Ideał

Ideałów nie ma. Każdy z nas jest normalny i ma oprócz zalet także jakieś słabości. Oczywiście, to rzecz względna, co uznamy za słabość, a co będzie zaletą. Dla młodej osoby, która uwielbia dyskoteki zaletą będzie u kogoś to, że świetnie tańczy i nie lubi siedzieć w domu. Dla domatora odwrotnie – niezwykle cenne jest u partnera to, że nie lubi nigdzie chodzić i najszczęśliwszy jest z kubkiem herbaty i dobrą książką u boku partnera. Dobieramy się według różnych zestawów. Jesteśmy jak dwa klocki puzzli i – jak napisałam kiedyś – najważniejsze jest, by wzajemnie pasować do swoich kształtów i wcięć. To, co jednych zachwyca, innym nie musi się podobać.

Warto, zanim zdecydujemy się na posiadanie dzieci, pomieszkać razem i zobaczyć, czy jest nam ze sobą dobrze. Sprawdzić swoje upodobania i oczekiwania. Zobaczyć, na ile umiemy tolerować swoje słabości. Warto i przed ślubem, ale ślub ma tę dobrą stronę, że można go rozwiązać przez rozwód, a jeśli powołamy na świat dzieci, to już nic z tym zrobić nie można.  To one ponosić będą konsekwencje naszych decyzji odnośnie związku. W XXI wieku największą głupotą i okrucieństwem jest zajście w ciążę, zanim dobrze poznamy ojca naszego dziecka i sprawdzimy, czy w ogóle chce być z nami. Jeśli istnieje szczyt lekkomyślności, to w tym go upatruję.

Związek jest układem dynamicznym. Zmienia się z upływem czasu, ponieważ dojrzewamy, rozwijamy się i w nas też wiele się zmienia. Warto obserwować te transformacje. Czasem, kiedy opada pierwsze zauroczenie, kiedy wycisza się chemia, może okazać się, że partner jest nam całkiem obcy i nie znajdujemy z nim wspólnego języka. Im szybciej to odkryjemy, tym lepiej dla nas, bo możemy się rozstać i poszukać swojej prawdziwej miłości.

Ta najpiękniejsza i najmocniejsza jest bardzo ciekawym doświadczeniem. W pewien sposób wychodzi poza wszystko, o czym tu mówimy. Kiedy kochamy, to obiekt naszych uczuć jest dla nas zawsze „idealny”. Oczywiście widzimy, że rozrzuca skarpetki, kruszy, nie sprząta po sobie i zostawia w lodówce puste opakowania, ale traktujemy to jak drobiazgi bez znaczenia. Te czy inne zachowania mieszczą się dla nas w normie. Są do przyjęcia. U kogoś kochanego są po prostu charakterystyczną cechą, której staramy się nie oceniać.

Inaczej wszystko wygląda, kiedy nie ma miłości, lecz zauroczenie. Bywają w naszym życiu związki na jakiś czas. Są wartościowe i potrzebne, ale musimy umieć je rozpoznać. W takiej relacji może się zdarzyć, że te same zachowania będą nas drażnić i doprowadzać do szału. A jeśli mieszkamy razem, to prędzej czy później musimy się skonfrontować z różnymi doświadczeniami. I w tym miejscu widać przewagę miłości – ona wszystko przyjmuje spokojnie. Umie tolerować i akceptować. Umie wybaczać i nie przejmować się sprawami małej wagi. Prawdziwa miłość wybacza zresztą dokładnie wszystko, nawet zdradę czy oszustwo, chociaż rzecz jasna powinna też zmusić do poniesienia konsekwencji.

Miłość to takie „różowe okulary”. Nawet leń i bałaganiarz wygląda przez nie jak wcielenie ideału. To jednak znakomity sposób na dobry związek, bo dzięki temu nie zrzędzimy, nie marudzimy i nie krytykujemy bez końca. Kobiety niestety mają taką cechę, że wiecznie narzekają i kapryszą, psując tym często nie tylko dobry nastrój, ale i niszcząc więzi. Zanim jednak o tym narzekaniu powiem, przypomnę tylko, że w relacji obowiązuje równowaga między dawaniem i braniem, co oznacza, że brak zrzędzenia nie oznacza pokornego poddawania się wykorzystywaniu, a jedynie sposób reagowania na to, co nam się nie podoba. Mamy prawo asertywnie domagać się od partnera różnych rzeczy. Natomiast nie warto wiecznie narzekać i marudzić.

Kobiety często oczekują od partnera, by zaspokajał na okrągło ich potrzebę miłości. Kiedy związek już trochę trwa, mężczyzna przestaje się zachwycać i mówić piękne rzeczy, przynosić kwiaty i czekoladki. Zaczyna się zachowywać normalnie. Czasem bywa zdenerwowany, czasem zmęczony lub zniecierpliwiony i pozwala sobie na różne emocje w obecności swojej kobiety. Partnerka z wyniesionym z dzieciństwa deficytem miłości będzie miała do niego ciągłe pretensje o to, że nie kocha, nie rozpieszcza, nie jest taki jak kiedyś. Takie narzekanie i nadąsane domaganie się uwagi niczemu nie służy, a często burzy bliskość w związku. Zamiast wiecznych narzekań, można wprost mówić o tym, czego się potrzebuje.

We wszystkich związkach, bez wyjątku, są sytuacje i rzeczy, które nam się nie podobają. Jeśli chcemy coś zmienić, musimy o tym otwarcie, ale z szacunkiem mówić. Najgorszą możliwą reakcją jest nadąsanie się lub kłótnie i pretensje o to, że ktoś się nie domyślił, czego chcemy. A niestety czasem bywa i tak, że mamy zły dzień i jesteśmy nie w humorze, a kiedy pojawia się partner, to naskakujemy na niego, jakby to on był winny naszego podłego nastroju. Jak się chce psa uderzyć, kij się znajdzie – mawiano. W ten sposób zawsze znajdziemy powód do tego, by się na kogoś rzucić z awanturą. Jest tu i drugie powiedzonko: „prawdziwa kobieta potrafi z niczego zrobić obiad, kapelusz i awanturę”. No właśnie. A po co ta awantura?

Pisałam już o tym, że otwarta komunikacja jest jednym z filarów udanego związku. Kiedy chcę dostać kwiaty, mówię o tym mężowi. Kiedy chcę być przytulona, podchodzę i się przytulam. Czegokolwiek potrzebuję – mówię wprost. Jedną z największych wartości mojego związku jest to, że kiedy jest mi smutno albo jestem zmęczona, nie owijając w bawełnę informuję o tym mojego partnera i dodaję, czego bym w związku z tym oczekiwała. Jak dotąd nigdy mi nie odmówił – daje mi wsparcie, załatwia za mnie sprawy, ścieli łóżko lub pozwala mi leżeć z głową na jego kolanach. Dla mnie to ideał, chociaż pełen zwykłych ludzkich wad. Także ideał związku. Myślę, że właśnie po to wchodzimy w relacje, aby móc liczyć na drugą osobę i móc się do niej przytulić nie tylko wtedy, kiedy jesteśmy szczęśliwi, ale także wtedy, kiedy tego po prostu potrzebujemy.

Bogusława M. Andrzejewska

Reklamy

Udawanie rozkoszy

Zachowanie to bardzo dziwne i niekorzystne dla nikogo. Właściwie jest to rzecz tak oczywista, że trudno pojąć, dlaczego kobiety nadal to robią. A jednak robią. Współczesne badania dowodzą, że w sytuacji intymnej niektóre panie wolą udawać orgazm, niż być naprawdę sobą. Pozornie nie sprzyja to niczemu, a najmniej związkowi, dlaczego zatem takie sytuacje mają w ogóle miejsce?

