lub gniewie. Dlatego też dobry nastrój powinien być w pracy nad rozwojem zasadą. I to tak mocno, aby buzia nam się śmiała na myśl o tym, że zaraz będziemy ćwiczyć albo medytować.

A medytacje czy praca z Fioletowym Płomieniem albo z inną energią powinny być integralną częścią naszej pracy nad sobą. Nie wszystko można załatwić z pomocą psychologii. Moje doświadczenie wskazuje, że właściwie to duchowe metody dają lepsze efekty. Pisałam już o tym, że wiele lat temu po powrocie od psychologa, który w zasadzie mi w niczym nie pomógł, wyciągnęłam praktyki buddyjskie i po trzech dniach problem, z którym zmagałam się miesiącami zniknął… Od tamtej pory cenię sobie ogromnie duchowe ścieżki. Ale szanuję też techniki psychologiczne, takie jak praca z wewnętrznym dzieckiem. Wiem też, że wszystko zależy od sytuacji, problemu i samego człowieka. Jesteśmy różni, różnie reagujemy na to samo.

Drugi temat, którego pominąć nie można to konieczna motywacja. Wchodzimy na ścieżkę rozwoju wewnętrznego dobrowolnie i bez presji. Dlatego, że naprawdę chcemy, a nie dlatego, że robi to koleżanka. Robimy to nie ze strachu przed piekłem, bo piekło jeśli jest, to tylko na Ziemi i w naszym umyśle. Robimy to, bo… No właśnie, niech każdy sam oceni, dlaczego i czy warto. To odpowiedź, która przychodzi z serca i tylko wtedy da nam siłę do realizacji kolejnych etapów.

Najczęściej trafiamy na taką ścieżkę, kiedy szukamy sposobu na uzdrowienie kogoś kochanego albo wtedy, kiedy chcemy pomóc sobie w jakimś życiowym problemie. Młodzi ludzie trafiają tu z ciekawości, poszukując adrenaliny i magii. Dla nich najważniejsze są odloty i moce parapsychiczne, więc przypomnę, że to nie jest właściwy powód rozwoju. Czasem takie zjawiska bywają potwierdzeniem wznoszenia energii i wzmacniania potęgi umysłu, ale są efektem ubocznym, nigdy natomiast celem samym w sobie. To często spotykana pułapka, która może ściągnąć nas na ciemną stronę mocy – tam są dopiero odloty! Jednak prawdziwa ścieżka serca daje o wiele większą prawdziwą Moc i silniejsze pozytywne doznania.

Kolejna ważna rzecz to być systematycznym i wytrwałym. Nie zniechęcać się. Stałość w pracy nad sobą jest ważna, ponieważ tylko wtedy osiągniemy kolejne wybrane cele. Medytacja raz w miesiącu nie da tego, co codzienna praktyka. I chociaż to nie są wyścigi, pamiętajmy, że działając systematycznie, szybciej będziemy mieli efekty. Ponadto dorywcze działania mogą przejść całkiem bez echa, ponieważ przekodowanie wzorców wymaga ciągłej pracy przez minimum 28 dni.

Nie można się też zniechęcać. Czasem trzeba zmienić metodę, poszukać innego nauczyciela, kiedy po długim czasie nic się nie zmienia. Każdy z nas wchodzi w ślepe uliczki, ale żadna nie jest do końca pozbawiona sensu, bo każda nas czegoś uczy. Każda jest potrzebna. Nie tracimy czasu, tylko odsuwamy termin osiągnięcia wybranego celu po to, by dotknąć innej lekcji i doświadczyć czegoś równie ważnego. Jesteśmy prowadzeni w rozwoju, warto zaufać, że wszystko na tej drodze jest w harmonii z nami.

Nie warto rezygnować z duchowej ścieżki, bo to wyjątkowa droga, na której nie ma przegranych. Nie ma też lepszych i gorszych. Nie musimy się z nikim porównywać, bo każdy z nas jest we właściwym miejscu i czasie, najlepszym dla siebie i swojego wzrastania. Nie warto oglądać się przez ramię i zazdrościć albo kroku przyspieszać, by kogoś wyprzedzić. Harmonia wzrastania zasadza się na indywidualnym, niepowtarzalnym rytmie dla każdego, kto pracuje nad swoim rozwojem. Dlatego właśnie mamy słuchać siebie i swojego serca. I dlatego właśnie nie wolno nam naśladować innych, ale powinniśmy szukać swojej własnej drogi.

Czasu mamy dość, całe życie. Kiedy więc poczujemy się zmęczeni, możemy zwolnić albo całkiem na kilka dni odpuścić po to, by potem wrócić ze świeżymi siłami. I dalej cierpliwie, ale przede wszystkim z ogromną radością pracować nad sobą, szukając najlepszych dla siebie opcji. Nikt nie przegra. Każdy z nas dążąc do doskonałości jest skazany na sukces. Od naszej woli zależy tylko jak długo pójdziemy i jakie elementy wybierzemy do nauki. Prędzej czy później spotykamy się wszyscy na mecie, gdzie prędkość i kolejność dotarcia nie ma żadnego znaczenia. Jest tylko świadomość, że wszyscy jesteśmy Jednym.

Bogusława M. Andrzejewska

  

Advertisements