Po rozstaniu

Rozstania w związkach uczuciowych dzielą się na takie, których sami chcemy i takie, z którymi trudno nam się pogodzić. Te pierwsze często są łatwiejsze. Decydujemy się pójść różnymi drogami, kiedy wygasną uczucia, kiedy kogoś nowego poznamy albo kiedy partner jest tak toksyczny, że życie z nim staje się piekłem. Jednak bywa i tak, że patologiczna relacja też jest trudna do rozerwania, bo pomimo dostrzegania szkodliwych zachowań męża czy żony my nadal kochamy i odejście sprawia ból. Dlatego też tego typu doświadczenie ewidentnie zaliczyć można do drugiej grupy, czyli do tej, która wymaga szczególnych starań.

Związki tego typu bywają karmiczne. Oznacza to, że jeśli wszystkie znaki na niebie i ziemi sugerują nam odejście, a my z uporem godnym lepszej sprawy kurczowo trzymamy się toksycznego mężczyzny (lub toksycznej kobiety), to najczęściej stoi za tym silna karmiczna lekcja, domagająca się przepracowania. Nie mówię tu oczywiście o prostym lęku przed zmianą, a raczej o tych osobach, które odeszły, a po odejściu tak rozpaczliwie tęskniły, że … wróciły. Bo odkryły, że bycie bitą czy zdradzaną jest mniej bolesne niż życie bez ukochanego.

Pewnie zaprotestują w tym miejscu psycholodzy, udowadniając, że takie cierpienie bierze się z lęku przed samotnością, przed niezależnością, z niedojrzałości emocjonalnej albo właśnie ze strachu przed zmianą. Jednak moje doświadczenie wskazuje, że bywa czasem jeszcze inaczej – czyli karmicznie. Znam piękne, silne i ustabilizowane finansowo kobiety, które nie umiały zapomnieć o partnerze, którego zostawiły. Miały dobre warunki, świetną pracę, pieniądze i nawet nowych kochanków na zawołanie, a pomimo tego wracały w stary, paskudny związek.

Wytłumaczeniem takiego nieadekwatnego postępowania jest właśnie więź karmiczna, widoczna często w horoskopie porównawczym. Karma nie jest karą ani przeznaczeniem, tylko lekcją. Zatem więź ta jest specyficzną umową dusz, które zobowiązują się wspierać tak długo, dopóki temat nie zostanie odrobiony. W praktyce może wyglądać to tak, że piękna, mądra i niezależna kobieta żyje z kimś, kto ją bije albo zdradza i nawet jeśli od niego odejdzie, to tęskni i nadal kocha, ponieważ jej dusza lgnie do „nauczyciela”, z którym umówiła się na „korepetycje”. Oczywiście więź znika, kiedy taka osoba odrobi lekcje, czyli pokocha siebie tak mocno, że własne dobro będzie dla niej ważniejsze niż romantyczne uczucie. To pozwala też wygasnąć emocjom i pójść nową drogą w spokoju i satysfakcji.

Uczucie tego typu jest bardzo specyficzne i rozpoznajemy je najszybciej właśnie wtedy, kiedy wokół nas jest mnóstwo innych adoratorów i wcale nie grozi nam samotność czy bezradność. Życie bez toksycznego partnera jawić się powinno jak sielanka, a tak nie jest. Giniemy z tęsknoty i nic nas nie cieszy. Dotyczy to człowieka niezależnie od płci, ponieważ czasem to kobieta bywa toksyczną partnerką, a jej mąż nie umie bez niej żyć.

Ta „druga grupa”, wspomniana na początku, to pełne cierpienia rozstania, których nigdy nie chcieliśmy doświadczyć. Zwykle pojawiają się wtedy, kiedy to my zostajemy porzuceni. Porzucenia bardzo bolą i zabierają nam mnóstwo energii życiowej. W większości przypadków są połączone ze zdradą, o której już pisałam. Jednak nie każda zdrada wiąże się ze skruszonym powrotem do żony (męża), chociaż takich jest najwięcej. Czasem zdrada jest początkiem nowego związku dla naszego partnera. W moim pojęciu, z poziomu energetycznego nie jest już wcale zdradą, tylko otworzeniem nowego rozdziału życia, który niekoniecznie nam się podoba. Jest też koszmarem, który nas zabija od środka, o ile nie postaramy się przejść przez cały proces świadomie.