Jedną z często spotykanych przyczyn jest prozaiczna potrzeba przyspieszenia całej akcji. Kobiety wiedzą, że ich partner reaguje silnym podnieceniem, kiedy one umiejętnie udają szczytowanie, więc tym sposobem chcą skłonić mężczyznę do jak najszybszego zakończenia całej zabawy. W tym miejscu warto zadać sobie pytanie: po co nam akt seksualny, jeśli czujemy się do niego zmuszane i zależy nam głównie na tym, by trwał jak najkrócej?

Jedną z podstawowych zasad szczęśliwego związku jest prawo do odmowy, jeśli nie mamy ochoty się kochać. Godzenie się na współżycie w chwili, kiedy zupełnie nam to nie odpowiada, jest nadużyciem wobec siebie. Jeśli podejmujemy taką decyzję „dla świętego spokoju”, to od razu trafiamy w ślepą uliczkę. Seks jest radosną zabawą we dwoje – jak mawiał nasz największy autorytet od spraw intymnych dr Michalina Wisłocka. Jeśli chcemy się poświęcić, zagryzając zęby i odliczając: „kiedyż on wreszcie skończy”, to krzywdzimy same siebie. Chciałoby się wręcz powiedzieć, że same dopuszczamy się gwałtu na sobie. Ale oszukujemy również partnera, któremu wraz ze zgodą na seks należy się nasze pogodne uczestnictwo w tym akcie, a nie jedynie niechętne: „bierz i spadaj”.

A przecież nie mamy obowiązku mieć zawsze ochoty. Ponadto odmowa seksu nie jest równoznaczna z odrzuceniem. Zbliżenie można zastąpić inną formą czułości i bliskości. Pospieszny niechętny akt, okraszony udawanymi oznakami przyjemności może na dłuższą metę okazać się najgorszym wyborem, a nawet zniszczyć związek.

Do udawania orgazmu dochodzi również wtedy, kiedy za wszelką cenę chcemy zadowolić partnera. Celują w tym kobiety, które mają problem ze swoją seksualnością. Zamiast cierpliwie uczyć swoje ciało odczuwania przyjemności, odkładają to na bok, jako rzecz mało ważną. Podświadomie odmawiają sobie prawa do rozkoszy i traktują siebie jako ofiarę składaną na ołtarzu miłości. Odgrywanie namiętnych przeżyć ma służyć dowartościowaniu mężczyzny, ponieważ to jego satysfakcja i poczucie bycia sprawnym kochankiem jest priorytetem. Taka partnerka zapomina całkiem o sobie i swoich potrzebach, starając się wyłącznie o jego dobro. Bywa, że myśli o sobie na zasadzie: „moja przyjemność wymaga od niego zbyt wiele czasu i wysiłku, to lepiej zajmiemy się tym  innym razem, niech tylko on ma teraz rozkosz”.

Takie oszustwo zazwyczaj obraca się przeciwko kobiecie, ponieważ jej partner uczy się egoizmu. Często nawet bez złej woli, a jedynie bazując na ślepym zaufaniu. Skoro on wierzy, że ona szczytuje, to uczy się takich właśnie określonych zachowań, aby ją zadowolić. I wcale nie wie, że jej nie sprawia przyjemności. Przecież włożyła wiele starań, by go w tym błędnym przekonaniu utrzymać. Niezwykle trudno będzie powiedzieć mu wreszcie prawdę i nakłonić do tego, aby zupełnie nowymi, cierpliwymi pieszczotami uczył swoją partnerkę rozkoszy. Czasem ujawnienie prawdy typu: „wszystkie moje orgazmy były udawane”, może być ciosem, który rozbije związek. Bo jak zaufać kobiecie, która w tak ważnej intymnej sferze okazała się okropną oszustką? Zapewne oszukuje też w innych obszarach życia.

Jest jeszcze jeden typ kobiet, które udają przyjemność. Taki z zaniżoną samooceną w sferze kobiecości. Najczęściej są to osoby, czujące się gorszymi i brzydszymi od innych, bądź takie, które rozpaczliwie rywalizują z innymi partnerkami swojego mężczyzny. Dobrym przykładem będzie tu kochanka żonatego pana, który nie tylko nie przejawia chęci odejścia od żony, ale wręcz wysyła sygnały, że chce zakończyć romans. Symulowanie rozkoszy jest w takiej sytuacji aktorskim popisem, mającym na celu zaimponowanie partnerowi i przekonanie go do siebie.

Z jednej strony – jak pisałam wyżej – kobieta taka wie, że jej (udawane) szczytowanie dowartościuje mężczyznę i sprawi, że poczuje się przy niej spełniony. W ten sposób zapunktuje u niego. Z drugiej strony – priorytetem jest tutaj zaspokojenie potrzeb własnego ego. Misternie dopracowana scena, pełna namiętnych jęków i wymyślnych pozycji ma za zadanie sprawić, by to właśnie ona poczuła się choć trochę wartościowa. Tą drogą chce bodaj przez chwilę dotknąć tego, co jest istotą kobiecości. Nietrudno się domyślić, że takie samooszukiwanie jest najgorszym wyborem. Po wszystkim można sobie powiedzieć: „jestem świetną aktorką”, ale nie można niestety poczuć się kobietą. Śmiem twierdzić, że po takim aktorskim popisie, kobieta może poczuć się jeszcze gorzej niż przed: „nie dość, że jestem oziębła, to jeszcze oszukuję”.

Dużym paradoksem w tej całej mistyfikacji jest fakt, że mężczyzna doskonale wie, kiedy się go oszukuje. Szczególnie ten troszkę doświadczony, który próbował już seksu z innymi kobietami i umie rozpoznać oznaki rozkoszy u swojej partnerki. Są one zresztą w każdym podręczniku na ten temat. Pewnych rzeczy niestety nie podrobimy, a same „jęki” niczego nie załatwią. Z tego punktu widzenia całe to udawanie wydaje się być całkiem anachroniczną głupotą.

Jedyną drogą jest akceptacja własnej seksualności, własnego ciała i cierpliwe szukanie swojej unikalnej drogi do rozkoszy. Warto poświęcić temu czas i uwagę. Moim zdaniem dobrze jest szukać tej drogi także wspólnie z partnerem. Tym bardziej, że dla kochającego mężczyzny każdy sukces w tej sferze będzie znaczył o niebo więcej, niż wszystkie udawane orgazmy razem wzięte. A nie zapominajmy, że seks to przede wszystkim bliskość i radość z wzajemnych pieszczot, a nie obowiązkowe zaliczenie orgazmu. Można czerpać szczęście z aktu, w którym nie dochodzi do szczytowania.

Podsumowując, pamiętajmy, że symulowanie rozkoszy niczemu nie służy. Odbieramy sobie w ten sposób prawo do czerpania przyjemności z seksualnego zbliżenia. Trudno będzie potem nakłonić partnera, by od nowa uczył się naszego ciała i szukał sposobów na obudzenie w nas prawdziwej namiętności. Ponadto oszukiwanie w sferze intymnej jest takim samym kłamstwem, jak to dotyczące pieniędzy, zdrowia, pracy czy dzieci. Nie ma tu naprawdę żadnego wytłumaczenia, bo jeśli kogoś kochamy, to go nie oszukujemy. Chociaż prawda jest taka, że ktoś, kto oszukuje w jednym temacie, zapewne będzie także kłamał w innym. A zatem osoba szczera i uczciwa nie udaje nawet w łóżku.

Bogusława M. Andrzejewska

Ostatni raz

Jest takie ciekawe ćwiczenie psychologiczne, które polega na tym, że wyobrażamy sobie, że został nam miesiąc życia. Wybieramy wówczas swoje priorytety i ustalamy, jak chcielibyśmy go wykorzystać. W kolejnym kroku przyjmujemy, że mamy do dyspozycji tylko tydzień, a w następnym, że zostało nam 24 godziny. Znakomite jest w tym odkrywanie tego, co dla nas naprawdę ważne. Czasem warto siebie zapytać: gdyby to były ostatnie chwile, co rzuciłabym za siebie, a na czym się skupiła? To nadaje naszemu życiu prawdziwą treść.

Podobnie możemy działać w obrębie naszego związku, zadając sobie pytanie, co jest rzeczywiście ważne? Jak chcemy spędzić czas? O czym pomyśleć? Zazwyczaj „płyniemy z prądem”, na zasadzie: jest jak jest, może jutro coś ciekawego zrobimy razem. Tymczasem wyobrażenie sobie, że wcale nie mamy przed sobą całego życia, popycha nas w stronę wybierania ze wspólnego bycia ze sobą tego, co najbardziej wartościowe. To pozwali w relacji odnaleźć najcenniejsze elementy.

Zdarza się, że ogniskujemy uwagę nie na tym, co trzeba. Żyjemy sprawami, a nie uczuciami. Kochająca skądinąd żona opowiada mężowi o cieknącym kranie, o tym, że syn dostał znowu dwójkę w szkole, a córka złapała katar, natomiast nie mówi, że jest dla niej ważny i że go kocha. Gdzieś z tyłu głowy ma myśl, że może wieczorem znajdą czas na bliskość, wówczas pewnie wyzna swoje uczucia. A wieczorem wszyscy idą później spać, bo dziecko dostało gorączkę i zmęczeni zasypiają, zanim usłyszą od siebie to, co najważniejsze. W codziennym kołowrotku spraw były rozmowy o kranie, zakupach, podwyżce ceny za prąd i dwójce w szkole, ale nie było ani słowa o miłości. Gdyby następnego ranka obudzili się po drugiej stronie życia, stanęliby tam z pustymi rękami. Ani cieknąca wylewka, ani ocena w szkole, ani katar nie mają żadnego znaczenia. Liczy się tylko miłość.

Często odkładamy na później to, co piękne i dobre. Żyjemy nawykowo i nieco mechanicznie. Wracamy z pracy zmęczeni, obdarzamy się przelotnym całusem i rzucamy w wir codziennych obowiązków. Gdzieś tam pojawia się myśl: „właściwie to dawno się nie przytulaliśmy, nie oglądaliśmy razem filmu, nie byliśmy w kinie…” I szybko uciekamy od tej myśli, bo nie ma czasu coś trzeba by wymyślić, zrobić, wykonać jakiś ruch. Poddajemy się zmęczeniu i myślimy: „następnym razem, dzisiaj muszę odpocząć„. A życie ucieka. I nagle okazuje się, że nie ma już „następnego razu”, bo partner odszedł, wyjechał, zniknął.

Czasem jest to proces rozciągnięty w czasie, który można nazwać powolnym umieraniem związku. Z dnia na dzień coraz rzadziej pojawia się myśl, że „trzeba by coś…”, że czegoś nam brakuje, że pomiędzy ciszą a nami dwojgiem pojawia się emocjonalna pustka. Całe lata uciekają jak chwile na codziennym dreptaniu wokół tych samych spraw. Dzieci wyrastają, odchodzą z domu i wreszcie jesteśmy sami i dla siebie. Wreszcie mamy czas. Wówczas odkrywamy, że nie mamy już sobie nic do powiedzenia. A i na przytulanie brak ochoty. Obok nas na nowej lub starej kanapie siedzi obcy człowiek, który formalnie jest ojcem naszych pociech. Lub niemłoda kobieta, której nie ma się ochoty dotykać. Chowamy się za książką lub gazetą, tęskniąc za czymś, co sami zgubiliśmy przez nieuwagę.

Życie tak, jakby każdy dzień był ostatnim, jest ciekawą metodą pielęgnowania  relacji. Odkryłam to wcale nie na zajęciach z psychologii, lecz w swoim własnym doświadczeniu. Wiele lat temu mój związek przechodził kryzys. Rozstaliśmy się z mężem pod wpływem silnych emocji i przez kilka tygodni mieszkaliśmy osobno. Już po kilkunastu dniach odkryliśmy, że nie umiemy żyć bez siebie i przez pewien czas spotykaliśmy się, ustalając, jak poukładać nasze wspólne pożycie, aby tym razem było zgodne i szczęśliwe, a po dwóch miesiącach wynajęliśmy nowe mieszkanie, by rozpocząć całkiem inny i wyjątkowo piękny rozdział naszego związku. Warto zauważyć, że takie rozpoczynanie na nowo, w nowym miejscu, z nowymi wspólnie ustalonymi zasadami przynosi zaskakująco dobre efekty. Czasem wystarczy odciąć destrukcyjne osoby, które źle wpływają na nasze uczucia. U nas to zdało egzamin rewelacyjnie.

Ponieważ do samego rozstania doszło dosyć nieoczekiwanie, często później zastanawiałam się, jakie były nasze ostatnie przed tą krótką separacją chwile razem. Czy mówiliśmy sobie o miłości, czy tylko obrzucaliśmy pretensjami? Czy kochaliśmy się namiętnie, czy byle jak? Zostało mi to po dziś dzień w tym pozytywnym znaczeniu. Spontanicznie tworzę nasze wspólne bycie tak, jakby kiedykolwiek mogło się nieoczekiwanie skończyć. Nie ma w tym obaw czy czarnowidztwa. Moj związek jest jedną z najpewniejszych rzeczy w moim życiu. To raczej sposób postrzegania świata, a także forma świadomego tworzenia rzeczywistości taką, jaką chciałabym ją widzieć.

Kiedy mój mąż wychodzi do pracy, żegnam się z nim tak, jakby wyjeżdżał na stałe i tak, jak chciałabym być przez niego zapamiętana. Każdą chwilę wykorzystuję na jak to nazywam „celebrowanie uczuć”, czyli bliskość, pieszczoty, spędzanie czasu ze sobą. Nigdy nie odkładam na później możliwości przytulenia się do męża i powiedzenia mu, jak bardzo go kocham. Mój mężczyzna bardzo szybko się tego nauczył i jeśli ja zamyślona nad nowym projektem przejdę koło niego obojętnie, wówczas on łapie mnie za rękę i wciąga w objęcia. Jak pisałam kiedyś, mężczyźni lubią być przytulani i lubią wszystkie czułe gesty i słowa. Ale to my, pełne łagodnej kobiecości uczymy ich tego.

Kiedyś robiłam to podświadomie, teraz zauważam, że celowo skupiam się na bezwarunkowej miłości, a nie pretensjach czy niespełnionych oczekiwaniach. Jeśli zwracam mu na coś uwagę, jeśli skrytykuję, to chwilę później żartujemy oboje, żeby rozmowa nie zakończyła się w gniewie czy żalu. Kiedy się kochamy, to również jest w tym całe moje serce jakbyśmy kochali się ostatni raz. Nie szczędzimy sobie czułości, nie spieszymy się. I odkryłam, że tak jest najlepiej. Żyć tak, jakby każdy dzień był ostatnim i najważniejszym.

Bogusława M. Andrzejewska

Duchowość

Prosperita od samego początku do samego końca jest wiedzą duchową, opartą na naukach duchowych nauczycieli. Próbuję ją dostosować do potrzeb każdego człowieka, włączając psychologię oraz to wszystko, co zdążyła uzasadnić nauka. Rozumiem bowiem, że nie każdemu odpowiadają mistyczne historie i nie każdy wierzy w Anioły. A jednak każdy ma prawo korzystać z tej doskonałej wiedzy, która w istocie tłumaczy sens i cel naszego życia, upraszczając jego najtrudniejsze ścieżki. Niedawno oddzieliłam najbardziej duchowe elementy Prosperity i umieściłam je na osobnej stronie. Wszystko po to, by także te osoby, które pojmują świat nieco bardziej materialnie, znalazły tutaj dla siebie wsparcie i nie wystraszyły się nadmiaru anielskich skrzydeł…

Nie zmienia to faktu, że najłatwiej pracować z Prosperitą wtedy, kiedy wierzymy w Boga, bo jak inaczej wytłumaczyć pewne panujące we Wszechświecie zasady, które – wiem to z praktyki – po prostu działają. Niektórzy nauczyciele uważają, że owa wiara jest jednym z najważniejszych filarów Prosperity, obok wiary w moc umysłu i świadomość, że wszystko, czego potrzebujemy do szczęścia, mamy w sobie. Jeden z pierwszych nauczycieli Prawa Przyciągania, Joseph Murphy w swoich książkach wyraźnie odwołuje się do Boga i jego wszechogarniającej miłości, która daje nam moc czynienia dobra dla siebie i innych. Podobne wzmianki o sile Najwyższego Źródła znajdziemy także w innych opracowaniach na ten temat. Nie do końca można nauczyć się bycia szczęśliwym bez duchowej ścieżki.

Trzeba jednak pamiętać, że duchowość nie ma nic wspólnego z religią i jakimkolwiek kościołem. Nie jest też siedzeniem w kwiecie lotosu, chociaż nie mam nic przeciwko jakiejkolwiek pozycji siedzenia. Duchowość jest w nas, zabarwiając nasze istnienie w charakterystyczny sposób, poprzez rozumienie następujących po sobie wydarzeń. Poprzez znajomość praw rządzących Wszechświatem. Poprzez mądrość serca nade wszystko. Duchowość to sposób na życie. To bycie w wierze i w przepływie energii wypływającej z Najwyższego Źródła. I najbardziej charakterystyczną cechą duchowości jest bezwarunkowa miłość do wszystkich czujących istot.

Nie walczę z niczym, a więc nie próbuję też potępiać żadnej religii. Dostrzegam harmonię w przejawianiu się takiej czy innej wiary. Moim zdaniem wiele spośród religii pomaga ludziom poczuć duchowość i odkryć, że na świecie nie ma „przypadków”, a materia nie jest tylko litą materią. Jednak obserwuję też ogromne nadużycia, wynikające ze sposobności korzystania z silnych energii w ramach wyznań. To zwykle człowiek błądzi, kiedy dla zysku lub własnej chwały manipuluje innymi. Ludzie biegną do świątyni po pomoc, po otuchę, a czasem nawet tylko po to, by zaczerpnąć tej cudownej energii, która zbliża do Najwyższego Źródła. Spontanicznie otwierają wówczas serca, a kiedy to zrobią, sprytny manipulator robi z nimi, co chce… Od wielu lat nie spotkałam osoby „duchownej”, która byłaby duchowym nauczycielem. Nauczanie o Bogu nie czyni z człowieka duchowego nauczyciela, podobnie, jak trzymanie w ręku piłki do siatkówki nie uczyni ze mnie siatkarki. Jak napisałam wyżej – duchowość pojawia się dopiero wraz z miłością bezwarunkową, która wyklucza nadużycia i manipulacje, a takiej miłości w kościołach nie znajduję.

Rzecz jasna zjawisko to pojawia się także w innych miejscach. Odkąd ezoteryka stała się modna, w każdym mieście pełno gabinetów, w których królują obwieszeni dziwnymi gadżetami uzdrowiciele, numerolodzy, szamani i jasnowidze. Niektórzy robią dokładnie to samo, co kapłani w świątyniach – manipulują dla zysku. Manipulację obserwowałam też na szkoleniu duchowym. To jednak zawsze człowiek dokonuje wyboru, co zrobi z takim darem, jakim jest duchowa wiedza. Albo energia. Jak z nożem – można nim ukroić kromkę pachnącego chleba i nakarmić głodnych, a można przebić komuś serce lub mocno okaleczyć.

Czy zatem duchowość jest niebezpieczna? Absolutnie nie. Prawdziwie duchowe doświadczenia są dla nas zupełnie naturalne i odnajdujemy je spontanicznie, kiedy słuchamy swojego serca. Paradoksem jest to, że nikt inteligentny nie powinien dać się zwieść manipulantom i dziwne się wydaje, że zbierają oni tak wielkie żniwo. Myślę, że potrzeba duchowości (jakiejkolwiek, nawet fałszywej) jest tak przemożna, że ludzi zaślepia.  Nie jest trudno rozpoznać manipulację, ale do tego trzeba słuchać swojego wewnętrznego głosu. A tego nikt nas nie uczy. Podstawą wiary w siebie jest wysokie poczucie własnej wartości, które pozwala nam zaufać samemu sobie i uwierzyć, że każdy z nas jest cząstką boskości. Trzeba uwierzyć, że ten wewnętrzny głos, który wyraźnie pokazuje, co jest dobre dla nas, a co niekoniecznie – ma rację. Aby sobie zaufać, musimy wiedzieć, że tam na poziomie serca każdy z nas jest idealnie doskonały. Pomaga w tym oprócz samoakceptacji – także rozwijanie intuicji.

Każdy z nas jest Boskim Dzieckiem, któremu w sposób naturalny przysługuje boskie dziedzictwo, czyli wszystko, czego pragnie.  Każdy z nas nosi w sobie kroplę boskości – nazywaną czasem Wyższym Ja – dzięki czemu zawsze jesteśmy w delikatny sposób połączeni z Najwyższym Źródłem i możemy prosić o prowadzenie. To jest jedyna rzecz, która nam się należy i którą zawsze otrzymujemy bez żadnych dyskusji – duchowe przewodnictwo. Pieniądze możemy dostać lub nie, partnera możemy dostać lub nie, zdrowie możemy dostać lub nie – zależnie od programu duszy. A duchowa ścieżka jest nam obiecana jako pewnik, kiedy decydujemy się wcielić tutaj na Ziemi. Każdy kto poprosi o prowadzenie, każdy kto się powierzy Najwyższemu Źródłu, poprzez swoje Wyższe Ja, omija wszelkie pułapki na duchowej ścieżce. Pomaga w tym też powierzenie się takiej energii, jak energia Reiki, która wypływa z Najwyższego Źródła i która prowadzi nas zawsze w najlepsza dla nas stronę. Trzeba tylko poprosić – bo na tej planecie nadrzędnym prawem jest Prawo Wolnej Woli. Ani Bóg, Ani Anioły, ani Reiki nie chronią nas i nie prowadzą, jeśli o to nie poprosimy. Jeśli nie wydamy takiej dyspozycji.

Powierzenie się nie oznacza omijania życiowych lekcji, o nie! Doświadczamy, sprawdzamy, decydujemy i cierpimy. Padamy na nos i podnosimy się. Niezależnie od prowadzenia, bo każdy musi przerobić swój program duszy. Jednak to powierzenie się gwarantuje nam jedno: jesteśmy chronieni przed manipulantami duchowymi i ścieżkami ciemnej strony mocy, które często są nazywane „duchowymi”. I podobnie jak religie czy wyznania, zamiast szerzyć miłość, prowadzą do wojen i wyzysku. Tam gdzie nie ma miłości tylko potępienie, tam nie ma duchowości i z całą pewnością nie ma ścieżki do Najwyższego Źródła. Wśród duchowych nauczycieli jest wielu pracowników ciemnej strony mocy. Tak po prostu, bo tu najłatwiej zdobywać dusze – to oczywiste. Wielu spośród nas rozpoznaje ich bez problemu, bo czujemy na poziomie serca, że to nie jest energia Światła. Omijamy ich i idziemy dalej, szukając tego, co dla nas dobre. Kiedy jesteśmy prowadzeni, ufamy temu, co czujemy, dostajemy wskazówki, a nawet przeszkody, kiedy chcemy skręcić nie tam, gdzie trzeba.

Modlitwa lub medytacja jest skutecznym narzędziem wewnętrznego rozwoju. Warto o tym pamiętać i sięgać po nie, by szukać odpowiedzi na ważne życiowe pytania. Możemy czerpać z różnych kultur, ponieważ Najwyższe Źródło nie jest przypisane do żadnego narodu i żadnej części planety. W gruncie rzeczy Stwórca stworzył cały Wszechświat, a różne istoty z rożnych wymiarów mogą  Go sobie różnie nazywać i tworzyć własne rytuały modlitewne. Wszystkie sposoby oparte na miłości bezwarunkowej będą właściwe.

Szczególnie polecam dwie metody duchowe, które pomagają nam w pracy nad własnym rozwojem i w budowaniu swojego szczęścia takim, jakim go chcemy widzieć. W tym również w kwestii finansowego dobrobytu. Pierwsza to praca z Aniołami i Archaniołami – poprzez modlitwę, medytację, wizualizację i karty Aniołów. Druga to Reiki – cudowna energia uzdrawiająca na wszystkich poziomach. To dwie piękne ścieżki, które nigdy mnie nie zawiodły i które prowadzą oraz chronią przed niewłaściwymi wyborami. Wbrew pozorom obie metody są niesłychanie proste. W przypadku Reiki potrzebne jest dostrojenie i podstawowa wiedza, a potem wystarczy słuchać intuicji i systematycznie wchodzić w przepływ. W przypadku Aniołów – wystarczy otwarte serce i modlitwa. Jak zawsze, najskuteczniejsza jest ta spontaniczna, płynąca z głębi duszy.

Na koniec mam jedno spostrzeżenie. Wśród wielu portali, które mówią o Prawie Przyciągania, niewiele opiera się na duchowej wiedzy. Warto zwrócić na to uwagę, bo tam, gdzie mowa jest tylko materialna, tam prawdopodobnie zbudowano „fałszywkę”. Ludzkość jest coraz mądrzejsza, coraz bardziej inteligentna i posiada coraz więcej wiedzy. Nikogo już nie skusi Diabeł Rokita machający widłami. Ciemna strona mocy wchodzi więc w duchowe tematy i w szatach duchowych nauczycieli sprzedaje tombak jako złoto. Tam gdzie nie ma duchowości, tam gdzie nie ma miłości, a jest tylko teoria i sposoby szybkiego zarabiania pieniędzy, tam nie znajdziemy dla siebie Światła.

Nie odkrywam tu Ameryki. Każdy z nas wie, że tym, co dla nas najważniejsze jest miłość. Chcemy też być kochani, szczęśliwi, zdrowi i żyć w dostatku. Pieniądze są ważną energią, pomagają nam w zapewnieniu sobie komfortu i wiedzy. Są niezbędne do zaspokojenia różnych potrzeb. Ale nie są i nie mogą być celem samym w sobie. W poszukiwaniu swojej unikalnej drogi do szczęścia uczymy się kochania samych siebie, realizowania celu życia, samospełnienia, mądrych i dobrych relacji z innymi, satysfakcji z działania, wdzięczności, zdrowia i wielu innych jakości. Jeśli dla kogoś pieniądze są receptą na wszystko, to już zabrnął w ślepą uliczkę. A warto dodać, że nawet prawdziwe szczęście – choć jak najbardziej pożądane – nie jest wcale celem naszej duszy. Jest nim coś więcej, co odnajdziemy tylko na duchowej ścieżce.

Bogusława M. Andrzejewska

Zachwyt

„Kocham swoje życie” – to pierwsza myśl, jaka pojawia się, kiedy tylko otwieram rano oczy. Uwielbiam te krótkie chwile, kiedy słońce wślizguje się przez okno i wyzłacając firankę ogrzewa mi twarz. Czuję się jak na rajskiej plaży i błogosławię fakt, że okna mojej sypialni wychodzą na wschód. Błogosławię też fakt, że to słoneczne promienie łaskoczą moje policzki, informując o początku dnia, a nie na przykład dzwonek budzika. Błogosławię też wszystkie radosne myśli i plany na nadchodzący czas. Jeszcze chwila wtulenia w ciepłe ramiona męża i zaczynam dzień. To moje cudowne życie. Poukładałam je tak, jak chcę i lubię. Nic nie muszę. Wszystko mogę.

Piszę o tym, aby uświadomić innym, że każdy może być szczęśliwy, jeśli tylko zechce. Po pierwsze to zawsze nasz wybór, poczynając od ustawienia łóżka, poprzez udany związek, a na wykonywaniu ulubionej pracy kończąc. Wszystko, co nas otacza, może sprawiać nam przyjemność. Nie dlatego, że jesteśmy pozytywni i lubimy, cokolwiek tam mamy – tak też przecież można. Ale właśnie dlatego, że świadomie kreujemy swoje życie: pracę, związek, dom – to wszystko, co tworzy nasze codzienne istnienie. Jeśli zamiast mieszkania w ciepłym blokowisku wybieramy własny domek, to musimy lubić odgarnianie śniegu, niską temperaturę w zimie i ciągłe remonty. Jeśli wybieramy etat w korporacji, to trzeba pokochać budzik i pracę pod dyktando. To zawsze my kreujemy swoją codzienność – tworząc określone wyobrażenia, myśli, a następnie wykonując konkretne działania. Trzeba przede wszystkim poznać siebie i to, co dla nas ważne. Ja lubię leniwe poranne wstawanie w promieniach słońca i świadomość, że nigdzie nie muszę się spieszyć. Ten luz czyni mnie szczęśliwą.

Po drugie – warto nauczyć się radości życia i zauważania wokół siebie piękna. Znam ludzi, którzy mając dużo pieniędzy, zapewnili sobie piękne, ciepłe domy, z wygodnymi sypialniami, są zdrowi i nadal są nieszczęśliwi. Będąc na ich miejscu, przez całe 24 godziny byłabym jedną wielką ekstazą, dlaczego więc oni cierpią? Bo nie umieją się cieszyć życiem. Bo śpiąc w luksusowym łóżku, nie czują jego miękkości. Bo mając wielkie okna, przez które wpada słońce, nie rozkoszują się jego światłem. Bo mając piękne, puchate dywany, nie umieją odczuwać zmysłowej przyjemności, kiedy dotykają ich stopami. Sztuka zachwytu nie jest nam dana od ręki. To coś, co trzeba w sobie rozwijać i pielęgnować. To prawdziwa medytacja dobrobytu i szczęśliwości. Mamy to w sobie jako dzieci, a potem gdzieś gubimy w pogoni za mniej ważnymi rzeczami…

Zachwyt jest kluczem do szczęścia. Nie wystarczy być bogatym i posiadać luksusowe rzeczy. O wiele ważniejsza jest umiejętność cieszenia się przyjemnością dostarczaną przez te wszystkie przedmioty i sytuacje. W tym miejscu sprawdza się stara prawda, że czasem bardzo ubogi człowiek będzie bardziej szczęśliwy od milionera… Wystarczy, że nosi w sobie dar zachwytu. W ciepły letni dzień usiądzie na łące pod drzewem i będzie rozkoszował się zapachem nagrzanej słońcem trawy, błękitem nieba, szelestem liści… Będzie szczęśliwy. Doświadczy więcej błogości niż bogacz w swoim zamku na jedwabiach i wśród złota. Wiemy o tym od dawna, powtarzają to wszystkie baśnie.

A pomimo tego nadal obserwujemy, że więcej ludzi chce zdobywać pieniądze niż nauczyć się szczęścia. Kurs: „jak zarabiać?” niezmiennie przyciąga więcej chętnych niż szkolenie: „jak być szczęśliwym?”. To duży błąd, bo same pieniądze nie dają szczęścia. Nie mam nic przeciwko zarabianiu i na swoich szkoleniach zawsze pokazuję, jak pracować z energią pieniądza, by żyć w dostatku. Ale najpierw uczę bycia w zachwycie, bo to jest o wiele ważniejsze. Żeby cieszyć się tym, co za pieniądze kupimy, trzeba umieć przeżywać zachwyt. Tym bardziej, że to poczucie szczęścia kreuje dobre zarobki, a nie odwrotnie. Warto powtórzyć to jeszcze raz, bo chyba ciągle do wielu osób to wcale nie dociera: pieniądze nie dają szczęścia, ale szczęście rodzi pieniądze.

Zachwyt to przejawianie radości i szczęścia. Sprawia, że jest nam dobrze i błogo. Jest otwieraniem serca na piękno i moc Wszechświata. Powoduje podniesienie energii i natychmiastowe poprawienie nastroju. Działa też na głębszych poziomach, ponieważ uczy nasz umysł pozytywnego nastawienia. W naszym mózgu układają się specjalne ścieżki, które ułatwiają nam odczuwanie zachwytu następnym razem. Można to w przybliżeniu porównać do wyrobienia w umyśle pewnego nawyku, który ułatwia skupianie się na tym, co dobre i piękne. Tym samym pomaga też w pozytywnym myśleniu, które kreuje dla nas dobre rzeczy.

Odkrywam tę magiczną siłę od lat i można mi wierzyć – jestem specem od zachwytu. Niezmiennie podziwia mnie za to moja przyjaciółka, z którą jeździmy razem na wycieczki. Ponieważ to ona siedzi za kierownicą, ja mogę swobodnie rozglądać się po okolicy i podziwiać widoki. Skutkuje to ciągłymi okrzykami zachwytu: a to pejzaż, a to tęcza, a to cudownie poukładane chmury na niebie, a to kolory łąk, a to magia zimy w górach… Zawsze jest coś do kochania, świat jest przecież tak niewiarygodnie piękny! Przyznaję, że w tej kwestii pozostałam na poziomie małego dziecka, które nawet w błocie zobaczy tęczę. Ale też mogę sobie dopowiedzieć, że tylko z poziomu dziecka można wejść do królestwa niebieskiego. Czymkolwiek owo królestwo jest – dla mnie istnieje na Ziemi – tu i teraz w moim życiu.

Czasem zdarza mi się wywołać radość w innych, szczególnie wtedy, kiedy idąc ulicą uśmiecham się od ucha do ucha, a ludzie patrzą na mnie dziwnym wzrokiem. Ale jak się nie uśmiechać, kiedy kocham swoje życie? Kiedyś, kiedy latem pływałam w jeziorze, jakiś pan podpłynął do mnie i zapytał, jak to jest, że mam na twarzy taki uśmiech i taką minę, jakbym przeżywała ekstazę. No cóż… odpowiedź jest prosta: uwielbiam pływać i to jest dla mnie prawdziwa rozkosz. Domyślam się, że wiele osób lubi pływać, spacerować czy podziwiać górskie widoki. Sztuka polega jednak na tym, aby dopuścić zachwyt do swojego umysłu. Samo lubienie pływania nic nie da, jeśli w trakcie nie skupiamy uwagi na odczuwaniu przyjemności. Liczenie metrów, oddechów czy rozmyślanie o tym, co ugotować na obiad nie jest zachwytem.

W buddyzmie istnieje pojęcie „uważności”. Polega ona na skupianiu uwagi na tym, co dokładnie robimy. Jeśli zmywamy naczynia, jesteśmy całą swoją świadomością w tym zmywaniu. Jeśli spacerujemy, skupiamy się na stawianiu stóp. W odniesieniu do zachwytu uważność oznacza, że w danej chwili przeżywamy zachwyt i rozkosz. Moje pływanie tak właśnie wygląda – nie interesuję się czy prawidłowo oddycham i jak ruszam nogami, ale skupiam na odczuwaniu zachwytu nad pięknem wody, nad cudem słonecznego światła tańczącego na powierzchni, nad zmysłową wspaniałością tego doświadczenia.

Nawet ludzie, którzy poświęcają czas na rozwój osobisty zapominają o tym, jak ważne jest odczuwanie. Ciągła praca nad sobą także może działać przeciwko nam, bo tracimy blask życia i czas na doświadczanie. Zachwyt jest jedną z najlepszych medytacji. Rozwijanie w sobie radości i podziwu dla otaczającego nas piękna działa uzdrawiająco. Koi i wzmacnia serce, które przecież zarządza naszą energetyką. Warto się tego nauczyć, także dla poprawienia samopoczucia i stanu zdrowia.

W tym miejscu przypomnę słynną książkę J. Redfielda „Niebiańska przepowiednia”. Tym, którzy ją czytali, nie muszę mówić, jak działa zachwyt… Pozostałym podpowiem, że warto sięgnąć po tę lekturę i zdradzę piękną tajemnicę. Wg Redfielda wejście w stan silnego zachwytu nad otaczającym nas urokiem natury uzdrawia komórki i tkanki w naszym ciele, a nawet pozwala wykorzystać nieużywane części umysłu do tego, by stać się… niewidzialnym. Oczywiście na chwilę obecną proponuję pozostawić cudowne historie w książce i na początek nauczyć się doświadczać radosnego uniesienia nad pięknem otaczającego nas świata. To na pewno zmieni nasze życie na lepsze i bardziej szczęśliwe.

 Bogusława M. Andrzejewska

Programy myślowe

Od pewnego czasu większość ludzi jest świadoma, że sami kreujemy swoje życie. Dostrzegamy analogię pomiędzy naszymi myślami, a tym, co się wokół nas wydarza. Czasem możemy w tej analizie utknąć w ślepej uliczce, jeśli zaczniemy mówić o zasadzie lustra. Bo jeśli doświadczamy okrutnego traktowania ze strony bardzo negatywnej osoby, to jak mamy zobaczyć w niej swoje lustro? Przecież to wydaje się zupełnie nielogiczne. I takim jest w istocie. Nie można bowiem czyjegoś bardzo złego zachowania potraktować zbyt dosłownie w sensie odbicia. Takie postępowanie nie odzwierciedla naszego charakteru, a jedynie to, że otwieramy się na poniżanie czy agresję. To zupełnie co innego niż samemu być okrutnym i złośliwym. Warto o tym pamiętać, kiedy analizujemy swoje doświadczenia, by odkodować wewnętrzną matrycę, odpowiadającą za trudne wydarzenia.

Bardzo często, szukając negatywnych wzorców, próbujemy zrzucić winę na karmę. Dzieje się tak szczególnie wtedy, kiedy pracujemy nad sobą, jeździmy na szkolenia, czytamy psychologiczne poradniki, rozwijamy się, a w kwestiach osobistych życie nie poprawia się ani na jotę. Mówimy sobie wtedy, że nie jesteśmy w stanie czegoś zmienić tylko dlatego, że początkowo nam się nie udaje. Najwygodniej wtedy powiedzieć, że nie mamy na to sposobu i widać tak musi być. Czasem to też przyznaję uczciwie nie kwestia wygody, lecz bezsilności. Jeśli mamy wiedzę i narzędzia, a to wszystko nie chce działać tak, jak powinno, buntujemy się lub poddajemy i mówimy: „oto karma, nic nie poradzę”.

Wzorce zarówno dobre jak i negatywne to nic innego jak pewne myślowe programy, które pracują w nas tak, jak w komputerze. Pozytywne wzorce przyciągają do nas miłe wydarzenia i sympatycznych ludzi. Te nieciekawe – owocują w realnej egzystencji problemami, konfliktami, chorobami i smutkami. Formalnie to jest dokładnie to samo, o czym mówi stale prosperita, na co zwraca uwagę Prawo Przyciągania. Myśli kreują rzeczywistość.

Od pewnego czasu zamiast słowa „myśli” zaczęłam używać określenia „programy”. Po pierwsze dlatego, że sama myśl jest jak podmuch wiatru – przeleci niezauważenie. Wbrew pozorom myśl nic nie znaczy. Siły nabiera dopiero wtedy, kiedy kształtuje pogląd. To nie myśli tworzą nasze życie, lecz nasze przekonania. Można to udowodnić błyskawicznie. Wybierzmy dowolną przyjemną myśl, np. „Wygrywam w Lotto 2 miliony złotych” lub „Zarabiam 20 tysięcy złotych miesięcznie”. Powtórzmy ją nawet sto razy, jeśli tylko ktoś ma cierpliwość. I nic się nie stanie. Myśl taka nie zmaterializuje tego, co nazywa.

Jednak sytuacja całkiem zmienia się wtedy, kiedy taka myśl staje się przekonaniem. Jeśli ktoś naprawdę, w głębi swego ciała i duszy uwierzy w to zdanie, poczuje je w sobie na wszystkich poziomach i będzie najzupełniej przekonany, że to właśnie jest prawdą… wówczas stanie się faktycznie prawdą i z przestrzeni mentalnej wpłynie w obszar materialny. Potwierdzą to wszystkie osoby, które dzięki temu, że uwierzyły w coś przyciągnęły to do siebie. Przyznaje to też Abraham, który przemawia do nas za pośrednictwem Esther Hicks w jednej z jej książek: na pytanie słuchacza wykładu, co zrobić, by wygrać na loterii, odpowiada on, że wystarczy odpowiednio głęboko uwierzyć.

Kwestia wiary jest troszkę nieuchwytna, ale i kluczowa. Tłumaczy przede wszystkim, dlaczego tak wiele tysięcy osób na całym świecie pracuje z Prawem Przyciągania zupełnie bez powodzenia. Otóż właśnie dlatego, że powtarzają zdania, w które nie wierzą. Nic nie da mówienie sobie „jestem bogaty”, jeśli czuję się biedny. Wystarczy jednak poczuć się naprawdę bogatym, aby przyciągnąć pieniądze i napełnić portfel. Dlatego tak wielu nauczycieli i mówców motywacyjnych zachęca, by postępować, jakby było się zamożną osobą pójść do dobrej restauracji, jechać pierwszą klasą dla VIP-ów, rozdać pieniądze biednym, poszastać z radością… I ze świadomością, że jutro napłynie dziesięć razy więcej. Po prostu być jak bogacz, zachować się tak, jak zachowałby się bogacz… To może zadziałać, jeśli zrobimy to szczerze. Szastanie pieniędzmi z uśmiechem na ustach i lękiem w sercu efektu oczywiście nie przyniesie. To bardzo trudne.

Dlatego właśnie wprowadziłam pojęcie programu myślowego. Drugim powodem, dla którego zrodził się mój pomysł, jest bowiem fakt, że program to coś, co ja ustalam i z czym świadomie pracuję. To ja wybieram i wprowadzam swój program jest on dokładnie taki, jak chcę. Po wprowadzeniu go, zakładam, że zadziała, jest więc we mnie zarówno przekonanie, jak i oczekiwanie. Wiara natomiast nie przychodzi na zawołanie. Jeśli ktoś jest chory i obolały, nie ma możliwości „poczuć się zdrowym”. Choćby od świtu do nocy klepał afirmacje o świetnym samopoczuciu, niczego nie zmieni, bo wewnątrz niego jest przekonanie oparte na tym, co mówi rozsądek i doświadczenie: „skoro boli, to nie ma tu żadnego zdrowia„.

Kiedy program, który mam w komputerze nie spełnia moich oczekiwań odinstalowuję go i szukam innego. Najlepiej w wersji demo, aby zobaczyć, czy jest tym, czego potrzebuję. Jeśli działa dobrze, mogę kupić i zainstalować pełną wersję do czasu, aż odmówi posłuszeństwa i trzeba będzie go naprawić lub ponownie wymienić na inny. Podobnie funkcjonują programy myślowe możemy je wprowadzać do swojego umysłu, jako nowe przekonanie.

Jak to wygląda, pokażę na przykładzie. Mogę nie lubić psów i bać się ich, ponieważ w dzieciństwie wmawiano mi, że psy są niebezpieczne i mam się do nich nie zbliżać. To moje przekonanie i mój program, który skrajnie może doprowadzić nawet do tego, że jakiś obcy zwierzak mnie ugryzie, jeśli będzie we mnie zbyt dużo strachu i złości. Aby wprowadzić nowy program wystarczy korzystna sytuacja. Oto poznaję koleżankę, która ma trzy psy wszystkie łagodne, mądre i dobrze ułożone. Dzięki wizytom u niej, krok po kroku oswajam się z jej pupilami i zaczynam je nawet lubić, a one odwzajemniają mi się przytulaniem i radosnym machaniem ogona. Z biegiem czasu odkrywam, że psy wcale nie są groźne, zaczynają mi jeść z ręki. Zaczynam otwierać się na nowy pogląd, co powoduje, że poznaję kolejne psy u innych osób i za każdym razem weryfikuję swoje przekonanie z dzieciństwa. W końcu sama dostaję pieska, którego zaczynam kochać i podziwiać. W ten sposób mam już nowy program: psy są dobre i bezpieczne. Uwierzyłam poprzez pozytywne doświadczenie i stało się ono kanwą zmiany poglądu.

W tym procesie chcę zwrócić uwagę na jeden niezwykle ciekawy aspekt. Wprowadzanie nowego programu nie wymagało wcale oczyszczania starych wzorców. To ważne, ponieważ mnóstwo sił i energii tracimy na taki proces, w którym chcemy pozbyć się czegoś, co nam nie służy. W opcji wprowadzania nowego programu wystarczy przyjąć nowy pogląd. Kiedy uwierzymy, nowe przekonanie wypchnie stare – po prostu je zastąpi. Dotyczy to każdego obszaru życia i każdego tematu. Jeśli poczuję się wartościowa, to nie muszę oczyszczać negatywnych myśli o sobie samej. Skoro uwierzyłam, że jestem dobra, mądra i atrakcyjna to jedyne, co trzeba zrobić utrzymać ten program. Jeśli poczuję się zdrowa – to nie muszę wybaczać sobie, że myślałam inaczej. Ważne, że myślę, jak trzeba.

Jednak podobnie, jak w przypadku komputera, trzeba pilnować swoich wprowadzonych programów, bo nic nie jest nam dane na zawsze. Warto podtrzymywać nowe przekonanie swoimi myślami i działaniami. A kiedy zacznie słabnąc i psuć się, trzeba je wzmocnić czymś bardziej zdecydowanym. Można je wprowadzić jeszcze raz, zrobić jakiś konkretny rytuał lub postąpić zgodnie z treścią poglądu. Każdy sposób będzie dobry, jeśli tylko wzmocni nasze przekonanie. Jako element wspierający program polecam szczególnie afirmacje i dekrety. Kiedy mam określony pogląd w sobie, ale codziennie spoglądam też na duży wyraźny napis tuż obok swojego komputera, to program jest w ten sposób podtrzymywany i wzmacniany. A dzięki temu służy mi, przyciągając do mojego życia wszystko, co najlepsze.

Bogusława M. Andrzejewska

Decyzje

Czasem mamy trudności z podjęciem decyzji, zastanawiając się w kółko, co wybrać, co zrobić, jak postąpić. Tracimy mnóstwo czasu i doprowadzamy się nierzadko do bólu zębów (psychosomatyczny efekt długotrwałego wahania się i splątanych myśli). A wreszcie, kiedy posuniemy się do przodu o krok, to może się okazać, że zaczynamy żałować podjętych działań i najchętniej cofnęlibyśmy czas, by znów miotać się w skomplikowanych myślach i z trudem wybierać.

Najważniejsza informacja, jaka pomoże uwolnić się od tego problemu, to uświadomienie sobie, że każda decyzja jest najlepsza na dany moment. Każda jest idealnie dopasowana do harmonii Wszechświata i naszego w nim miejsca. Szkoda naszego czasu, szarpania się i zastanawiania, co wybrać. To nie ma żadnego znaczenia. Wszystko, cokolwiek się wydarza jest nam potrzebne. Nie ma złych decyzji.

Jeśli ktoś jest niezadowolony ze swojego małżeństwa i myśli, że mógł zdecydować inaczej, lepiej – nie żenić się z tą osobą lub nie wychodzić za mąż za tego pana – to jest w błędzie. Oczywiście mogliśmy dokonać innego wyboru, mamy przecież wolną wolę. Jednak warto pamiętać, że takie dwie dusze umawiają się ze sobą na wspólną pracę tu na Ziemi. Gdybyśmy zatem cofnęli magicznie czas, podjęlibyśmy dokładnie tę sama decyzję, bo tego właśnie chcieliśmy dla własnego rozwoju. Jest to zresztą też odbicie, jakie pojawia się w lustrze wszechświata. Ten związek odzwierciedla nasz wewnętrzny wzorzec. Przyciągamy do siebie to, co pokazuje wewnętrzna matryca. Nie możemy mieć innego męża czy żony niż to, co nosimy w sobie.

Spieszę od razu przypomnieć wszystkim, że jeśli nasz partner okazał się agresywnym damskim bokserem, to nie oznacza to dla nas bycia okrutną i bezmyślną osobą, a jedynie otwartość na poniżanie i karanie, czyli poczucie bycia winną i zasługującą na złe traktowanie. W tym miejscu nasza wolna wola ma najwięcej do zrobienia, bo właśnie w takiej sytuacji możemy zmienić swoje wewnętrzne wzorce, podnieść poczucie wartości, aby lustro wszechświata odzwierciedliło piękną i godną szacunku istotę. Możemy też zdecydować, że nic zmieniać nie będziemy i tkwić w upokarzającej sytuacji. To nasza decyzja, nikt nie ma prawa nas zmuszać do wewnętrznej pracy. A warto pamiętać, że zmiana agresywnego męża na innego, nie przyniesie spodziewanych korzyści, ponieważ paskudne zachowanie jest efektem naszego wewnętrznego wzorca, a nie dokonanego przed ołtarzem wyboru. Tak też wygląda umowa dwóch dusz w przypadku agresora i ofiary. Jeśli wzrastamy wewnętrznie i uczymy się kochać siebie, umowa ta zostaje anulowana, bo i nauczyciel nie jest już dłużej potrzebny.

Każda decyzja jest ruchem energetycznym, który rozpoczyna cały cykl i rozwija nas wewnętrznie. Właśnie dlatego trzeba ją zasilać dobrymi myślami, wiarą i optymizmem, kiedy tylko zapadnie. Jeśli wątpimy, martwimy się i boimy to zabieramy jej energię i wówczas dzieją się rzeczy zgodne z obawami, lecz nie te, których pragnęliśmy. Kiedy potem wzdychamy ciężko: „no tak właśnie myślałem, tego się bałem”, nie wiemy o tym, że byłoby całkiem inaczej, gdyby nie te wszystkie wątpliwości i lęki. Oto kolejny powód, dla którego warto myśleć pozytywnie.

Jest mnóstwo sposobów na podejmowanie decyzji, poczynając od rzucenia monetą a kończąc na rozkładaniu kart lub pytaniu jasnowidza. Każda metoda jest dobra, jeśli tylko uwalnia nas od niepotrzebnego napięcia i strat energetycznych. Można też zadać sobie pytanie w ślad za mądrymi duchowymi nauczycielami: co by zrobiła miłość, będąc na moim miejscu? Albo: co by zrobił prawdziwy mistrz duchowy? Inne pytanie, które pomaga dokonać dobrego wyboru brzmi: czy to, co chcę zrobić przyniesie komuś lub mnie coś dobrego i czy nikogo nie skrzywdzi?

Jednym z najlepszych sposobów jest rozwijanie intuicji, która przydaje się nam w wielu życiowych sytuacjach. Pomaga nie tylko podejmować decyzje, ale też działać zgodnie z głosem duszy. Intuicja to ta pierwsza myśl, która się pojawia w naszej głowie lub pierwsze uczucie. W gruncie rzeczy wiele osób uniknęło przykrości tylko dlatego, że posłuchali swojego przeczucia. Warto czasem zadać pytanie swojemu sercu i poczuć w sobie odpowiedź. Jeśli coś budzi nasz niepokój i kojarzy nam się negatywnie, to być może nie jest tym, czego teraz właśnie potrzebujemy.

Intuicja ma też tę zaletę, że jest naszym własnym suflerem. Warto pytać samego siebie o swoje sprawy, bo to my będziemy potem zmagać się z efektami dokonanego wyboru. Inna osoba, nawet najbardziej nam życzliwa, ma inne preferencje, lubi co innego i może kochać wyzwania oraz przygody. A my niekoniecznie chcemy się szarpać z życiem i zdobywać szczyty cierpliwości. Jest to też ważny element odpowiedzialności za własne życie – umieć samemu zdecydować i potem powiedzieć: tak wybrałem i już, to moja sprawa i moje życie. Jedną z najgorszych opcji jest rezygnacja z samodzielności i oczekiwanie, że ktoś inny – rodzic, mąż, wróżka, terapeuta – powie nam, co mamy robić. Uzależnienie od doradców jest szkodliwe i blokuje jakikolwiek rozwój.

Na koniec pragnę jeszcze zwrócić uwagę na to, że słuchanie własnych przeczuć i odczuć może stanowić doskonały życiowy kompas. Kiedy ktoś pyta mnie, dlaczego na świecie jest tyle okrucieństwa, odpowiadam, że ludzie zatracili umiejętność słuchania siebie. Kiedy ktoś twierdzi, że świat jest zły, bo nikt nam nie mówi, co mamy robić i jak żyć, to zdecydowanie zaprzeczam. Dostaliśmy genialną instrukcję obsługi naszego życia. Wszyscy. Każdy wie doskonale, co robić należy, bo każdy ma w sobie wskazówkę, która wyraźnie pokaże, co jest właściwe i boskie, a co nie. Trzeba po prostu słuchać serca, a nie umysłu.

Wyobraźmy sobie taką sytuację, że jakiś człowiek chce zabić drugiego człowieka. Pyta wtedy swoich myśli, a one logicznie pokażą: zabijesz – zyskasz więcej pieniędzy, które tamtemu zabierzesz. Gdyby ta osoba zapytała serca, poczułaby zgrzyt, ból i dysharmonię – jednoznaczną wskazówkę, że to jest absolutnie złe. Przypomnijmy też sobie, co czujemy, kiedy dla odmiany podajemy rękę i pomagamy komuś. Kiedy przytulimy kogoś i pocieszymy, powiemy komuś dobre słowo, wówczas w sercu poczujemy radość i błogość. Wystarczy dokonywać takich wyborów, po których mamy w sercu harmonię, a unikać tych, które wywołują niemiłe odczucia. Oto najdoskonalszy ze wszystkich kompasów.

Myślę, że zawsze wiemy, co należy zrobić, tylko czasem udajemy, że tego nie widzimy lub widzieć nie chcemy, zagłuszając uczucia racjonalizacją. Bo to, co podpowiada serce nie jest spójne z egoistycznym punktem widzenia i cywilizacją opartą na posiadaniu. Często też nie chce służyć maskowaniu kompleksów, a wiele niechlubnych czynów bierze się z potrzeby dowartościowania, z zazdrości i lęku przed krytyką. Świadomie też odrzucamy nasz najdoskonalszy duchowy kompas, naszą cząstkę boskości, aby nie wyjść na osoby naiwne i słabe. Łagodność, dobroć i serdeczność to potężna siła, którą mają odwagę dysponować tylko prawdziwi mistrzowie.

Bogusława M. Andrzejewska