Czasem zdarza się, że to zdradzona osoba odchodzi mówiąc, że nie mogłaby więcej dotknąć swojego małżonka po tym, co zrobił. Chociaż to był tylko incydent, a nie kwestia toksycznego seksoholika, alkoholika czy innej recydywy. Wówczas jedno jest pewne: w takim układzie nie było nigdy miłości, a jedynie jakaś umowa o wspólny lokal. Rozwiązanie umowy nie powinno zatem boleć i nie wymaga psychologa, a co najwyżej prawnika. Kochając, umiemy wybaczać. Jeśli nie umiemy wybaczyć partnerowi błędu, to nie kochamy, a tym samym nie zasługujemy na bycie ani z nim, ani z kimkolwiek innym.

Jeśli dla kogoś te słowa brzmią surowo – zaprzeczę, że nie ma tu grama surowości. Prawdziwe uczucie przyjmuje drugiego człowieka takim, jakim jest, z całym dobrodziejstwem inwentarza. Nie ma ideałów i my sami też popełniamy błędy, które partner toleruje. Związek intymny jest kuźnią dwóch dusz, które przeglądają się wzajemnie w swoich oczach ucząc bycia dobrym i pełnym miłości. Kochając siebie, rozwijamy wielkoduszność i poszanowanie dla drugiej osoby. Oczywiście to my sami zakreślamy granice i kiedy zostaną przekroczone – mamy prawo odejść, szukając miłości gdzie indziej. Ale jeśli odchodzimy po pierwszym poważnym potknięciu, to trudno tu w ogóle mówić o kochaniu.

Mówiąc prostym językiem: jeśli partner nas zdradzi (oszuka, okłamie, skrzywdzi), to warto zadać sobie pytanie, czym przyciągamy takie doświadczenie? Pojawiło się po to, aby nauczyć nas na przykład miłości do siebie. Jest lustrem wszechświata, które pokazuje wzorzec do uzdrowienia. Jeśli zamiast przekodować wzorzec, spakujemy walizkę i uciekniemy, to lekcja ta będzie nas ścigać w kolejnych związkach. Albo nawet i bez. Warto zatem przekodować taki wzorzec i włożyć nieco wysiłku w naprawienie swojej relacji z partnerem i odbudowanie miłości.

Wracając do bycia porzuconym, warto pamiętać, że porzucenie rodzi się już w dzieciństwie, kiedy któreś z rodziców odchodzi albo nie akceptuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Buduje się wówczas w podświadomości matryca, która w dorosłym życiu przyciąga takie właśnie doświadczenie. Kiedy tylko obetrzemy łzy, znajdźmy czas dla siebie, by coś takiego uzdrowić. Można to zrobić samemu poprzez afirmacjękodowanieczy Dwupunkt. Można też skorzystać z pomocy terapeuty. Niemniej bez tego nie da się ruszyć do przodu.

Wiem i rozumiem, że przez pierwsze tygodnie po rozstaniu jesteśmy w prawdziwej żałobie. Trzeba sobie dać na to chwilę czasu i wypłakać wszystkie łzy. Byle nie za długo. Potem – jak w typowej żałobie po śmierci bliskiej osoby – trzeba się podnieść, otrzepać z pyłu rozpaczy i wrócić do życia. Najlepiej wtedy rozwijać swoje pasje lub poszukać nowych zainteresowań. Podróżować. Pracować. Robić coś sensownego i wartościowego. Zająć myśli i emocje, aby zminimalizować oczywiste cierpienie.

Warto też być wśród ludzi. Kiedy serce boli, najchętniej uciekamy, chowając się z głową pod kołdrę i nie chcemy nikogo widzieć. To jednak nie pomaga, bo jest rozdrapywaniem ran. Bycie wśród ludzi – chociaż początkowo męczy – na dłuższą metę działa uzdrawiająco. Pomaga wyżalenie się i rozmowa z życzliwymi osobami, ale jeszcze bardziej uzdrawia śmiech i zabawa. A prędzej czy później zaczynamy się śmiać.

Na koniec dodam jeszcze, że w tym trudnym czasie niezwykle cenne są wszystkie energetyczne praktyki. Polecam szczególnie Reiki, która mi wiele razy uratowała życie i stale podnosi mi energię, kiedy jest mi bardzo ciężko. Ale równie wspaniała może być praca z Kartami Aniołów i z samymi Aniołamimedytacja, praktyka buddyjska, modlitwa czy energetyczne warsztaty z dowolnej techniki. Pozytywna grupa ludzi pięknie podnosi nastrój i pomaga wyjść poza cierpienie. To wszystko działa na nas korzystnie i dzięki takim metodom odnajdujemy nie tylko nadzieję, ale też skutecznie budujemy wizję nowego lepszego jutra. A przecież wszystko mija i nawet największy ból serca kiedyś wygasa. Któregoś dnia zbudzimy się z uśmiechem i ze świadomością, że oto zaczął się nowy cudowny dzień, który niesie nam tylko same dobre chwile.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy